Weekend online

... moze jednak nie bitumitem i żywicą, uprzednio nacierając winem palmowym i olejem cedrowym...

Nie czytaj przy śniadaniu (ani bezpośrednio po nim)

KONSERWACJA NIEJEDNO MA IMIĘ

Johny Bravo

"Do zwłok zbliżył się paraszyta przebrany za bożka Tyfona. Na głowie miał maskę, a w ręku - kamienny nóż etiopski. Nożem tym zaczął prędko odrzynać podeszwy nieboszczykowi(...) a potem porwał zgięty drut, zanurzył go w nosie zmarłego i zaczął wydobywać mózg. Następnie rozciął mu brzuch i tym otworem szybko wyciągnął wnętrzności, serce i płuca (...)

Obok marmurowego stołu znajdowała się sadzawka wody nasyconej sodą. Paraszyci oczyściwszy zwłoki rzucili je następnie w sadzawkę, gdzie miały moknąć przez siedemdziesiąt dni, na pamiątkę, że zły Tyfon utopił ciało brata w Sodowych Jeziorach. Potem ciało to włożono do kamiennej rury, przez którą kilka dni przepływało gorące powietrze, i po wysuszeniu oddano balsamistom(...)Teraz zaczęły się ceremonie najważniejsze, które nad nieboszczykiem dokonywali najwyżsi kapłani dzielnicy zmarłych. Ciało nieboszczyka zwrócone głową do południa obmywano poświęconą wodą, a jego wnętrze winem palmowym (...) Specjaliści zaczęli napełniać wnętrze zmarłego silnie pachnącymi ziołami, trocinami i nawet wlewać tam wonne żywice, wszystko wśród modłów. Potem, zamiast jego własnych, włożyli mu oczy szklane, oprawione w brąz."

Kto to był paraszyta? Ano - konserwator. Ale konserwator wielce specyficzny.

Żył w starożytnym Egipcie, pięć tysięcy lat temu z okładem, a tajemnice jego fachu wyjawił nam Bolesław Prus, w cytowanych wyżej akapitach powieści ăFaraon". Szczegółów dostarczyła pisarzowi żywiołowo rozwijająca się od końca dziewiętnastego stulecia nowa nauka, nazwana, od przedmiotu badań - egiptologią.

Fakt, że umiejętność powstrzymywania rozkładu naszych doczesnych szczątków metodami specyficznej ăkonserwacji" zawdzięczamy właśnie starożytnym Egipcjanom potwierdziła, po literacie Prusie, antropologia do spółki z historią. A w czasach bardziej nam współczesnych ostatnie sekrety balsamistów z Doliny Królów rozwikłali pospołu radiolodzy i chemicy.

Do mumifikacji używano środków prostych, by nie powiedzieć banalnych, ale wyjątkowo skutecznych. Zwłoki traktowano wprawdzie z wielkim szacunkiem, bo od stanu ich zachowania zależało - wedle wyznawanej wówczas koncepcji religijnej - zmartwychwstania ciała, a więc także życie wieczne. Z drugiej jednak strony, przy zastosowaniu wszelkiej opisanej w ăFaraonie" ceremonialności, podchodzono do mumifikacji nad wyraz praktycznie. Jej podstawowym elementem była sekcja zwłok i usunięcie narządów miękkich, a potem dehydracja, czyli pozbawienie ciała płynów fizjologicznych. Następnie moczono szczątki w roztworze sody (nowe badania wskazują, że stosowano w tym celu węglan sodu). Na kolejnym etapie impregnowano ciało bitumitem i żywicą, uprzednio nacierając winem palmowym i olejem cedrowym, żeby uniknąć uszkodzenia powłok zewnętrznych. ăPreparat" owijano kilkoma warstwami płótna nasączonego roztworami ziół i olejów posiadających własności grzybobójcze oraz antyseptyczne. Zabezpieczone szczątki, zagrzebane w kamiennych sarkofagach, pod gorącym piaskiem pustyni, mogły spokojnie przetrwać tysiące lat. A raczej mogłyby, gdyby nie ciekawscy archeolodzy.

Oni jednak egipskie mumie odgrzebali, a potem odesłali do laboratoriów i muzeów, odbierając im nie tylko spokój doczesny, ale także obietnicę nieśmiertelności. Za co zresztą, jak przekonują liczne produkcje hollywoodzkie klasy B, C i D, spotkała ich przykładna kara. Tym bardziej zasłużona, że - jak się okazuje - z wiedzy na temat starożytnych sekretów sztuki mumifikacji nic dla nas, współczesnych nie wynika.

Owszem, od kilku dekad narasta, głównie w Stanach Zjednoczonych, moda na chemiczne konserwowanie zwłok, zapobiegające niemiłej perspektywie rozkładu, ale...

Nie ma to nic wspólnego z balsamowaniem ciała w tradycyjnym rozumieniu. - tłumaczy Weekendowi znany wrocławski specjalista od medycyny sądowej i jednocześnie entuzjasta tanatopraksji (bo tak się teraz fachowo nazywa konserwacja szczątków doczesnych), Mariusz Borowik - Ale wszystko wygląda niemal tak samo, jak u Prusa. Tyle, że lekarz nie przebiera się w strój Horusa, a zamiast skomplikowanego instrumentarium używa skalpela, igieł i pomp infuzyjnych.

Najpierw ciało trafia na stół sekcyjny. Najważniejsze jest odsączenie płynów ustrojowych, poprzez otwarcie niektórych naczyń. Co do narządów wewnętrznych, to czasem wyjmuje się je i poddaje impregnacji, a potem zwraca ăwłaścicielowi", częściej jednak: całkowicie usuwa. W miejsce płynów ustrojowych pompuje się specjalnie spreparowany płyn balsamujący - mieszankę formaldehydu, metanolu, etanolu oraz impregnatów* w stężeniu przywracającym zmarłemu pozór życia. Chemiczna mikstura gwarantuje odpowiednie napięcie powłok i naczyń i niweluje woskowy odcień skóry, zapobiega także rozkładowi tkanek, ze wszystkimi tego faktu nieestetycznymi konsekwencjami.

Niestety. w nowoczesnych technikach balsamowania pomija się ostatni etap konserwacji zwłok, czyli nasycanie ciała żywicami, bowiem wówczas trzeba by dokonać pełnej mumifikacji - owinąć delikwenta w nasycone impregnatami bandaże. I całą piękną ceremonię pogrzebu trzeba by sobie darować. Przecież w naszych czasach nie po to płaci się od kilkuset do kilku tysięcy dolarów za zabieg tanatopraksji, żeby potem oglądać na katafalku zamiast ădrogiego zmarłego", co wygląda "jakby przed chwilą zasnął" - mumię zapakowaną szczelnie w białe giezło. Tak więc współczesny zabieg balsamowania, owszem, zapewnia uwolnienie od traumatycznej perspektywy rozkładu, ale jednocześnie gwarantuje dopełnienie się ewangelicznej przepowiedni: ăZ prochu powstałeś i w proch się obrócisz". Po czterech-pięciu latach następuje całkowita mineralizacja zwłok poddanych tanatopraksji. No ale chrześcijanom zmartwychwstanie gwarantuje przecież wiara, a nie doczesne szczątki zawinięte w nasycone żywicą bandaże.

*Jak w życiu panie, jak w życiu... (przyp. P.M.)

Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Sat Oct 29 10:45:29 2005