Weekend online
- ...Jak wypadają w porównaniu z Polakami pracownicy z innych krajów? Wszyscy wypadają... - Jan Latus
- ...Kto ma kupić płytę, i tak ją kupi... - Marek Fall
- ...."Boli główka? - poprawiam sobie podusię... - Magdalena Wypych
...."Boli główka? - poprawiam sobie podusię...
SAN FRANCISCO
Obserwuję Maję spod przymkniętych powiek. Chodzi po pokoju, pakuje walizkę. Ma na sobie białą bluzkę, jak na obmycie grzechów. A mówiłam jej wczoraj, że tequila i wino nie idą razem.
"Boli główka?" - poprawiam sobie podusię. "Boli, strasznie, spiesz się, za pół godziny musimy się wymeldować z hotelu".
Już wyjeżdżamy i bardzo dobrze. W życiu nie straciłam tyle kasy w jeden tydzień. I co gorsza, zaczęłam przyzwyczajać się do miłego życia w luksusie. Do codziennego picia wina, kolacji w wytwornych lokalach z widokiem, pływania statkami po zatoce, muzyki na żywo i leniwego poruszania się bez celu w trajektorii słońca. Słodkie życie, w którym codziennie trzeba coś wymyślać, by się nie zanudzić. Nie potrafiłam być turystą dłużej niż dwa dni. A Mai szło dobrze.
San Francisco jest cudowne. Przyjazne. Urocze. Jest Nowym Jorkiem Zachodniego Wybrzeża, ale zarazem posiada wszystko to, czego Nowemu Jorkowi brakuje. Ma fascynującą historię i przyciąga interesujących ludzi. Właściwie od początków istnienia przyciąga samych świrów: przestępców, artystów, geniuszy.
Nikt nie był na tyle pomylony, by postanowić wybudować miasto na siedemnastu wzgórzach w centrum - powstało spontanicznie, gdy w czasach gorączki złota do portu zaczęli przybywać żądni bogactwa podróżnicy. W ciągu jednego roku liczba mieszkańców założonej przez hiszpańskich franciszkanów osady wzrosła z tysiąca do 25 tysięcy i przemieniła się w San Francisco. Społeczność składała się z byłych marynarzy - poszukiwaczy złota: tych, którzy je znaleźli i stali się nagle bogaci bez żadnych zasług, oraz tych, którym się nie powiodło i teraz tamtych okradali i mordowali. Port, zwany Barbary Coast, stał się najbardziej mrocznym, wyuzdanym i zdegenerowanym zakątkiem świata, siedliskiem barów, saloonów, tancbud z muzyką, whisky, opium, tancerkami, prostytutkami, hazardem, kradzieżami i morderstwami. W 25-tysięcznym mieście żyło 300 kobiet i trzy czwarte z nich trudniło się prostytucją. Prawdziwa wylęgarnia zła i rozpusty, ale też sztuki i bohemy. Nie rozumiem, dlaczego o tym okresie nakręcono tylko jeden film, w latach trzydziestych, i to raczej kiepski.
Potem San Francisco nawiedziło wielkie trzęsienie ziemi, wybuchł wielki pożar i zniknęło z powierzchni ziemi. Nie przestało być jednak najlepszym miejscem dla przestępców: na wyspie Alcatraz wybudowano więzienie, w którym zaczęto izolować najgorszych gangsterów Ameryki, włączając Ala Capone; dziś można kupić koszulki z ich podobiznami. Przez następne dziesięciolecia San Francisco przyciągało kolejne jednostki z pograniczy społeczeństwa: w latach pięćdziesiątych beatników, w sześćdziesiątych hipisów, w siedemdziesiątych homoseksualistów. W latach osiemdziesiątych w SF nastąpił boom technologiczno-komputerowy, zbudowano tam pierwsze laptopy. Do SF zaczęli masowo napływać młodzi karierowicze, yuppies. Jeden z nich, Craig Newmark, zakłada portal, który wychodzi naprzeciw potrzebom wyalienowanych, nikogo nie znających w nowym miejscu ludzi. Craigslist rozrasta się, by zaspokoić wszystkie ludzkie potrzeby - w lutym tego roku kobieta z Michigan próbuje znaleźć przez Craigslist płatnego mordercę.
Gdy ja wjeżdżam do San Francisco, w zmierzchu postmodernizmu, miasto żyje prawie wyłącznie z turystyki, jest drogie, a ulice należą do bezdomnych.
Dawanie napiwku boyowi hotelowemu to straszny fun. Kłócimy się, kto dzisiaj tipuje. Hotel przetrzyma nam walizki do wieczora, ale nie ma darmowego shuttle na lotnisko. "Nic nie ma za darmo w Ameryce" - śmieje się wytipowany. "Ale byś się zdziwił" - śmieje się mała brunetka w bluzie "New York" z kapturkiem.
