... Wbrew poglądowi, że skok w bok to wyłącznie męska specjalność, wiarołomstwo zdarzyło się przynajmniej raz w życiu co trzeciej...

Raport nieprawdę ci powie

LOVE (AND CHEAT) STORY

Marian Polak

Panowie, uważajcie na niepozornych, zwyczajnych facetów.

Uważajcie na żonatych i dzieciatych, przytłoczonych nadmiarem obowiązków i pożyczką hipoteczną nudziarzy, przedstawianych wam jako kumple z biura (baru, kancelarii, redakcji, czy gdzie tram jeszcze pracuje wasza aktualna partnerka).

Najbardziej zaś uważajcie na swoich najlepszych przyjaciół.

Badania dowodzą, że to właśnie z którymś z tych osobników zdradzi was, o ile już nie zdradziła, wasza kobieta.

Wbrew powszechnym przekonaniom, że skok w bok to wyłącznie męska specjalność, wiarołomstwo zdarzyło się, przynajmniej raz w życiu, co trzeciej niewieście. W kierunku cudzych ramion i cudzej pościeli popycha je, podobno, skłonność biologiczna.

Panowie, wiadomo, nie są stworzeni, żeby żyć w monogamii. Wiemy to z doświadczenia od początku istnienia naszego gatunku, a oficjalnie od czasu ogłoszenia, w 1948 roku, pierwszego ze słynnych Raportów Kinseya - "Zachowanie seksualne mężczyzn". Ta epokowa publikacja długo uchodziła za niepodważalny naukowy dowód zdeterminowanej przez naturę skłonności panów do promiskuityzmu. A wynikało z niej, że aż 95 procent męskiej populacji ma na sumieniu przynajmniej jeden romansik na boku. Zresztą - jaki tam romansik. Seks, po prostu.

Seks, który dotyczyć miał wyłącznie rutynowego zaspokojenia potrzeb fizjologicznych, czego - jak dowodził rzeczony raport - za nic nie da się uzyskać w domowej sypialni z udziałem prawowitej małżonki. Na bazie tego raportu powstała nawet teoria na temat wrodzonej męskiej skłonności do monogamii "cyklicznej". W tłumaczeniu na język codzienności oznacza to regularną wymianę ślubnej połowicy na model o niższym roczniku (choć niekoniecznie mniejszym "przebiegu" erotycznym), dokonywaną mniej więcej co dekadę. Powszechność tego obyczaju w rozwiniętych społeczeństwach zachodnich tłumaczono tą samą koniecznością, która w innych kręgach kulturowych motywuje przyzwolenie na poligamię, czyli zalegalizowane wielożeństwo.

Nauka - piórem Kinseya - potwierdziła, że mężczyźni już tak mają i, zwyczajnie, nie mogą inaczej.

Prawo do zdrady?

Wkrótce potem o swoje prawo do zdrady upomniały się również kobiety. I też poszukały sobie uzasadnienia apetytu na seks pozamałżeński w teoriach naukowych. W odpowiedzi na te oczekiwania powstała, między innymi, praca Peggy Vaugh "The Monogramy Myth" oraz liczne publikacje Jareda Diamonda, dowodzące związku damskiej niewierności z osobliwą, wielce interesowną strategią prokreacyjną. O ile mężczyźni mieli zdradzać swoje partnerki zapewniając sobie w ten sposób jak najszerszą ekspansję genetyczną (przełożoną na ilość potomstwa), o tyle kobiety stawiać miały w tej sprawie przede wszystkim na jakość. Tę zaś gwarantować miał seks z "najlepszymi" samcami z całego ludzkiego "stada" - przystojnymi, męskimi i odnoszącymi życiowe sukcesy. Dzieci z takich związków mógł już wychowywać facet pod każdym względem przeciętny, za to spokojny, pracowity i - co najważniejsze, opiekuńczy i wierny.

Z badań statystycznych na których oparła swoje wnioski Peggy Vaugh wynikało, że seksualne kontakty pozamałżeńskie (czy raczej poza stałymi związkami) uprawiało co najmniej 40 procent Amerykanek i 60 procent Amerykanów. Problemy związane z doświadczeniem niewierności dotyczyć miały co trzeciej pary i 56 procent całej jankeskiej populacji.

Tymczasem pokolenie naukowców, które zastąpiło w instytutach badawczych generację Peggy Vaught i Kinseya, przyjrzało się seksualności swoich rodaków jeszcze raz i zakwestionowało sensacyjne, dowodzące powszechności zdrady statystyki.

