Weekend online
...Cała Ameryka oparta jest na śnie. Na iluzji...
EKSPLOZJA ORZEKALNOŚCI
Zwykle się pije kawę. Zwykle się myśli o tym, co się powinno robić. Jak poprawić jakość swojego życia. Czasem odkrywa się, jak wiele potrzeb pozostaje niezaspokojonych. Czasem się coś samo narzuca.
Telefon zadzwonił, gdy już zapinałam buty. Szybko go wyłączyłam, by po drugiej stronie myślano, że jestem już w subwayu. Spóźnianie wyssałam z mlekiem matki. Spóźniałam się do szkoły, na egzaminy, do pracy, na spotkania. Bycie na czas jest dla mnie prawie nieosiągalne. Szukam jeszcze szala, by nie zamarznąć w subwayu, i może patrzę zbyt długo przez okno. Potem gaszę światła, zamykam okna i wychodzę.
Czeka na mnie tracąc cierpliwość. Zawsze na początku lekka prezentacja sił. Udaje mi się z wdziękiem wszystko naprawić, nic nie tracąc. Wdzięk się przydaje. Będziemy jeść kolację. Jest jakoś oficjalnie. Obawiam się, że chce mi zakomunikować koniec znajomości. Wyrosłam już z dramatów i wiem, że przyjmę to kieliszkiem wina. To nie jest dobra znajomość. Nic nas nie łączy, ale coś nas trzyma razem. Jak na ironię losu on jest wydawcą, a ja niby marzę o książce. Tak naprawdę o niczym już nie marzę. Chcę tylko dotrwać do końca kolacji i dowiedzieć się, po co spotykamy się na środku miasta. Po godzinie wiem, że nic mi nie oznajmi. Może rzeczywiście chciał mnie tylko zobaczyć, może zmienił zdanie, może mam nabytą paranoję.
Wracam do domu. To był normalny dzień. Pracowałam, tańczyłam, piłam kawę, jeździłam metrem, jadłam, spotkałam się z jakimś innym człowiekiem. Nie zdarzyło się żadne porwanie ani zabójstwo. Nie spełniły się sny. Wyczytuję z twarzy współpasażerów, że im się też nic dziś nie spełniło. Ale ludzie wciąż wierzą w sny, wierzą, że marzenia się spełniają. Dlatego znaleźli się tutaj. Cała Ameryka oparta jest na śnie. Na iluzji łatwego życia w dobrobycie, za który płaci się później. Widać to szczególnie teraz, gdy się ze snu budzi. Na razie przeciera oczy. Może przyszedł czas zapłaty. A może pomysł na Amerykę się zdezaktualizował.
Emigracja doznała przebudzenia również. Wyjeżdża. Nagle się okazało, że mieszkać we własnym kraju jest zupełnie przyzwoicie. Odpada sześćdziesiąt procent codziennych problemów. Nie ma już prestiżu ani przełożenia finansowego, które rekompensowały trudy emigracji. Nie wracają tylko ci, którzy się zasymilowali. Ja do nich należę. Nauczyłam się żyć w Nowym Jorku i czerpać z tego korzyści, lecz nauczyłam się również żyć poniżej swoich możliwości. I marzę. Może mi się nawet coś ze złości uda.
W czasie jednego z dni normalnych fascynacja Nowym Jorkiem mi nagle minęła. Już mi się nie podobają widoki. Idea szybkiego życia, szybkiej kariery i pieniędzy umarła. Nie mogłam odnaleźć w tym jakości. Ostatecznie Nowy Jork jednak śpi. Nie śpią tylko ci, którzy muszą się tłuc po nocach subwayem.
Obudziłam się za późno, by zdążyć do pracy. Zadzwoniłam do galerii dokładnie o godzinie, w której powinnam się tam pojawić, i tonem przekonanym powiedziałam, że się spóźnię. Mój pracodawca nieoczekiwanie, jak w komedii science fiction, ucieszył się i rzekł, bym się nie spieszyła i przyjechała, na którą chcę. To recesja uderzyła najpierw w sztukę i galeria świeciła pustkami. Dobrze, że chociaż bary są pełne, tam się teraz kultywuje sztukę. Ostatnio powiedziałam, że jestem głodującą artystką, i dostałam sto dolarów napiwku w ramach donacji na sztukę. W telefonie czekała na mnie wiadomość od niego. Byłam pewna, że teraz już na pewno ze mną zrywa. Odważyłam się przeczytać dopiero po śniadaniu. Dziękował mi tylko za kolację. Coś jest nie tak, intuicja mnie zawodzi.
