Weekend online

...Pod względem świadomości religijnej Polacy wypadają jeszcze gorzej niż...

MATURA Z RELIGII

Alfa Omega

Co ty wiesz o Wielkanocy? - zapytali Polaków ankieterzy CBOS-u. "To takie sympatyczne święto rodzinne i miła narodowa tradycja" - odpowiedziała ponad połowa badanych.

Niektórzy wspominali jeszcze o pisankach, palmach i dyngusie.

To i tak nieźle. Znacznie gorzej radzą sobie z tym podchwytliwym pytaniem na przykład Brytyjczycy. Że Easter ma jakiś związek z osobą i życiem Jezusa z Nazaretu, podejrzewało mgliście mniej niż pięćdziesiąt procent tamtejszych chrześcijan, przepytanych na tę okoliczność przez ankieterów z "Rider's Digest".

Ale i tak we wszystkich podobnych testach najsłabiej wypadają Amerykanie, których ignorancję w kwestiach religijnych obnażyła w ubiegłym roku głośna, demaskatorska publikacja profesora z Boston University Stephena Prothero. Jego książka - "Religious literacy: what every American needs to know - and does not" (Harper/Collins, NY, 2007) ujawniła, że zdecydowana większość zdeklarowanych amerykańskich wierzących (czyli 92 procent populacji) nie za bardzo wie, w co mianowicie wierzy. Dotyczy to zwłaszcza przedstawicieli kościołów chrześcijańskich. Dość powiedzieć, że połowa badanych określających się jako "głęboko religijni" nie potrafiła wymienić dziesięciorga przykazań ani nazwać z imienia żadnego z czterech ewangelistów. Wierni nie mają też bladego pojęcia o historii biblijnej, dziejach Kościoła czy treści podstawowych dogmatów.

Święty Paweł? Według większości pobożnych Amerykanów to właśnie on przeprowadził Izraelitów przez Morze Czerwone. A Mojżesz? Mojżesz to taki jeden, co się nawrócił w drodze do Damaszku!

W Polsce o książce Prothero najszerzej pisał "Newsweek". Nacieszywszy się ignorancją religijną Ameryki, postrzeganej - nie bez racji - jako największy bastion współczesnego chrześcijaństwa, redaktorzy nie potrafili jednak oprzeć się pokusie. Nauczeni przykładem zza oceanu, postanowili przepytać z katechizmu i "przyległości" drugi - po Amerykanach - najbardziej religijny naród na świecie: Polaków.

Co się okazało? Że lepiej było nie pytać... Sondaż wykazał, że pod względem świadomości religijnej wypadamy jeszcze gorzej niż Amerykanie. Ewangelistów znało z imienia zaledwie 18 procent "głęboko wierzących" Polaków. Co się zaś tyczy przykazań, to największe przywiązanie zdradzamy - jako nacja - do prawa własności. Najlepiej pamiętamy bowiem tylko dwa - "nie kradnij" oraz "nie cudzołóż". Niemal połowa najbardziej gorliwych katolików jest też zdania, że można się wyspowiadać z grzechu pierworodnego.

Firma Millward Brown, prowadząca badania na zlecenie "Newsweeka", o Wielkanoc nie pytała. Gdyby to jednak zrobiła, uzyskałaby zapewne odpowiedzi zbliżone do tych, które regularnie rejestruje rodzimy Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego. Z danych zawartych w zasobach owej instytucji wynika bowiem, że i pod tym względem niewiele różnimy się w naszej religijnej kompetencji (czy raczej niekompetencji) i od Amerykanów, i od Brytyjczyków. No bo jak może rozumieć, czy - tym bardziej - brać do siebie sakralny wymiar Wielkanocy tych trzydzieści kilka procent polskich katolików, którzy w roku 1999 (w czasie ostatniego sondażu) deklarowali, że nie wierzą w zmartwychwstanie ciała. Albo jedna czwarta parafian przyjmujących za prawdziwą teorię reinkarnacji. Lub bez mała siedemdziesiąt procent wiernych synów i córek Kościoła utrzymujących, że istnieje coś takiego jak przeznaczenie. No i co począć z niemal jedną trzecią rodzimych chrześcijan wyznających, że... właściwie to nie wierzą w Boga?

W tej sytuacji zupełnie nie dziwi brak pamięci do imienia tego czy innego apostoła.

Po publikacji badań zleconych przez "Newsweek", tych samych, w których pobiliśmy na głowę ignorantów ze Stanów Zjednoczonych (wykazując się jeszcze większą ignorancją), podniosły się głosy usprawiedliwienia.

Że mianowicie wiedza nie przesądza wcale o głębokości i żarliwości wiary. I że dobry teoretyk może się okazać marnym praktykiem, bo jak uczy wielowiekowe doświadczenie, nadmiar kompetencji religijnej potrafi skutkować herezją albo apostazją.

Niestety, wiara przyjmowana "na wiarę" także miewa przykre konsekwencje.

Po pierwsze człowiek, który nie zna podstaw swojego wyznania, jest wyjątkowo podatny na manipulację z użyciem argumentacji religijnej. A to woda na młyn wszelkich fałszywych proroków i cynicznych graczy, niewahających się używać dla swoich - nierzadko niegodnych - celów retoryki biblijnej i ewangelicznej. Jeśli wierni nie znają podstaw swojego wyznania, łatwo dają się przekonać, że nakazuje ono, dajmy na to, operację wojskową przeciw "siłom zła" w Iraku, udział w ociekającym miłością bliźniego wykładzie profesora Roberta Nowaka albo krwawą rozprawę z lekarzem praktykującym techniki wspomaganego rozrodu.

Ale to nie wszystko.

W ferworze polemik wywołanych publikacją wymienionych wyżej badań zgubiła się jeszcze inna kwestia. W gruncie rzeczy fundamentalna. W sprawach wiary nie powinno być miejsca na ignorancję, podobnie zresztą jak na swobodną interpretację jej dogmatów. Dlaczego? Otóż dlatego, że jeśli traktować religię poważnie, to ceną niewiedzy może być zamknięcie sobie drogi do zbawienia. O co nietrudno, kiedy nie przestrzega się (bo się nie zna) dziesięciorga przykazań.

Tyle że - jak wynika ze statystyk - dla większości wiernych zbawienie i tak przestało mieć znaczenie, a Wielkanoc to po prostu miła rodzinna tradycja - palmy, baranek i jajeczko w majonezie. Zresztą - trudno żeby było inaczej, skoro co najmniej jeden na każdych trzech Polaków-katolików otwarcie wątpi w perspektywę zmartwychwstania.

Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Fri Mar 21 07:45:13 2008