Publicystyka środa, 14 maja
Spowolniony proces asymilacji
Dwa sprzeczne wnioski wynikają z obszernego raportu Manhattan Institute na temat imigracji.
Zgodnie z jednym nowi przybysze do Stanów Zjednoczonych asymilują się szybciej niż ich poprzednicy sprzed wieku. Drugi natomiast powiada, iż proces adaptacji cudzoziemców trwa wolniej niż we wcześniejszych okresach.
Wszystko zależy od tego, jak rozumieć będziemy proces "asymilacji". Raport definiuje go bardzo obszernie, jednocześnie w trzech węzłowych kategoriach - asymilacji ekonomicznej (praca, wykształcenie, posiadanie domu, własnego biznesu), obywatelskiej (naturalizacja, służba w Armii USA) i kulturowej (stopień opanowania języka, związki małżeńskie z Amerykanami).
Najczęstsza, najprostsza i najszybsza asymilacja ma charakter ekonomiczny, skoro imigranci przybywają do Ameryki głównie w tym celu - aby znaleźć lepszą pracę, zdobyć lepsze wykształcenie otwierające drogę do kariery, kupić dom, założyć własny biznes.
Nieco wolniejsza jest asymilacja obywatelska. Przybysze chcą uregulować swój status prawny, uzyskać obywatelstwo, korzystać z wynikających z tego praw i przywilejów (np. brać udział w głosowaniu).
Pod tymi dwoma względami imigranci asymilują się znacznie szybciej niż ich poprzednicy. Natomiast wolniej adaptują się pod względem kulturowym, a na to spowolnienie wpływa statystyka. Większość cudzoziemców w USA pochodzi z krajów Ameryki Łacińskiej (głównie z Meksyku) i w masie adaptują się wolniej, ponieważ hiszpański jest drugim językiem w USA, a mieszkając w wielkich enklawach przez pokolenia tkwią w kręgu własnej kultury, religii, obyczajów.
Polacy na tle ludności świata w Stanach Zjednoczonych nie wyglądają dobrze. Asymilują się, według autorów raportu, ciężko. Współczynnik asymilacji wynosi 36 (100 = pełna asymilacja), tyle, ile imigrantów z Afganistanu, Białorusi, nieco lepiej niż z Iraku i Japonii. Jest to powyżej "średniej adaptacji" obliczonej na 28 punktów, ale pośród krajów europejskich dość nisko: dobrze na poziomie kulturowym (60 punktów) i doskonale - ekonomicznym (100).
Ten i podobnego typu raporty mają ograniczoną wartość, są jednak pożyteczne jako jeszcze jeden głos w dyskusji o emigracji. Ten dokument raczej konserwatywnej placówki analitycznej wyraźnie opowiada się przeciwko obowiązującej od kilkudziesięciu lat polityce wielokulturowości, dopuszczającej nauczanie w USA w języku obcym (nawet od poziomu podstawowego po maturę) i posługiwanie się nim w biurach i urzędach, kładącej nacisk na mozaikową różnorodność kultur w Stanach Zjednoczonych, zaś niemal zakazującej forsownego przystosowania przybyszów do społeczeństwa amerykańskiego. Polityka ta zaowocowała zmarginalizowaniem dziesiątków milionów przybyszów, którzy włączają się w główny nurt życia w tym kraju.
CK
Przerwać impas rokowań
Kiedy Waszyngton zasugerował, iż być może będzie szukał innej lokalizacji w Europie dla antybalistycznych pocisków, był to sygnał, że rozmowy z Polską w sprawie elementów tarczy antyrakietowej utknęły w miejscu.
Powodem impasu są oczywiście pieniądze. Polska domaga się, aby Stany Zjednoczone zainwestowały jednocześnie w nowoczesny system obrony powietrznej kraju. Koszt - około 10 mld dolarów. Tymczasem Kongres skłonny jest przyznać kilkadziesiąt milionów jedynie na szeroko pojętą obsługę zbudowanych ewentualnie wyrzutni.
Albo innymi słowy: Amerykanie chcą się trzymać wstępnej umowy zawartej z rządem premiera Jarosława Kaczyńskiego. Premier Donald Tusk dramatycznie zwiększył żądania za udostępnienie polskiego terytorium. Zmiana nastąpiła niedawno i dość nieoczekiwanie dla Waszyngtonu.
Trudno powiedzieć, co kierowało premierem Tuskiem, kiedy niespodziewanie podbił stawkę: przekonanie, że Amerykanie nie będą mieli wyboru, skoro system tarczy wiąże również Czechy, gdzie staną radary? W Warszawie może uznano, że koszt zerwania niemal zakończonych negocjacji z Pragą i przeprojektowanie systemu będzie wyższy niż przyjęcie nowych polskich żądań? Przeświadczenie, iż USA pilnie potrzebują sojuszników wobec prób oderwania Europy (Zachodniej) od Ameryki i w takim razie wysoki koszt za przyjaciela i sprzymierzeńca pośród antyamerykańskich aliantów z NATO się opłaci? Wiara, że wobec ogromu wydatków USA na wojnę z terroryzmem kilka miliardów dodatkowo przejdzie łatwo? Przekonanie, że Polsce się należy za Afganistan i Irak, za wszystko?
Cokolwiek to było, kalkulacja okazała się mało trafna. Chętnych do udostępnienia swego terytorium na amerykańskie wyrzutnie jest wielu - od Litwy po Ukrainę i Rumunię. Tendencje proatlantyckie biorą dziś górę w NATO i znika podział na "starą" i "nową" Europę, a Pakt Północnoatlantycki chce uczynić tarczę ważnym elementem własnego systemu obrony; przestał już ją traktować jako niechciany amerykański pomysł, swoiste "obce ciało" na kontynencie.
Co Polska straci, jeśli Amerykanie poszukają innej lokalizacji dla wyrzutni rakietowych? Dużo, nie tylko w kategoriach pieniężnych. Straci przede wszystkim okazję do stania się ważnym ogniwem zachodniego systemu obrony. Straci szansę na stopniową ewentualną poprawę (z pomocą USA) własnych sił zbrojnych. Straci z trudem wypracowaną opinię, że można na niej polegać.
Co zaś zyska, jeśli porozumienie nie dojdzie do skutku?
Jeszcze jest czas na negocjacje oraz miejsce na kompromis - zapewne większy ze strony Polski, która musi bardzo starannie rozważyć swoją ofertę, nim przystąpi do kolejnej, być może ostatniej rundy rokowań w sprawie tarczy. A zwłaszcza odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy w ostatecznym rachunku jest to oferta korzystna dla Polski, czy nie?
CK
Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Tue May 13 16:23:34 2008
