...Historia pełna jest przypadków, kiedy zaprzańcy okazywali się ostatecznie...
A może to był bohater?
OTO GŁOWA ZDRAJCY
Alfa Omega
Kim jest Amerykanin, który przyjął wiarę w proroka Mahometa, i stanął w Iraku po drugiej stronie barykady, dzielącej naszych dzielnych chłopców od islamskich terrorystów?
Niezawisły sąd już zdecydował - jest zdrajcą narodu. Zdrajcą jest także żołnierz, odmawiający wykonania rozkazu, nawet jeśli rozkaz dotyczy akurat strzelania do bezbronnych starców i dzieci. A jak osądzić szpiega, który przechodzi na służbę wroga i sprzedaje mu (lub przekazuje bez zapłaty, w imię wyższych racji) największe wojskowe tajemnice? W jaki sposób traktować naturalizowanych obywateli państwa, kiedy ich pierwsza ojczyzna znajdzie się z tą drugą w otwartym (choć niekoniecznie zbrojnym) konflikcie?
Te wszystkie pytania dotyczą, w gruncie rzeczy, jednego problemu, któremu na imię
zdrada narodowa.
Historia pełna jest jednak przypadków, kiedy zaprzańcy okazywali się ostatecznie wielkimi bohaterami własnej lub przybranej nacji. Można zaryzykować i takie twierdzenie, że człowiek uwikłany w konflikt równoprawnych racji stanu zawsze będzie z jednej strony orędownikiem wielkiej sprawy, z drugiej zaś - wiarołomcą.
Poczet najbardziej znanych polskich zdrajców narodowych obejmuje, na przykład,
Hieronima Radziejowskiego
który, jak pamiętamy z lekcji historii oraz lektury Sienkiewicza, sprowadził na Polskę potop szwedzki. Współcześnie nie brak jednak i takich historyków, którzy wskazują, że to nie spisek Radziejowskiego, tylko uzurpatorskie pretensje ówczesnego władcy, Jana Kazimierza, do korony szwedzkiej wplątały Rzeczpospolitą w konflikt na wszystkich naraz granicach. W gruncie rzeczy - piszą ci sami znawcy przedmiotu - polski król pragnął dokładnie tego samego, do czego zmierzał sojusz rodzimej magnaterii pod wodzą Radziejowskiego - do personalnej i politycznej unii ze Szwedami, wymierzonej przeciwko zagrażającej obydwu krajom, rosnącej w potęgę Rosji. Tyle, że Jan Kazimierz stawiał swoje, bardzo dyskusyjne zresztą, prawo do przewodnictwa w takiej unii ponad interes (spokrewnionego z nim blisko) władcy z Uppsali, Karola Gustawa. Gdyby nie konflikt personalny dotyczący sukcesji tronu, czyli królewska prywata, losy Polski mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej.
Ale że potoczyły się tak, jak się ostatecznie potoczyły, dziatwa szkolna uczy się podręczników historii, że Hieronim Radziejowski wielkim zdrajcą był. I kropka. Tym bardziej, że potem powtórzył jeszcze to samo prorok naszej narodowej mitologii historycznej - Henryk Sienkiewicz.
Nie inaczej miała się sprawa z arcyzaprzańcem
Januszem Radziwiłłem.
Owszem, zawarł z Karolem Gustawem niesławny, z naszego punktu widzenia, traktat w Kiejdanach. Owszem, poddał Litwę zwierzchnictwu szwedzkiemu. Owszem wreszcie, miał przy tym na uwadze niejakie korzyści własne. Ale też Rzeczpospolita nie pozostawiła mu, właściwie, żadnego dobrego wyjścia. Na próżno - co znalazło potwierdzenie w pracach współczesnych historyków - samotnie odpierał w kolejnych wyczerpujących kampaniach nawałę rosyjską. Jan Kazimierz okazał się głuchy na liczne apele o wsparcie finansowe i wojskowe, którego król polski winien był udzielić swojemu hetmanowi na mocy obowiązujących traktatów. Korona nie dość, że zalegała z żołdem, zaniedbując obowiązek utrzymania naszych wojsk na Litwie, to jeszcze wycofała w decydującym momencie swojego namiestnika. Janusz Radziwiłł - chory, na skraju bankructwa i zmuszony do przegrupowania resztek rozbitych oddziałów - oddał wreszcie Wielkie Księstwo pod zwierzchnictwo Karola Gustawa. Miał nadzieję, że czyniąc w ten sposób ochroni Litwę przed zagrażającą jej aneksją przez Rosję. To samo uczyniła zresztą, widząc nieudolność Jana Kazimierza, większość magnaterii polskiej, na czele z Janem Sobieskim.
