... Wygląda to jak jakaś gra komputerowa, gdzie joystickiem zabija się żołnierzy wrogiej armii. Tu tymi żołnierzami sa bakterie, pasożyty, stany zapalne i wrzody...

Zbadają cię i uzdrowią

A W BIOMASKU CUDA, CUDA

Jan Latus

Myli się ktoś sądząc, że salony piękności zajmują się pielęgnacją ciała. Owszem, tym też, ale oprócz tego są to miejsca, gdzie ciała się leczy, gdzie uzyskuje się porady dietetyczne, a nawet porady jak żyć.

Przynajmniej takie są polskie salony piękności. Trudno, żebym tego nie zauważył: wystarczy krótka (w moim wypadku - coraz krótsza) wizyta na strzyżenie, abym posłuchał, o czym rozmawiają pracownice z klientkami. Polskie salony piękności, np. na Greenpoincie, to także: salony towarzyskie, kawiarnie, lecznice, ośrodki medytacji, spa, poradnie zdrowego żywienia oraz agencje pośredniczące w załatwianiu życiowych spraw. Taka jest potrzeba klientek, które najwyraźniej nie przychodzą tylko po to, aby sobie zrobić trwałą.

Aby się o tym przekonać, można udać się np. do salonu Biomask, mieszczącego się w dobrze znanym Polakom narożniku Manhattan Avenue i Nassau Avenue na Greenpoincie. Owszem, fotele fryzjerskie są zajęte, ktoś robi sobie pedicure, recepcjonista czuwa przy wejściu. Są też pokoje do zabiegów kosmetycznych, masażu czy kabiny solarium. Ale w jednym, wąskim pokoiku w głebi salonu, na kozetce leży jakiś pan. Obok niego - zegarek i inne metalowe przedmioty, które musiał zdjąć. Klient leży, dokładnie rzecz biorąc, na umieszczonej pod lędźwiami płytce. Na brzuchu ma jakąś inną, miedzianą płytę, od której biegną kable aż do imponująco wyglądającego urządzenia elektronicznego, przypominającego trochę miernik albo oscyloskop. Urządzenie jest niemieckie, a operuje falami magnetycznymi. Popularny na niwie medycyny alternatywnej i uzupełniającej przyrząd nazywa się Bicom.

Obok siedzi na krzesełku klientka. Na głowie ma duże, czarne słuchawki - takie jak do słuchania muzyki w domu. Tylko, że te słuchawki, zamiast muzyki, emitują szumy, czy też dokładniej - wysyłają przez uszy fale oddziałujące na fale mózgowe, będące dla nich jakby przeciwfalą.

A skąd urządzenie wie, jakie wysyłać fale? W nasadę nosa siedzącego nieruchomo pacjenta wycelowana jest mała kamera. To ona "widzi" charakter emitowanych przez mózg fal. Najważniejszą częścią urządzenia, o nazwie Oberon, jest komputer, który analizuje fale, a następnie wyświetla efekt na kolorowym ekranie, gdzie pokazywane są w pełnej krasie poszczególne organa.

Wierzyć w tę terapię, czy nie, obserwowanie jej na ekranie jest czynnością niezwykle ciekawą i pouczającą.

Najpierw urządzenie analizuje poszczególne systemy i narządy. Potem wyświetla w różnych kolorach systemy i organy (a nawet - przekroje komórek), w których dzieje się coś złego. Przede wszystkim - infekcje bakteryjne i obecność pasożytów. Stopniowi zagrożenia odpowiadają kolory i punktacja. "Siódemka" oznacza, że organ jest chory. Potem pojawiają się kolorowe wykresy organu i wreszcie jego obraz na ekranie. Na ścianie np. żołądka pojawiają się punkty. Czarne kwadraty oznaczają duże zagrożenie, poletka zielono-czerwone - zagrożenie mniejsze, czerwone trójkąty - stan lepszy, żółte sześciokąty - stan optymalny. Sześciokąty z grubym, czarnym obrysem oznaczają zaś, że jakieś miejsce jest poważnie chore - być może nieodwracalnie (np. martwy jest nerw). ...Napisałem "nieodwracalnie"? Ale od czego jest Bicom na kozetce obok? Te metalowe płyty z elektrodami czynią cuda, wyleczą więc i te ciężko chore punkty, które wykrył u pacjenta, gdy siedział na krześle obok, przenikliwy Oberon.

Przy komputerze siedzi właścicielka zakładu Małgosia Michno. Jest dyplomowaną kosmetyczką, ale jej pasją była zawsze medycyna, zdrowie, odżywianie - to, co Amerykanie określają teraz jednym słowem: wellness. Na przestrzeni lat Biomask stał się takim wellness salon, gdyż oprócz typowych zabiegów upiększających oferował zawsze różne nowinki, np. błękitny laser, ciągle zresztą popularny wśród klientów.

Teraz właścicielka Biomask sprowadziła maszyny Bicom z Niemiec, a Oberona - z Rosji.