Świat na zewnątrz ziajał nieprzychylnością. To tylko projekcja. Szłam Broadwayem i zastanawiałam się, jak to by było iść teraz Plantami. Gdzie bym teraz szła. Czy by mnie martwiło, czy cieszyło. Dookoła mnie pełno zdeformowanych tanim jedzeniem ludzi. Noszą ze sobą ułudę obfitości. Niska kultura, krzykliwy low income. Pilnuję własnego interesu. Unikam konfrontacji, które mogłyby mi się przydarzyć na drodze. Istnieję w stanie unikania. Chcę bezkolizyjnie dotrzeć na Columbus Circle. Ciemne okulary, słuchawki.
Metro nie jeździło. Do najbliższego jeżdżącego metra podwoził autobus. Szczerze nienawidzę MTA. System transportu w Metropolii jest do niczego i nikt nic nie mówi, nikt nie wychodzi na ulicę. W każdy weekend coś nie jeździ, słupy są wiecznie obwieszone zmianami rozkładu, sześćdziesiąt procent linii ma problemy. Ja nigdy nie widziałam żadnych constructions. W autobusie jakieś potomstwo low income zaczyna odbijać o sufit piłkę. Reaguję instynktownie i samozachowawczo. "What are you doing? This is a public bus". Patrzy na mnie zaczepnie, ale zdanie jest logiczne i przestaje. Miałam nie szukać kłopotów. Po półgodzinie możemy się wreszcie przesiąść na metro. Ludzie ledwo się mieszczą na platformie stacji. Czekamy. Czekamy. Wszyscy gapią się na moje spodnie z jedną nogawką podwiniętą, wzrokiem domagając się jakiegoś wyjaśnienia. Czy wyjaśnieniem nie jest New York City? Czy nie przyjechałam tu po wolność, która dzisiaj wyraża się w jednej nogawce wysoko podwiniętej? Jeszcze obskurne gapienie się na mnie Meksykanina i poddaję się. Nie jestem w stanie dłużej czekać na metro, nie jestem w stanie znieść interakcji z ludźmi. Wychodzę. Dzwonię do pracy. Victor uspokaja mnie, że jak się spóźnię kolejną godzinę, to nic się nie stanie. Proponuję mu, by dziś nie wydawał na mnie pieniędzy, przyjdę jutro o zwykłej porze. Zgadza się. Mój budżet się kurczy.
Wracam autobusem z powrotem. Autobus zatrzymuje się przed wejściem do parku. Dalej jest chyba jakiś inny autobus, ale już mnie to nie obchodzi. Idę prosto do parku. Zobaczę te słynne Cloisters, które przewiózł statkami z Europy Rockefeller, bo miał sen - Ameryka go przekonała, że może mieć wszystko.
Idę wzdłuż fortyfikacji. Wokół drzewa, kamienie, na dole rzeka i las na przeciwległym brzegu. Rockefeller zakupił również widok. Wreszcie dobrze się czuję. Cloisters są płatne i nieduże. Jest jak w starych europejskich kościołach. Dotykam rzeźb i murów, ale nie mogę poczuć żadnej niezwykłości. Czuję się jak na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wewnętrzny krużganek wygląda jak Collegium Maius. Siedziałam kiedyś w podobnych zaułkach czternastowiecznych budowli i zakuwałam na egzaminy. Czego ja się tak uczyłam? Przypominają mi się drzwi z klamkami na wysokości ramion w budynku, gdzie studiowałam francuski. I trzymetrowe okna. Czuliśmy się tam tacy mali. Małość wobec nauki jak małość wobec Boga. A teraz tylko małość wobec pieniądza.
Dobrze, że tu przyszłam. Powinnam wyjeżdżać z Nowego Jorku w każdy weekend. Ciągle ignoruję rzeczy, które wszyscy robią, i coraz częściej uświadamiam sobie, że mają rację. Omijam autobus z daleka, schodzę z zamku do wioski. Wchodzę prosto na swoją ulicę. Zastanawiam się, co jest takiego niezwykłego w Nowym Jorku, że chcę tu mieszkać?
Kiedyś brak pieniędzy wrzucił mnie w straszną depresję. Znalazłam lekarzy, którzy mi płacili za posiadanie depresji sto pięćdziesiąt dolarów tygodniowo. Musiałam tylko łykać testowane antydepresanty i raz w tygodniu opowiadać, co słychać i jak się czuję. Pigułki łykał Jimmy Kid, on uwielbia i nie jest wybredny. Lekarz nie wierzył, że depresja mi przeszła wraz z przypływem gotówki. Upierał się, że mi wróci, jak tylko odstawię leki. W końcu znalazłam pracę i nie chciało mi się już jeździć na Upper East po czeki. Może takie historie nowojorskie mnie tu trzymają.
www.magdalenawypych.com
Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Fri Jul 18 13:34:22 2008
