Weekend online
- ...Polonia się zwija, ale Festiwal Filmu Polskiego cieszy się coraz większą popularnością... - Jan Latus
- ...To fenomenalne trio jeszcze niedawno... - Rozmawiał: Daniel Wyszogrodzki
- ...inteligencja to nie wyłączny przywilej delfinów - ośmiornica też potrafi!... - Marian Chlabicz
- ...Czy nie powinnam jednak wrócić do domu i szukać mieszkania, pracy i męża?... - Magdalena Wypych
...Czy nie powinnam jednak wrócić do domu i szukać mieszkania, pracy i męża?...
PERIPATETIC, POETIC AND CHIC
Jeszcze tylko muszę przełożyć balet. Szkoda, przydałby mi się ten balet, jest dla początkujących, zamiast tego będę musiała chodzić na ten czwartkowy, zaawansowany, będą śmigać piruety, a ja wciąż nie umiem. Ale jak przesunę balet i zamienię taniec nowoczesny na współczesny - będę wreszcie miała dzień wolny - A Day Off.
Pani Dyrektor Szkoły Tanecznej na szczęście przymyka oczy na moje absencje i kombinacje. Dotarła do niej plotka, że mam trzy prace. Nic nie potwierdziłam, ale chyba domyśla się, że jestem zajęta, gdy spóźniona wpadam do studia z laptopem w ręku, z telefonem na ramieniu i w stroju biurowym, a wypadam w wieczorowej sukience i w pełnym makijażu, na trzecią część dnia. Chyba będę miała problemy na starość. Jeśli dożyję starości. Ale teraz przynajmniej mam prawdziwy Day Off.
Nareszcie zajmę się ważnymi sprawami, które wciąż odkładam, zrobię rzeczy, których dawno nie robiłam, coś kupię, by poczuć silniej przynależność do społeczeństwa, zrelaksuję się. Żeby to wszystko zrobić w ciągu jednej środy, nastawiłam alarm na siódmą.
Obudziłam się jak zwykle: wpół do jedenastej. Ześlizgnąwszy się z łóżka na podłogę, zaczęłam się rozciągać, gdy nagle otworzyły mi się oczy - dziś nie tańczę! - i wczołgałam się z powrotem na łóżko.
Obudziłam się kwadrans po dwunastej: już nie na żarty. Mieć jeden jedyny day off i go przespać, to dramat. Zaczęłam od rozpisania planu na cały dzień. Na liście priorytetów, obok szukania mieszkania, pracy i męża, znalazły się również: malinowy balsam do ciała, nowa książka Milo, czerwony golf Natalii Oreiro oraz nowa piosenka na zajęcia ze śpiewu. Na początek poszukam piosenki.
Przed miesiącem oznajmiłam Bettinie Sheppard, że już nie będę na jej zajęciach śpiewała. Dopóki się nie nauczę. Bettina uczy nas, jak występować przed publicznością, jak sprzedać siebie w ciągu jednej piosenki na przesłuchaniu, zlikwidować tremę, eksperymentować z przyzwyczajeniami. To znaczy oni się tego uczyli, a ja ciągle nie potrafiłam śpiewać. Bettina wszystkich chwaliła: "oh, jaka piękna interpretacja", "oh, jakie piękne aktorstwo", a mnie mówiła: "tym razem chociaż doszłaś do końca piosenki". Tak do mnie, perły spotkań z gitarą przy wódce, najdonośniejszego głosu akademika. Okazało się, że wszystko śpiewałam źle. I muszę się uczyć od nowa.
Sześć prywatnych lekcji śpiewu z dwoma różnymi nauczycielami, kilka awantur z piątym piętrem, gdy odrabiałam prace domowe na dachu, i teraz, po miesiącu, wracam na zajęcia Bettiny z ustawionym głosem i z hitem, który zaraz znajdę.
Nie wiem, dlaczego w ogóle to robię. Dalej jestem jedyną osobą w szkole, która nie chodzi na przesłuchania. Nie zamierzam tańczyć na Broadwayu ani nawet zarabiać w metrze. Po prostu taki moment w życiu.
Znalazłam hiciora w repertuarze Barbry Streisand, tej z nosem. Trochę się na końcu piosenki drze, ale wytrzymam. Jak tylko nie zapomnę nabrać dużo powietrza w płuca i wbić się w ziemię.
Dobra, czas gdzieś iść. Zaczynam być głodna, więc robię to, co każdy szanujący się tancerz i co zdrowsze anorektyczki: wypijam litr wody, idę biegać, wracam, wypijam drugi litr wody, prysznic. Za pół godziny zacznie mnie ssać z głodu i lepiej bym już była w okolicach jakiejś restauracji. Mogę ucztować, teraz wszystko się pięknie spali. W mojej nowo odkrytej restauracyjce jest tuż po lunchu i przed dinnerem, czyli jestem sama na sali i mogę zająć najlepszy stolik, na górze pod oknem.