Jemu tę chwilę słabości łatwo zapomniano. Radziwiłł trafił w poczet największych zdrajców Rzeczpospolitej. Miał pecha. No ale z drugiej strony został przecież, za te same czyny, zaliczony do panteonu bohaterów narodowych. Tyle, że nie u nas, a na Litwie.
Na tej samej Litwie, na której w roku 1930 otwarto regularny przewód sądowy, mający potwierdzić zdradę stanu, jakiej dopuścił się na narodzie litewskim
Władysław Jagiełło.
Bowiem, zdaniem Litwinów, współtwórca Unii Lubelskiej i pierwszy władca Polski z dynastii Jagiellonów, wchodząc w personalny i polityczny związek z Koroną, odebrał w ten sposób Wielkiemu Księstwu Litewskiemu prawo do niezawisłości. W zamian za prywatne apanaże (w tym koronę Unii), zaprzedał Lachom swoje państwo na długie stulecia. Tak więc jeden z autorów wielowiekowej potęgi Rzeczpospolitej przez swoich rodaków traktowany jest (a przynajmniej był do czasu, gdy za interpretację przeszłości zabrało się najmłodsze pokolenie litewskich historyków) jak zdrajca swojej nacji
Skomplikowana materia etniczna, zawsze jakoś obecna w rodowodzie narodów europejskich, spowodowała, że ocena większości kontrowersyjnych postaci i wypadków historycznych rzadko bywa tutaj jednoznaczna i podlega ciągłej reinterpretacji. I tak jest do dzisiaj.
Nie ucichły do końca spory o moralną ocenę postawy
Jarosława Kuklińskiego.
Niby wszyscy rozumieją jego zasługi, ale... Niby to myśmy przecież wymyślili i rozpropagowali termin "wallenrodyzm", oznaczający nie mniej nie więcej tylko wewnętrzną inwigilację wroga. To my stworzyliśmy również filmowego podwójnego agenta porucznika Hansa Klossa. Ale literatura to jedno, a rzeczywistość - coś innego.
Co tam zresztą poszczególni Litwini, Amerykanie czy Polacy. Za zdrajców narodu, rzeczywistych, czy tylko potencjalnych, uznawani bywali przecież wszyscy, bez wyjątków i względów na wcześniejsze zasługi patriotyczne, obywatele wywodzący się z określonych grup etnicznych. Taki los spotkał, wiele razy w historii, Żydów europejskich, przymusowo wysiedlonych z Hiszpanii, eksterminowanych w epoce hitleryzmu, a potem, w 1968 roku, relegowanych z Polski do Izraela. Na wszelki wypadek. Nie inaczej potraktowali zresztą swoich japońskich rezydentów Amerykanie. Wprawdzie nie urządzono im przymusowej podróży na Wyspy Japońskie, ale za to po ataku na Pearl Harbor internowano na miejscu, w Stanach Zjednoczonych. Bo strach przed zdradą jest, jak się okazuje, nie tylko wielki, ale też uniwersalny. Otwarta pozostaje jedynie kwestia tego, komu przypisana akurat zostanie rola zdrajcy.
Liczne przykłady dowodzą, że tak w historii jak w życiu, zazwyczaj przypada ona pokonanym. Kroniki zawsze redagują zwycięzcy.
komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail --- dziennik.com --- Fri Mar 4 13:05:54 2005 ---
|