Weekend online
- ...Nawet jeśli Polak jest w szczęśliwym związku i ma udaną rodzinę, i tak na wigilię płacze... - Jan Latus
- ...Za trzy godziny muszę być na lotnisku... - Magdalena Wypych
- ...Podobno każdy Norweg ma swojego... - Dagmara Babiarz
- ...mimo, iż polska kuchnia świąteczna jest wyjątkowo smaczna, można by pokusić się o wprowadzenie jakiejś zmiany... - Ewa Środka
...Za trzy godziny muszę być na lotnisku...
ŚWIĘTA!
Najpierw sprzedawcy choinek. Od pierwszego grudnia stoją w zimnie dzień i noc i przez pierwsze dwa tygodnie tylko marzną.
Potem dekoracje na Piątej Alei i dźwięk dzwonka Salvation Army - facet stoi i dzwoni, powtarzając to samo kilka godzin z rzędu. I jeszcze dreszcz zimna na widok sandałków i półbutów hipstersów jadących linią L środkiem grudnia. To są zwiastuny, moi trzej królowie - do Nowego Jorku zbliżają się święta.
Nie święta właściwie, lecz "holiday season". Już pierwszego roku się tego nauczyłam. Odbierałam wtedy telefony w Atlantic Motion Pictures i radośnie, że idą święta, podnosiłam słuchawkę, mówiąc "Merry Christmas, Atlantic". Następnego dnia zostałam wezwana do szefa na rozmowę, na której ten nauczył mnie, że większość naszych klientów to "Merry Hanukkah" i mogę firmę pogrążyć przez te swoje różnice kulturowe.
To były moje jedyne święta spędzone w Nowym Jorku. Było bardzo źle i, na szczęście, nieszczęście trwało tylko jeden dzień. Postanowiłam odtąd robić wszystko, by w święta być w Polsce. Co roku wymyślam coś superlegalnego, by bezpiecznie przekroczyć granicę, ale i tak zawsze ryzykuję, grając w tę nienawistną grę "wpuszczą - nie wpuszczą". Jedyny sposób, by to przetrwać, to absolutnie o tym nie myśleć. Myśleć wyłącznie o czymś innym.
Zakupy przedświąteczne są super. Kupuję prezenty i różne inne niepotrzebne rzeczy, które później rozdam przyjaciołom, oraz kilka potrzebnych rzeczy, których stare wersje z premedytacją wyrzuciłam, by mieć co kupować. W sklepach słychać wesołe świeckie kolędy i ich rockowe wersje brzmią na tyle dobrze, że nie chce się ze sklepu wychodzić. Ludzie krzątają się w świeckiej gorączce, ale jest jakoś podniośle. Przed świętami jest zdecydowanie najlepiej. W Nowym Jorku i wszędzie na świecie.
Przedzieram się z pakunkami przez Midtown i kręcę kilkuminutowe filmiki, w których ludzie idą wprost na kamerę. Wpadają na mnie, odbijają się i, zamiast ostro kląć, przepraszają. To się spodoba mojej rodzinie. W tym roku, zamiast zdjęć, będą filmy uliczne. Z atmosferą Miasta, z odgłosami, z uchwyconymi twarzami z pięciu kolorach. Idę na Pięćdziesiątą Szóstą, do mojej przepustki wizowej, Szkoły Baletowej. Szkoła nie jest ani najlepsza, ani najtańsza i w dodatku jest bardzo mała. Żeby przejść do biura, muszę przeskakiwać przez rozłożone na korytarzu szpagaty. Za to szkoła ta, i żadna inna, ma trening głosowo-wokalny oraz małą wywieszkę na dole informującą, że w tym budynku Woody Allen napisał swoje najlepsze komedie. Nie na balecie, piętro niżej, ale coś w tym jest.
Po wymianie i podpisaniu dokumentów jestem już spóźniona na Pięćdziesiątą Siódmą, do kolorystki. Sposób na darmowe usługi fryzjerskie w Nowym Jorku jest następujący: wyglądasz okropnie, wchodzi kolorystka, nie może patrzeć na twoje włosy, rzuca na stół wizytówkę i mówi: "Zadzwoń do mnie, użyjemy cię jako modelki, ufarbujemy ci włosy".
Salon wygląda supernowocześnie. Na stoliku pod lustrem nie ma walającej się sterty narzędzi fryzjerskich, suszarek i wazelin, bo pod lustrem nie ma stolika. Jest tylko krzesło i lustro. Stolik dojeżdża. Na podłodze nie walają się szczątki włosów innych pacjentów, jak u polskich hair dresiarzy. Salon wygląda czysto i na różowo. Farbować mnie będzie student gej. Na początku, zgodnie z pierwszym rozdziałem podręcznika, pyta mnie o historię moich włosów. Chce mi się strasznie śmiać, gdy widzę jego powagę. Historia moich włosów jest krótka: rosną, robią się za długie, obcinam je na krótko i znowu rosną. Mój naturalny kolor... hmm... urodziłam się z czarnymi prostymi włosami. Miałam do tego skośne oczy i do złudzenia przypominałam Chinkę. Potem z wiekiem jaśniałam. Farbuję się teraz na blond, bo jako blondynka mam więcej seksu. Student chce mnie zrobić na szatynkę. Ja wolę na brunetkę. Zaczynamy się kłócić, on mówi, że jako modelka nie mam wpływu na kolor. Podnoszę się na te słowa z fotela, oznajmiając, że nie jestem na zmianę gotowa. Fryzjer jest zły, chyba byłam jego zaliczeniem semestralnym.