Następny punkt dnia jest zielony. Jadę na Greenpoint po malinowy balsam. Na drodze dopadają mnie wątpliwości i obiekcje. Czy nie powinnam jednak wrócić do domu i szukać mieszkania, pracy i męża? Tak naprawdę to znalazłam mieszkanie, nawet dwa, wystawione, jak na dłoni, wystarczyło podpisać. I za każdym razem postanawiałam, że zostaję w swoim ciasnym pokoju na Manhattanie. Nowa praca też się pokazała. Także kilku mężczyzn przeszło obok. Ale nic nie wydawało mi się warte zatrzymania. Już sama nie wiem, czy mam rację. Mężczyzna, gdy nie wie, czy ma rację, idzie pić. Zagląda przez kieliszek do dna swego ja. Kobiety są bardziej ekstrawertyczne, uduchowione, połączone z... Co się będę tłumaczyć, poszłam do wróżki na tarota.
Za trzydzieści dolarów okazało się, że mieszkanie znajdę we wrześniu, więc nie ma co teraz tracić czasu; nowej pracy w ogóle nie znajdę, mam robić dokładnie to, co teraz; z facetami do stycznia mam się tylko przyjaźnić, bo w styczniu pojawi się Soulmate. No, i ile można czasu i nerwów zaoszczędzić, jak się zna przyszłość. Teraz mogę spokojnie jechać po balsam.
Pojechałam, ale wcale nie spokojnie. Przez cały Greenpoint biłam się z myślami. Czy tarot naprawdę działa? Jak działa? Czy można odmienić los? W przyszłym tygodniu i tak pojadę zobaczyć nowe mieszkanie na Brooklyn Hights i może nawet mi się spodoba, i może się przeprowadzę. I może właśnie pójdę na drugą randkę z Joshua, co z tego, że jego gust wyraża się w słodkich winach Rose, on rozśmiesza mnie do łez. Zdecydowanie wrzuciłam za dużo kosmetyków do koszyka przez to myślenie. A potem pomaszerowałam na Bedford, by usiąść, zastanowić się i zajrzeć w siebie przez dno kieliszka wina.
Jednak źle poszłam i zgubiłam się. Zgubiłam się nieopodal Księgarni Literackiej i właśnie w sam raz.
"Książka Milo jest?".
"Nie ma".
"Nie ma książki Milo na Greenpoincie? To jest nasz pisarz, nowojorski, dlaczego nie ma?".
Uprzejmy Pan z Literackiej ma pecha, że wkroczyłam w jego popołudnie pomiędzy tarotem a winem i bez drogi na Bedford. Żądam satysfakcji, żądam polecenia mi powieści współczesnej, która mnie nie zanudzi. Pan z Literackiej nie lubi, jak kogoś literatura nudzi. Spieramy się, padają na stolik kolejne nazwiska, które mnie nudzą. Z nadzieją otwieram nową Gretkowską, ale napotykam słowa "partia", "seks", "dziecięcy striptease" i szybko zamykam. Niech Manuela robi tę swoją Seksmisję, niech prowokuje i pisze manifesty, ale niech Muza już nie pisze literatury!
Pan z Literackiej mnie nie lubi, bo wkłada mi do ręki "Słodkie życie" Ewy Morelle. Panienki, która próbowała za wszelką cenę stać się sławną w czasach SPATIF-u. W książce opisuje swoją wspaniałość i miernotę reszty, głównie znanych filmowców, których i tak wszystkich przeleciała. Deklaruje picie kubkami wódki na śniadanie, a brzydcy ludzie wywołują w niej wstręt. By się nauczyć, jak nie pisać, i z niedowierzania kupuję to ścierwo, a na odtrutkę dokupuję cudownego Stanisława Dygata. Z Panem z Literackiej pojednujemy się dopiero przy półce z Tomaszem Mannem.
Bedford. Tu dopiero można mieszkać. Znana kawiarnia na Entej Piątej. Czytam tę walniętą Morelle i zagryzam Dygatem. Do stołu podaje jakiś przywódca Bohemy z przebitą przegrodą nosową. Przyniósł mi niedobre wino i teraz nie chce mi zamienić. Że wbrew przepisom. Co z niego za Bohema. Zawsze mi zamieniają, wino to wino. Zagryzam usta Dygatem. Dzwoni telefon. Nareszcie. Niech się ktoś pojawi i krzyknie na przykład "nieprawda!". Joshua. W sprawie drugiej randki. A właśnie, że się z nim umówię. "Niech Joshua przyjedzie szybko na Bedford". Joshua już schodzi do metra.
Day off kończy się szybko. Kończy się zakupem czerwonego golfa, czerwonej bluzki i czerwonego szala. Coś w tym jest. Day off kończy się późno, padam na łóżko i umieram ze zmęczenia.
www.magdalenawypych.com
Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Thu May 15 14:38:24 2008