Nie jest tak źle!

Z różnych współczesnych publikacji wynika bowiem, że owszem, skok w bok to ciągle opcja atrakcyjna dla sporej liczby stałych związków, ale problem dotyczy mniej niż jednej czwartej wszystkich dorosłych mężczyzn i zaledwie 12-14 procent ich partnerek (1999 US Today Report i inne pokrewne publikacje). W dowolnie wybranym roku wiarołomności dopuszcza się pięciu na stu amerykańskich małżonków i trzy na setkę małżonek. Jak to możliwe? Cóż, panowie zdecydowanie częściej korzystają z oferty agencji towarzyskich (i aż cztery razy więcej mężczyzn niż kobiet traktuje tę usługę w kategoriach rozrywki raczej niż zdrady).

Aż 90 procent Amerykanów uważa też, że niewierność wobec stałego partnera to występek natury moralnej, godny nie tyle usprawiedliwienia za pomocą argumentów socjobiologicznych, ile zdecydowanego potępienia. Przy czym za zdradę ponad połowa badanych uważa nie tylko sam akt seksualny, ale także namiętny pocałunek oraz - związki natury platonicznej, charakteryzujące się za to silną więzią psychiczną (do tej kategorii jest zaliczane randkowanie w Internecie). Niewierni małżonkowie rzadko dostępują przebaczenia. Owszem, rozwodem lub całkowitym zerwaniem relacji kończy się zaledwie trzy na dziesięć przypadków wiarołomstwa. Ale też w siedmiu na dziesięć przypadków nigdy już nie udaje się odbudować pełni zaufania względem partnera.

Wbrew naturalnemu - zdawałoby się - rozluźnieniu obyczajów seksualnych - zdrada wciąż nie jest zatem ani zjawiskiem powszechnym, ani akceptowanym. Nieco więcej przyzwolenia dają sobie pozostający w stałych związkach Amerykanie jedynie w dziedzinie "niewinnego" flirtowania. Do rozmów z lekkim podtekstem erotycznym przyznaje się 75 procent Amerykanów i 65 procent Amerykanek. Z kim tak konwersują na tematy nie do końca przyzwoite? Z kolegami z pracy, oczywiście. Z nimi też dopuszczają się przeważnie wiarołomności małżeńskiej. W zdradzieckich statystykach kumple i kumpelki zza biurka zaczynają ostatnio przeważać nawet nad swoją najgroźniejszą dotąd konkurencją - najbliższymi przyjaciółkami żony i najlepszymi kolegami męża. Aż 65 procent zdradzających pań i 75 procent niewiernych facetów dopuściło się skoku w bok ze znajomą (znajomym) z pracy. Jak widać dowcipy na temat lekarzy i pielęgniarek, dyrektorów i sekretarek czy adwokatów i stażystek znalazły swoje potwierdzenie w statystykach. Po uzasadnienie wypada zainteresowanych odesłać do teorii zachowań seksualnych obowiązującej w socjobiologii. Czemu zaś wyniki aktualnych badań pozostają w oczywistej sprzeczności z danymi z raportów Kinseya, Vaugh i innych badaczy sprzed półwiecza? Czyżby Amerykanie w międzyczasie aż tak bardzo sporządnieli ?

Ale skąd. Zawsze byli spokojnymi zjadaczami popcornu, do grobowej deski wiernymi swojemu Jill albo swojej Jane. To raczej wina metod pracy, którymi posługiwali się teoretycy amerykańskiej rewolucji seksualnej. Obiektywizm zastąpiły im, co wykazują dzisiejsze ustalenia historyków, własne, nie zawsze zgodne z powszechnie obowiązującymi poglądy na naturę ludzkiej seksualności. Coraz więcej dowodów świadczy, że zarówno autor słynnych raportów jak i jego następczyni brali za rzeczywistość osobiste przekonania i naginali wyniki badań do z góry powziętych teorii o powszechnej skłonności rodaków do zdrady. Jak bardzo się mylili, dowodzą studia współczesnych socjologów, z których wynika, że dla młodych Amerykanów znacznie ważniejsze od seksu jest poszukiwanie w partnerze bratniej duszy. To nie idealnego orgazmu, ale idealnej miłości, polegającej na zrozumieniu, zaufaniu i właśnie wierności oczekuje od towarzysza (i towarzyszki) życia większość badanych na tę okoliczność młodych Amerykanów.

I po co to było robić tę całą rewolucję seksualną?


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail

--- dziennik.com --- Fri Mar 4 13:05:54 2005 ---