Tak - z Rosji, która słynie nie tylko ze złych samochodów i pancernych robotów kuchennych, ale także z wyznaczającej światową czołówkę matematyki, fizyki, technologii nuklearnej i kosmicznej; oraz pojazdów pancernych. Jest to więc dzieło genialnych, acz biednych, rosyjskich naukowców, którzy teraz powoli wchodzą na rynek amerykański. Ich aparatura służy już podobno do przeprowadzania testów np. w klinikach w Connecticut, a wśród klientek Biomasku są pielęgniarki i pracownice medyczne przyuczające się w ten sposób do obsługi urządzenia.

Gosia Michno idzie dalej, niż analizuje zdrowie pacjenta i bada zagrożenia. Ona leczy.

Moje zdolności umysłowe i wiedza medyczna nie pozwalają na kompetentne opisanie, na czym polega to leczenie. W największym uproszczenniu: co zdiagnozował komputer, potem leczy Bicon, potem liczy się dobór odpowiednich kropli, ziół czy zmiana diety. Wszystko zaś oparte jest na zasadzie biorezonansu.

Ja akurat nie jestem dobrym królikiem doświadczalnym, bo nie dolega mi nic poważnego. Nie wszedłem ślepy, aby odzyskać wzrok i teraz głosić w gazecie chwałę uzdrowicielki. Nie wszedłem kulejąc, by wyjść sprężystym krokiem sportowca. Niemniej, to co pokazuje komputer, świadczy, że ten aparat, w jakiś niewytłumaczalny dla mnie sposób, bo bezboleśnie i bezinwazyjnie, przez jakieś tajemnicze prądy i fale wysyłane przez słuchawki czy elektrody, poprawia funkcjonowanie poszczególnych organów. Czerwona czcionka zmienia się na zieloną. Siódmy stopień zagrożenia schodzi na drugi. Wszystko to można sobie wydrukować i podczas kolejnych sesji obserwować postępy w tym tune-up, a czasem wręcz - restoration - organizmu

Gosia Michno kursorem myszy komputerowej wodzi po ekranie od jednego chorego miejsca do drugiego i aplikuje skoncentrowaną na ten punkt wiązkę fal. Od razu czarny punkt choroby poprawia się na zielony, potem czerwony! Wygląda to jak jakaś gra komputerowa, gdzie joystickiem zabija się żołnierzy wrogiej armii. Tu tymi żołnierzami sa bakterie, pasożyty, stany zapalne i wrzody. Kliknięcie myszką - i bach!, gronkowiec zabity, i już zaleczają się wrzody żołądka, czyszczą jelita, poprawia się krążenie. Punkt po punkcie, ścianka po ściance. A wszystko to idzie, proszę państwa, przez uszy.

Pzez swoją powolność i konsekwecję, proces ten jest jeszcze ciekawszy, niż oglądanie starych atlasów anatomicznych. Widać bowiem, jak organy są ze sobą powiązane i jak poprawa stanu jednego z nich wpływa na inne. Skoro przeczyszczone zostały arterie, poprawia się krążenie, skoro jest lepsze krążenie, zaczyna lepiej funkcjonować trzustka, śledziona, wątroba. Zdrowa wątroba wpływa z kolei na poprawę cery, itd. Słowem - jeśli jest to istotnie medycyna, to taka, o jakiej zawsze marzyli lekarze: leczenie chorób u ich źródła.

Gosia Michno nigdy nie twierdziła, że jest lekarzem i że terapia, która cieszy się nota bene dużą popularnością wśród klientów (z których, co ciekawe, 40 procent stanowią mężczyźni) zastąpi tradycyjną medycynę. Wie, że nie wolno jej takich rzeczy mówić. Ale to przesadna ostrożność, jej klienci nie wydają się bowiem szczególnie zainteresowani licencjami, atestami, dyplomami, autorytetem naukowym. Do medycyny oficjalnej mają stosunek sceptyczny, albo też mieli złe doświadczenia w leczeniu swoich chorób. Albo też mieli złe doświadczenia akurat z amerykańskim systemem lecznictwa, który - przyznają to wszyscy - nie zawsze pozwala zająć się dokładniej pacjentem i poświęcić mu dość uwagi. No i nie wszystkich na taką długą, wnikliwą opiekę lekarza stać...

Ja sam nie mam pewności, co uważać o zabiegach w Biomask. Wiem, że reakcją wielu osób - zwłaszcza lekarzy - może być powątpiewanie - aż do czasu, jak jakiś wynalazek zostanie usankcjonowany przez oficjalną medycynę i wejdzie do użytkowania, np. rentgen, mamograf czy leczenie urazów falami magnetycznymi. Być może to usankcjonowanie jest bliskie: Nagrodę Nobla w 2003 roku przyznano właśnie autorom teorii biorezonansu.

Jedno wydaje się pewne: taka terapia wpływa dobrze na ludzkie samopoczucie. Widzimy raptem swój organizm jak jakiś skomplikowany system, w którym zaczynamy odczuwać poprawę w jednym organie, potem w drugim, wreszcie - czujemy się ogólnie lepiej. Poprawiła się nasza wellness.

I o to w końcu chodzi.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail

--- dziennik.com --- Fri Mar 4 13:05:54 2005 ---