Weekend online
- ...Jeszcze do niedawna jedynymi rowerzystami w Nowym Jorku byli ... - Jan Latus
- ...Najgorsze wykorzystanie czasu to... - Joanna Karwat
- ...Nowojorska kuchnia nie kończy się w... - Ewa Śródka
...Jeszcze do niedawna jedynymi rowerzystami w Nowym Jorku byli ...
[felieton Janka]
RAJ ROWERZYSTÓW
Statek firmy Water Taxi płynący z Southport na Manhattanie do Rockaways Beach był rzeczywiście zatłoczony w tę sobotę. Mimo to nikt nie protestował, gdy na pokład wtarabaniła się duża grupa ludzi z rowerami. Załoga promu starannie przytroczyła pojazdy do barierki i w ogóle bardzo się o nie troszczyła - kto wie, czy nie bardziej niż o pasażerów. Już na miejscu rowerzyści dołączyli do bardzo licznej grupy pobratymców którzy, z wielkim skupieniem na twarzach, jeździli wte i wewte, manipulowali przy przerzutkach, mocowali rowery do płotu. Rowerzyści wtapiali się dobrze w krajobraz tej części Rockaways, charakteryzującej się porzuconymi ruderami (ktoś tu kiedyś zrobi artystyczne, czarno-białe zdjęcia), dziko rosnącymi trawami i w ogóle atmosferą opuszczenia i degrengolady.
Z tej perspektywy cała Ameryka jawiła się jako kraj upadku. A może inaczej: jako kraj zmieniający się na naszych oczach w miejsce bardziej cywilizowane, pokorne, świadome swoich problemów i ograniczeń. Tak czy inaczej, nie damy się już zmylić motocyklistom, przemierzającym czasem kawalkadą ulice Manhattanu na harleyach-davidsonach. Odpowiednim miejscem dla harleyów jest małe miasteczko gdzieś w środku Ameryki - albo snobistyczny sklep z importowanymi motocyklami w Tokio. Nowy Jork opanowały bowiem ostatnio rowery. Te zwykłe: ekologiczne, ciche, niepotrzebujące paliwa, wymagające za to męczącego pedałowania - i odpowiednich, postępowych poglądów.
Jeszcze do niedawna jedynymi rowerzystami w Nowym Jorku byli gońcy-szaleńcy, narażający swoje życia nie wiadomo w imię czego - może wewnętrznej rywalizacji, kto wykona najbardziej ryzykowny i najgłupszy manewr? Na rowerach jeździli też nieszczęśnicy dowożący pizzę i chińskie jedzenie, zwykle kiedy lało. Odznaczali się specyficzną techniką jazdy: ich zdezelowane rowery nigdy nie jechały w linii prostej - raczej chybotały się tak, jakby miały się zaraz przewrócić. Była też garstka postępowych intelektualistów i artystów-pozerów. Oni jednak jeździli na rowerach koło domu. No i oczywiście każdy jeździł na rowerze górskim dla sportu - ale wyłącznie w weekendy.
Od niedawna szerokie, imponujące arterie Manhattanu skurczyły się do rozmiarów wiejskich dwupasmówek. Pasy skrajne pomalowano na ceglasto, zielono lub pozostawiono czarne - najwyraźniej pomysłodawcy nie mogą się zdecydować. Te pasy rowerowe zrobiono znienacka, chyba w jedną noc. Nagle, zamiast trąbiących taksówek i limuzyn oraz huczących ciężarówek, mamy opustoszałe połacie niezmiernie drogocennego terenu - ciągle aktualne zaproszenie dla rowerzystów pragnących ocalić planetę.
Czy skorzystają? Na pewno nie w innych miastach. Ogromna Ameryka została zabudowana z myślą o ludziach poruszających się na czterech kołach, nie na dwóch. Co innego wyskoczyć do Seven/Eleven albo do sąsiada na tym samym przedmieściu, co innego - jechać codziennie rowerem, gdzieś w Teksasie czy na Florydzie, do pracy. Autostrady, tunele i mosty zostały zbudowane z myślą o kierowcy Cadillaca i Forda Mustanga, nie zbawcy planety na cienkich kółeczkach. Nawet w postępowym San Francisco ulice wznoszą się tak stromo, że wjedzie na nie tylko zawodowy kolarz, i to taki na sterydach.
Pozostaje więc nam Nowy Jork. Pasy rowerowe są tu już wszędzie: na Queensie, Brooklynie, Manhattanie. Mniejszość rowerzystów jest wreszcie traktowana jak inne mniejszości: z delikatnością, szacunkiem oraz tolerancją dla faktu, że nadużywa ona swoich przywilejów.
Z jakichś sobie znanych powodów rowerzyści nigdy nie uważali, że także ich obowiązują przepisy ruchu drogowego. Zawsze - chyba od czasów wynalezienia koła - jeździli pod prąd, wykonywali slalom między samochodami i zmuszali przechodniów do rozbiegania się w panice, nawet jeśli przechodzili oni na zielonym świetle. Owszem, rowerzyści musieli zakładać kaski, ale nikt z nich nie pomyślał o tym, aby założyć na rower reflektor czy dzwonek (urządzenie stosowane w cywilizowanym świecie do ostrzegania innych pojazdów i przechodniów). Mało, że rowerzyści straszyli innych i narażali ich na poranienie, to jeszcze zawsze na nich bluzgali. Szczególną złość wobec świata okazywali zawodowi gońcy.
Jak sytuacja będzie się przedstawiać za pięć lat? Czy wielkie masy rowerzystów, poruszające się po swoich pasach, będą już zatrzymywały się na czerwonym świetle? A może przyjmie się u nas, pozbawiony reguł, niemniej płynny, ruch drogowy rodem z Indochin? Ale czy powinniśmy wtedy zastąpić nowojorskie limuzyny wołami w zaprzęgu?
Jakakolwiek próba utrzymania w ryzach rowerzystów spowoduje pewnie marsze, głośne protesty, pozwy. Rowerzyści mogą na przykład uznać, że zatrzymywanie ich za przejazd na czerwonym świetle jest dowodem na stosowanie przez policję dyskryminacyjnej metody profiling. Będą się domagać, aby policjanci zatrzymywali, na rutynowe kontrole i bez powodu, wszystkich, na przykład kierowców autobusów. No i będą postulowali, żeby wszyscy inni użytkownicy dróg - a nie tylko oni - nosili kaski.
Jeśli w wypadku zderzenia rowerzysty z większym pojazdem winę przypisywać się będzie, jak zwykle, kierowcy samochodu, sprawy skomplikują się w wypadku kolizji różnych - równych sobie przecież wobec prawa - minorities: wrotkarzy, deskorolkarzy, nawet staroświeckich przechodniów. Pozwów zbiorowych będzie zatrzęsienie. Wyznaczy się kolejne, wydzielone dla wybranych, pasma ruchu. Pasażerów autobusów przesadzi się do metra. A samochody w ogóle wygoni się z miasta. Wyjątkiem będą karetki pogotowia, teraz potrzebniejsze niż kiedykolwiek.
Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Thu Aug 14 13:37:43 2008
