Weekend online

...Nie wiem, na czym polega dzisiaj wolność kobiety. W jaki sposób kobiety wyzwalają się spod panowania mężczyzn...

OGÓLNIE RZECZ POMIJAJĄC

Magdalena Wypych

Na obrazach Lichtensteina kobiety zawsze płaczą.

Jeśli akurat nie toną lub nie spadają razem z samolotem, to płaczą i proszą Brada, by ich nie zostawiał. Lub tylko patrzą. A w obłokach przeznaczonych na mówienie tylko wzdychają.

Myślę czasem o tych kobietach. O tym, jak ciągle czekają na faceta, który je kiwa. Pewnie nic im nie obiecywał, pewnie opacznie go zrozumiały. A może potrzeba Brada była silniejsza od potrzeby siebie. A najpewniej to Lichtenstein chciał widzieć kobiety submisywnymi, cierpiącymi z miłości i żyjącymi tylko Bradem. Zamykał je w płótnach. Nie wiem, na czym polega dzisiaj wolność kobiety. W jaki sposób kobiety wyzwalają się spod panowania mężczyzn. Ostatnio uczyniłam odkrycie, że zawsze w pewnym momencie związku kobieta pyta mężczyznę, czy jest brzydka. Mężczyzna wtedy pięknie zaprzecza i związek się toczy. Czy kobiety wokół mnie wiedzą, że są piękne, wiedzą, ile są warte i są szczęśliwe? Wydaje mi się, że kobiety wokół mnie wciąż czekają na szczęście. Ja nie czekam. Obiecałam sobie, że nie będę brać życia takim, jakie może być, tylko jakim jest. U Lichtensteina tylko bym przechodziła przez obraz, potykając się o łzy. Byleby iść.

Sean śmieje się z takiego myślenia. On nie patrzy na świat przez pryzmat sztuki, to typ poznający świat przez liczby. Zwykle idziemy prosto do łóżka, ale jeśli już ze sobą rozmawiamy i chcę mu opowiedzieć na przykład o Lichtensteinie, zaczynam tak: "Na obrazie Lichtensteina, który kosztuje milion dolarów...", i wtedy słucha z uwagą. Sean jest częścią brania życia jakim jest. Czasami jest komicznie. Komiczna jest powaga, z jaką "ratuje" mnie znad szklanki whisky z mojego ulubionego gejowskiego baru. Potem mnie przez całą drogę do domu beszta, że powinnam chociaż iść na jakiś luksusowy taras i poznawać nadzianych facetów, zamiast nieekonomicznie pić z gejami. Moja droga dekadencjo, przełęczo samotności moja. Tłumaczę się, że bar gejowski to dla mnie wyjście optymalne, bo na tarasie czułabym się jak lekki obyczaj, a pijąc w domu jak alkoholik. Takie tam problemy z życia kobiet samotnych. Co nie czekają.

Wcale aż tyle nie piję. W ogóle rzadko teraz wychodzę. Staram się żyć spokojnie i przyziemnie. Codziennie sporządzam sobie listę spraw do załatwienia i odhaczam. Spraw jest ogrom i lista się wydłuża, bo nigdy mi nie wystarcza czasu. Żaden filozof, nawet Sartre, nigdy nie podjął problemu ilości rzeczy, którymi człowiek musi się bezustannie zajmować, zamiast przeżywać stany wyższe. Rzeczy do zrobienia jest tysiące: trzeba codziennie czyścić każdą część ciała, malować się, fryzować, nakładać, a potem usuwać; czyścić ubrania, buty i pościel; sprzątać każdą część domu; czyścić duszę i zapominać o przykrych sprawach; rozciągać się, ćwiczyć i biegać; zdrowo jeść i zdrowo spać, mieć regularny seks; myśleć o przyszłości i przezwyciężać problemy z dzieciństwa; szukać brakujących rzeczy i załatwiać bieżące problemy; kupować i zmuszać się do niekupowania; chodzić do pracy i udawać idiotę; wybierać właściwe imprezy i spotykać właściwych ludzi i jeszcze iść czasem do kina albo na Broadway i przeczytać coś. Do tego na pamięć: daty płacenia telefonu i czynszu; kart kredytowych i Cona Edisona; terminy odbierania długów; hasła dostępu do stron internetowych aktualnie używanych; słowa piosenek aktualnie śpiewanych; co pije każdy z regulars w barze; w których sklepach się zwracało ubrania i buty i zamiast gotówki dali kredyt sklepowy; z kim aktualnie utrzymuję kontakty.

