Weekend online

...Polonia się zwija, ale Festiwal Filmu Polskiego cieszy się coraz większą popularnością...

[felieton Janka]

ROZKRĘCAJĄCY SIĘ FESTIWAL

Jan Latus

Dziwna sprawa: Polonia się zwija, polonijne firmy zamykają, kontener za kontenerem płyną do Polski - a organizowany w Nowym Jorku Festiwal Filmu Polskiego cieszy się coraz większą popularnością.

W tym roku chodziłem na jego pokazy po raz czwarty - i nigdy nie widziałem tak dobrej frekwencji. W poprzednich latach, bywało, siedziałem wśród garstki widzów, dodających sobie animuszu darmowym polskim piwem (inna specjalność festiwalu; tym razem był to Żywiec). W tym roku na większości pokazów przynajmniej połowa miejsc była zajęta, a były i takie ("Katyń"), na które zabrakło biletów.

Nie oznacza to, że impreza jest - i kiedykolwiek będzie - dochodowa. Samotną organizatorką jest Hanka Hartowicz, której, jak zwykle, pomaga grupa wolontariuszy. Mimo ambitnych zamiarów Hanki festiwal pozostaje w większości imprezą dla polonijnej publiczności - choć w tym roku, jak się wydaje, więcej było gości obcojęzycznych, może za sprawą skorzystania z usług profesjonalnej PR.

W tym roku Hartowicz zrezygnowała z - zapewne pochłaniającej gros pieniędzy od sponsorów - eleganckiej imprezy inauguracyjnej w kinie przy Wschodniej 57 Ulicy; był za to pokaz "Katynia" w prestiżowej sali MoMA. No i była impreza powitalna w konsulacie. Przez resztę czasu goście spotykali się w przytulnym, przypominającym niegdysiejsze kina studyjne, Anthology Film Archives w East Village.

Jaki był poziom tegorocznego festiwalu? Nie mam narzędzi, żeby zmierzyć i porównać. Poza "Summer Love" Piotra Uklańskiego - zdecydowanie najgorszym filmem, jaki obejrzałem w swoim życiu (i nie tylko ja tak powiedziałem), no więc poza tym kabotyńskim pokazem artyzmu, pozostałe obrazy były przynajmniej przyzwoite. Nie było gniotów, nieporozumień, filmów podkreślających drugoligowość polskiej kinematografii. Może dlatego, że przeszła moda (lub też nie wybrano ich do oferty festiwalowej) na przaśne imitacje amerykańskiego kina sensacyjnego. Nikt też, na szczęście, nie próbował rozbawić nas polską komedią akcji z udziałem znanych i lubianych, ciągle tych samych, aktorów.

Byłem też bardzo zadowolony, że - w odróżnieniu od roku ubiegłego - bohater każdego filmu nie był katowany i kopany przez niedobrych kolegów-dresiarzy. Tym razem przeważało kino obyczajowe, które, nawet jeśli pokazywało problemy społeczne, czyniło to w delikatniejszy sposób. Także język wydawał się łagodniejszy, choć troska reżyserów o autentyzm sprawiła, że dla starszej publiczności i tych bluzgów z ekranu było czasem za dużo.

Obejrzeliśmy znakomity, choć bezdennie smutny, "Plac Zbawiciela" - obraz rozkładu życia rodzinnego we współczesnej Polsce. Rozkładu spowodowanego przede wszystkimi tak trudnymi, że aż nierozwiązywalnymi, warunkami materialnymi życia. Było kilka obrazów z życia polskiej prowincji - nagrodzone przez jury "Sztuczki", komedia "Statyści", malownicze obrazki z warszawskiej Pragi, nazwanej tu "Rezerwat". (Pokazywany poza konkursem festiwalu "Katyń" doczekał się już tylu recenzji, że moja niczego mądrego nie wniesie).

Polscy reżyserzy tworzą teraz na liryczną nutę. Urokliwy w warstwie muzycznej, w doborze światła i dekoracji, no i grany przez pięknych, eleganckich młodych ludzi obraz "Jutro idziemy do kina" to wzruszające przedstawienie - przez młodego reżysera! - polskiej młodzieży w dniach poprzedzających wybuch II wojny światowej. Czy to był najlepszy film festiwalu? Nie wiem; zapewne, punktując, uznałbym za taki "Plac Zbawiciela". Ale "Jutro idziemy do kina" Michała Kwiecińskiego poruszył we mnie jakieś czułe struny. Ten film pokazuje, jak pięknym - mimo wszystko - krajem była przedwojenna Polska. Jak prawdziwy, nieprześmiewany, był wtedy patriotyzm, jak skromni, nieśmiali i kulturalni - aż przesadnie, aż śmiesznie, zdaniem dzisiejszej młodzieży - byli młodzi ludzie w roku 1939. Nie było mnie wtedy na świecie, ale nawet kilkadziesiąt lat później te "przedwojenne maniery" były obecne w mojej rodzinie, w moim otoczeniu. Zupełnie już umarły? Pewnie tak, sądząc po rechotach na widowni. Ale dla mnie były dowodem, że czasem to, co było, jest lepsze od tego, co jest teraz.

Cieszę się, że festiwal przetrwał - i że chyba przetrwa. Cieszę się, że polscy twórcy filmowi jakby odnaleźli swój głos, w którym jest wiele goryczy odnośnie polskich spraw, ale jest i rosnąca z polskości duma. I jest znowu ten, specyficzny dla nas, trochę wzruszający, trochę poetycki, trochę prześmiewczy, język wypowiedzi artystycznej.

Do zobaczenia za rok na kolejnym festiwalu. Już się na to cieszę.

Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Thu May 15 14:38:24 2008