Dlaczego ja zawsze muszę mieć inne zdanie? - myślę wychodząc prosto w deszcz. Idę pod wystawę z sukienką, którą od dawna bardzo chcę mieć. Jest taka ładna, francuska i zbyt droga. Przyglądam się jej, zastanawiając się, co by mnie przekonało, by wejść. To, że są święta, nie, bo powinnam kupować innym, a nie sobie; zdecydowanie nadużywam ideologii carpe diem; nie mam żadnej ekstra pracy, by odrobić sumę w ciągu jednego dnia; nie mam czego oblewać. Ale to są moje pierwsze święta jako trzydziestolatki - mówię sobie - powinnam zacząć poważne życie i nosić poważne sukienki - i wchodzę to środka.
Tymczasem same imprezy. Przedświęta to czas najhuczniejszych zabaw, które się pamięta przez cały rok. Do wyjazdu zostało mi sześć dni. Pięć z nich to imprezy. Wywalam sterty ubrań z szafy na ziemię, niby taki wstęp do pakowania, będą tak leżeć przez sześć dni, i szukam sukienek. Włączam sobie na full rockową kolędę "Run, Rudolph, Run", żeby wprowadzić się w świąteczny nastrój. Przymierzam mój ulubiony przedświąteczny strój: czerwoną pluszową sukieneczkę z futerkiem. Najlepiej zainwestowane pięćdziesiąt baksów, które robi furorę. Zawsze gdy ją widzę, przypomina mi się dyskusja o św. Mikołaju na imprezie świątecznej w Atlantic Pictures. Reżyser dowodził, że Santa Claus to kapitalistyczna świnia stworzona dla potrzeb Coca-Coli. Ja dowodziłam, że Santa to Polak, w zimowym stroju narodowym. Zabłąkany emigrant, który zagubił się po jakimś powstaniu styczniowym. Byliśmy nieźle pijani. Reżyser zrobił potem krótki metraż swojej wersji historii Santa Claus. Film wygrał Tribecę w kategorii najlepsza animacja.
Pierwsza impreza jest pożegnalna. Otwarcie jakiejś wystawy w Chelsea służy za idealne miejsce, by wyprawić mnie na tamten kontynent na święta. Rozwieszona sztuka jest nieudana, ale jest darmowe wino i dyskretnie umiejscowione sofy, na których natychmiast się lokujemy. Jest Karen, Jess, Duke, Michael, moi najstarsi przyjaciele z Brooklynu. I jest nam smutno. Bo przedświęta to też czas rozliczeń, podsumowań, myślenia o przyszłości. 2007 nie był dla większości łaskawy. Nikt nie zrobił przełomu w karierze, nikt nie spotkał życiowego partnera. Rok 2008 będzie należał do nas, postanawiamy, podobnie jak następne cztery lata, aż do końca świata. Serbia tymczasem atakuje wiadomościami o imprezie w Meatpacking District, ale idę do domu słuchając "Run, Rudolph, Run".
Na imprezę Technicoloru dostaję się przypadkiem. Przywożę Robbiemu R do pracy pożyczoną kamerę i okazuje się, że dziś Technicolor ma świąteczne party. Zostaję przez chwilę, ale nie wiem, czy mam tańczyć, pytać o pracę czy szukać męża. Faceci pracujący w postprodukcji są zawsze inteligentni i w dodatku artyści. Ale jest jakoś ogólnie drętwo. Run, Rudolph, Run.
W piątek impreza Polish Happy Hour. Przychodzi mnóstwo ludzi, prawie wszyscy znajomi Polacy. Mój naród śpiewa. Pije, tańczy, rozmawia, ale głównie śpiewa. Przy najbardziej znanych piosenkach Polacy wdrapują się na sofy i chórem się drą. Jesteśmy cudownie złączeni dziedzictwem kulturowym. Ja drę się przy barze z Silną Grupą z "Klimatu". I jest bosko.
Następnego dnia ciągle jeszcze chce mi się śpiewać. Jestem zaproszona na amerykańskie party w East Village. W czasie podróży pijanego party od baru do baru, inicjuję "Jingle Bells". Trochę śpiewamy, ale już za chwilę były żołnierz z Alabamy przejmuje inicjatywę i zaczyna skandować pieśń, którą powtarzamy za nim w marszu. Coś o tym, że przetrwamy na pustyni. Nad ranem uznaję, że jednak nie są bohemą z Village. Są zwykłymi pijakami.
Za trzy godziny muszę być na lotnisku. Biegam po domu, ciągle niespakowana. Znowu wszystko na styk. Run, Rudolph, Run!
www.magdalenawypych.com
Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Fri Dec 21 15:12:36 2007