Od czystego przeżywania stanów wyższych oddzielają mnie dodatkowo rzeczy niespodziewane, spoza listy, spowodowane lub wymuszone przez innych. Trzeba być na nie przygotowanym i otwartym, bo nie ma nic lepszego niż opatrzność losowa. Na przykład, spotykasz tak zwanego męża opatrznościowego, który idealnie pasuje teraz do twojego życia, i idziesz z nim na lunch. Lub ktoś, kto już od dawna istniał w twoim życiu, nagle zaczyna więcej znaczyć, idziesz z nim na kolację. Albo jesz samotnie i nagle jakiś nieznajomy ze stolika nieopodal wypowiada jedno zdanie, którego ci od dawna w życiu brakowało.

Bo w życiu jest jak w śpiewaniu: zawsze brzmi się lepiej z akompaniamentem i gdy zna się słowa piosenki.

Energy tip number 107

Po wejściu do domu, zamiast włączać światło korytarzowe i zapominać o nim aż do nocy, noś przy sobie zawsze latarkę. Potykając się o niedoświetlone buty, parasole i krzesła, omiń kuchnię i idź prosto do łazienki, a stamtąd prosto do łóżka. W ten sposób nie będziesz zużywał ani światła, ani klimatyzacji, pójdziesz wreszcie wcześnie spać, nie będziesz podjadać późnym wieczorem, nie będziesz katować zmęczonej głowy muzyką, a zmęczonych strun głosowych śpiewem, a twoje stosunki z sąsiadami ulegną nagłej-zdecydowanej poprawie.

Teraz głównie śpiewam. Bo człowiek musi dbać, by zawsze mieć taką zonę w życiu, gdzie coś mu wychodzi i czerpać z tego satysfakcję. Ja zawsze śpiewałam. Różnica polega na tym, że już nie muszę chodzić pustymi uliczkami, by powiększyć sobie skalę głosową albo wędrować na koniuszek platformy stacji metra i tam podśpiewywać sobie tyłem do tłumu; przyrzekam, tak właśnie beznadziejnie żyłam. Teraz śpiewam pod pianinem i przodem do ludzi. Zaczęłam dobrze śpiewać. Moja nauczycielka śpiewu zapytała mnie, w czym chcę się specjalizować, czyli jestem już przynajmniej na drugim roku studiów. Najbardziej chcę się wyspecjalizować w Elli Fitzgerald, Etcie James i Ninie Simone. Albo przynajmniej odśpiewać kasę, którą inwestuję w lekcje. A kiedyś, gdy już będę stara i gruba, i mój głos będzie ochrypły od whisky i narkotyków, będę śpiewać co niedzielę w ciemnym klubie jazzowym do dziesięciu pijaków. W ten sposób zamierzam zarabiać emeryturę, bo nie zapowiada się, by mi ktoś w Ameryce emeryturę dał. Nie ma się co martwić na zapas. Śpiewanie jest, przysięgam, ostatnią profesją, jakiej się w życiu podejmuję. Będę jej używała w ostateczności i nigdy nie zginę.

Kobieta Huygin została moją nową koleżanką. Wysoka Koreanka, w stylu Lucy Lu, ale ładniejsza i bardziej utalentowana. Ona też nigdy nie zginie. Chodzimy razem do szkoły, a potem chodzimy po mieście. Dla niej liczy się tylko kariera. Liczy się tylko kim jest. Jeśli Hyugin nie zrobi kariery na Broadwayu, załamie się moja wiara w sukces. Nie znałam nigdy nikogo ambitniejszego od niej. Gdy tancerki szły na przerwę pić wodę, ja zawsze zostawałam, by się dodatkowo rozciągać, a po drugiej stronie sali rozciągała się dodatkowo Huygin. Tylko że ona się tak rozciągała, że dotykała kolanem nosa na leżąco. Potem ona zaczęła mi bez słowa pomagać w zapamiętywaniu układów, a ja oddawałam jej swoje ulubione piosenki do śpiewania. I się zaprzyjaźniło.

Chodzimy po mieście. Ja bez przerwy gadam, bo ona musi się uczyć angielskiego. Huygin byłaby idealną koleżanką, lecz niestety nie pije. Powiedziała, że alkohol dziwnie na nią działa i nie czuje się po nim zdrowo (sic! sic!). Bywamy więc głównie w jadłodajniach tajskich i muszę pić produkty przemysłu azjatyckiego. Nie mówię jej, jaką przykrość sprawia mi jej abstynencja, tylko raz jej powiedziałam, że alkohol to jedyna substancja, jakiej organizm nie wytwarza, i dlatego trzeba mu go dostarczać. Zaśmiała się, może nie zrozumiała po angielsku. Może to nawet i był żart. Ale już potem to nie było ważne, bo potem zaczęły się kluby jazzowe...

www.magdalenawypych.com

Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Wed Nov 19 07:34:39 2008