Idziemy na śniadanie na Union Square, naczelny plac SF. Uroczy, mniejszy od nowojorskiego, nic mu się w krzakach nie rusza, ma za to przybetonowane stoliki z parasolkami i wydepilowany trawnik. Jemy śniadanie na trawie, opalamy się, toczy się lekka rozmowa ludzi, którzy nic nie muszą:
"Ale gdybyś musiała wydać trzysta dolarów i miała tylko dziesięć minut, to co byś zrobiła?". Na naszych oczach jakaś bezdomna podchodzi do eleganckiej kobiety, która rozłożyła na trawie swój lunch i zjada jej połowę kanapki.
"Nie wiem, chyba bym poszła do fryzjera. Ale nam się wczoraj udało z tą jam session w Yoshi. Dobrze, że zaczepiłaś tego bramkarza. Powinnyśmy zawsze chodzić na koncerty po koncercie. Tak właśnie powinno być, siedzisz sobie wygodnie przy stoliku, dziesięć osób na sali, a na scenie muzycy sobie spontanicznie jamują. To było najlepsze z całego San Fran".
"Nie, najlepszy był powrót statkiem z baru Jacka Londona, jak byłyśmy jedynymi pasażerkami".
"Nie, najlepsze było wino u Coppoli".
"Tak, najlepsze było wino u Coppoli".
Podchodzi do nas bezdomny z kilkoma kartkami drukowanej poezji. Czytam wiersze na głos. Wspomnienia z wojny w Wietnamie. Ostentacyjne, dosłowne.
"Ten chociaż tworzy sztukę, dajemy?".
"Dajemy" - rzucamy mu po dolarze.
"Najlepiej było w Height Ashbury".
"No co ty, z taką drożyzną? Może w latach siedemdziesiątych, gdy hipisi mieszkali na squatach, tam było fajnie. Wiesz, że tamtejszy ATM skasował mi trzy dolary za wyciągnięcie kasy? Trzy dolary. Nigdzie mi jeszcze tyle nie skasował".
"Wiesz, gdzie było najlepiej? W parku pod kościołem Mission Dolores, tam, gdzie ten koleś grał na wiolonczeli i jadłyśmy te pyszne włoskie kanapki".
"A pamiętasz, jak ten drugi fikał koziołki na trawie i nagle coś go nawiedziło i zaczął szaleńczo pisać?".
"No. To co teraz robimy?".
"Może pójdziemy na lunch?".
"Dobra, chodźmy".
I tak po śniadaniu poszłyśmy na lunch, na którym ustaliłyśmy, że ostatniego dnia się rozłączamy. Żeby każda mogła poobcować z San Francisco sam na sam i wrócić do swoich ulubionych miejsc.
Ja poszłam prosto do Coppoli.
Budynek należący do Francisa Forda Coppoli jest Flatironem. Jedynym Flatironem na Zachodnim Wybrzeżu, niższym od nowojorskiego i zielonym. Na górze mieści się kilka zespołów produkcyjnych, na dole jest restauracja z winami z winnic Coppoli, w piwnicy montowano "Lost in Translation". Połowa pijących przy barze to reżyserzy. Spędziłam tam już dwa popołudnia, żadne nie zakończyło się podpisaniem umowy, ale kelnerzy witają mnie radośnie. Dzięki nim byłyśmy z Mają z dobrych klubach jazzowych, zobaczyłyśmy dzielnice zamieszkane przez "takich jak my", dostałyśmy się sprytnie nad ocean, i dowiedziałyśmy, że Bart to metro. Próbuję pisać, ale atmosfera mnie uwodzi. Obserwuję ludzi, daję się wciągać w rozmowy. Sanfranciszkanie są bardzo mili i co druga osoba mieszkała w Nowym Jorku. Justin ma tam ojca, ale woli mieszkać w SF, tu jest więcej przestrzeni, jest lepsza pogoda i jest bardziej inspirująco. Porównujemy ceny mieszkań. To samo. Wniosek: nie da się już tanio mieszkać w Ameryce. Może dlatego nie ma kontrkultury, żadnego nowego prądu w sztuce, bo artystów nie stać jest na czynsz.
Idę do portu. San Francisco ma zapierające dech widoki. Dookoła zatoki wznoszą się góry, pomiędzy nimi wiszą mosty, pod mostami pływają statki. Odwracam się, patrzę na zapierające dech apartamenty z widokiem na bay. Nagle mija mnie najprawdziwszy Charlie Chaplin, uchyla melonik, uśmiecha się i nawet nie wyciąga ręki po pieniądze.
Jeszcze tylko szaleńcza jazda słynnym tramwajem przez pagórki i jestem z powrotem na Union Square. Maja już się niepokoi. Odbieramy walizki i idziemy do Barta i na lotnisko. W połowie drogi staję, proszę Maję, by na mnie poczekała i biegnę z powrotem do restauracji przy hotelu. Pianista zaczął już grać pierwszy set, rzucam mu się na szyję i żegnam się z San Francisco.
www.magdalenawypych.com
Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Sun May 4 09:48:29 2008
