Weekend online

...Ile bym dał za ciszę...

[felieton Janka]

CHWILA CISZY

Jan Latus

Nie mogłem się doczekać tej chwili: była co prawda wczesna godzina ranna, ale technicznie była to już niedziela wielkanocna, a więc - już po poście! Z rozkoszą, jaka zawsze towarzyszy długo odkładanym momentom, włączyłem magnetofon marki Kasprzak - i po raz pierwszy, po nieznośnie długich dniach ciszy, w pokoju rozległa się muzyka.

Nie mogłem się też doczekać, kiedy włączymy telewizor, nie używany chyba już od Wielkiego Czwartku. W tę niedzielę można już było się weselić, czekałem więc - jak tysiące, może miliony innych Polaków - aż w nagrodę za dobre sprawowanie puszczą nam jakiś wesoły film z Chaplinem albo kreskówkę Disneya.

No i wszyscy, wyposzczeni niezwykle, siadaliśmy do śniadania, aby zajadać się jajkami, wędlinami i ciastami domowego wypieku.

Co jest warta muzyka, kiedy nie wyłania się z ciszy? Jaka przyjemność ze smacznego dania podawanego w domu, jeśli podżeramy w biegu przez cały czas? Jak się skupić na fabule filmu, gdy ciągle przed oczami mamy migające na ekranie obrazy?

Dodam do tych sentymentalno-kombatanckich wspomnień (ukraszonych przed chwilą wątpliwej głębi refleksją), że w owych czasach nie było: internetu, telefonów komórkowych, automatycznych sekretarek, magnetowidów,walkmanów, iPodów. Programów radiowych i telewizyjnych było kilka, nie tylko w Polsce zresztą, także w Europie.

Bywały więc dni i momenty, kiedy byliśmy skazani na ciszę - nie tylko przed rezurekcją. Absolutna cisza panowała w nocy - tylko zakochani nastolatkowie i samobójcy (czasem byli to zresztą ci sami ludzie) słuchali po cichu, aby nie budzić reszty rodziny, jakiegoś spokojnego jazzu Nahornego lub psychodelicznych eksperymentów elektronicznych King Crimson - no i wsłuchiwali się w kojący głos prowadzącego audycję, niewątpliwie bardzo przystojnego, redaktora.

Ile bym dał za ciszę.

Ostatnio słyszałem tu ciszę dwa razy: trupią, w dzień po 11 września 2001, i nocną ciszę, gdy w Nowym Jorku zgasło światło. Poza tym ciszy nie ma tu nigdy.

Rzecz jasna są obszary Ameryki, na przykład Nebraska, gdzie cisza i pustka panują absolutne. Mieszczuch odpoczywa w takiej atmosferze, ale autochton przeraźliwie tęskni i usycha w tej przestrzennej i sonicznej próżni, a zapisem tej melancholii jest choćby album "Nebraska" Bruce'a Springsteena.

Ludzie uciekają więc od ciszy - najlepiej do wielkich miast. Tam, mając już dość hałasu ulicy, izolują się od niego swoim własnym hałasem - muzyki z iPodów, dzwonieniem komórki. Luksusowe apartamenty na Manhattanie starannie izolują akustycznie od hałasów ulicy, ale ich mieszkańcy nie wytrzymaliby przecież takiej ciszy. Kto z manhattańczyków spędza samotne wieczory w domu, tylko z książką i lampką, bez podkładu internetu, muzyki, włączonego telewizora, drżącego w pogotowiu telefonu?

A jak nie ma ciszy - nie ma modlitwy, refleksji, głębi; w ogóle myśli. Można w hałasie fotografować walkę bokserską, nie da się w takich warunkach zrobić czarno-białego portretu wiekowego pisarza. Da się przy żywej muzyce ze słuchawek odpisywać na biznesowe emaile, nie uda się napisać wiersza. Można, łypiąc jednym okiem na pokaz aerobiku w telewizji, robić sobie w kuchni kanapkę z serem. Nie da się w ten sposób namalować pisanek. Można błądzić wzrokiem prowadząc z kimś na głośnym przyjęciu small talk. Przełamując się jajkiem i składając życzenia, trzeba sobie patrzeć w oczy - inaczej życzenia będą nieważne.

Tekst ten pisałem korzystając z komfortu własnego, cichego gabinetu w biurze. Wczuje się w myśli autora tylko ten, kto także w ciszy będzie czytał. Inni - zajęci, rozproszeni, robiący kilka rzeczy naraz, tylko przelecą artykuł w poszukiwaniu faktów (brak), sensacji (nie zapewniam), dowcipu (nie tym razem), dobrej rady.

Tę akurat mam: szanujmy ciszę.

Życzę Państwu cichych, spokojnych świąt.

Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Fri Mar 21 07:45:13 2008