Przegląd Polski
26 grudnia 2008

Pełnych ciepła i radości
świąt Bożego Narodzenia
P.T. Czytelnikom i Współpracownikom

życzy redakcja "Przeglądu Polskiego"

Boże Narodzenie 2008

KS. JANUSZ BALICKI

Fra Angelico, Narodziny

W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie.

(Łk 2,1-7)

Czytając ten fragment Ewangelii o narodzeniu Dziecięcia Jezus chrześcijanie w ciągu wieków zastanawiali się nad tym, jak to się stało, że mieszkańcy Betlejem sprzed dwóch tysięcy lat mogli się rozminąć z tym najważniejszym w historii ludzkości momentem, jakim było przyjście na świat Syna Bożego. Jak się to stało, że nikt nie przyjął jego Matki i ostatecznie Jezus narodził się w stajni i złożony został w bydlęcym żłobie? Gdyby możliwe było zadanie tego pytania mieszkańcom Betlejem jeszcze za życia Jezusa, w trakcie jego publicznej działalności, kiedy to był znany jako prorok i uzdrowiciel, to pewnie usprawiedliwiając się powiedzieliby, że trudno, wręcz niemożliwe było dopatrzyć się w ubogiej dziewczynie Matki Syna Bożego. Poza tym, z powodu spisu powszechnego, zarządzonego przez Rzymian, mieli wielu gości w mieście i cała ich uwaga skupiona była na tym, jak wykorzystać rzadką okazję zarobienia tak przecież potrzebnych pieniędzy.

TRUDNO ODMÓWIĆ RACJI TEGO RODZAJU TŁUMACZENIOM. Zresztą, czy zachowalibyśmy się inaczej niż mieszkańcy Betlejem, będąc na ich miejscu? Wprawdzie wydaje się nam, że nikt od nas nie żąda odpowiedzi na takie pytanie, to jednak same święta Bożego Narodzenia skłaniają nas do jeszcze trudniejszej refleksji: jak my przyjmujemy dzisiaj Jezusa, co roku obchodząc jego narodziny? Można oczywiście próbować uciec przed tym pytaniem. Wielu ludzi w krajach chrześcijańskich tak robi, skupiając się tylko na stronie zewnętrznej świąt, które dla sklepów rozpoczynają się już w listopadzie. Święta więc to zakupy, prezenty, sprzątanie domu, odwiedziny czy przyjmowanie gości. Ile czasu pozostaje na przeżywanie ich w wymiarze religijnym?

Dla Polaków w kraju i za granicą często sprowadzają się one do wybrania się na mszę świętą, zwykle na pasterkę, nierzadko po zakropionej alkoholem wieczerzy wigilijnej. Święta różnią się od zwykłych dni przede wszystkim choinką z upominkami pod nią, wystawnym obiadem, ciastem, czasem spędzonym z rodziną lub znajomymi itp. Są to na pewno bardzo ważne rzeczy, które tworzą niezwykłą atmosferę scalającą rodzinę i potrzebną człowiekowi ze względu na równowagę psychiczną, ale pozostaje wciąż trudne pytanie, jak się to wszystko ma do samej istoty świąt, czyli do obchodzonych narodzin Dziecięcia Jezus? Istnieje bowiem duże niebezpieczeństwo, że w celebrowaniu świąt Bożego Narodzenia może umknąć naszej uwadze sam fakt jego narodzin.

PRZYGLĄDAJĄC SIĘ POSTAWIE MIESZKAŃCÓW BETLEJEM można skonstatować, że to, co działo się "na zewnątrz" i zdawałoby się słuszną skądinąd troską o sprawy materialne, zamknęło ich serca na przychodzącego do ich miasteczka Mesjasza. Zdolność patrzenia głębiej zachowała jedynie grupa pasterzy, do których, jak pisze Ewangelia, przybył anioł z orędziem: "Oto zwiastuje wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan" (Łk 2,8-12).

Stało się tak nie dlatego, że anioł bardziej kochał pasterzy i chciał ich wyróżnić spośród innych mieszkańców, ale dlatego, że to właśnie oni jako mniej zaangażowani w pogoń za sukcesami w sferze materialnej obronili w sobie wzrok serca, umieli patrzyć w gwiazdy, zastanawiać się, skąd wziął się świat, pytać o sens ludzkiego życia, o jego ostateczną przyczynę, czyli szukać i otworzyć się na Boga. Czy w świetle tego nie wydaje się zatem zasadne stwierdzenie, że brak czasu jest jednym z ważniejszych powodów laicyzacji społeczeństw krajów Europy czy Ameryki Północnej i różnicy w stopniu religijności społeczeństw krajów rozwiniętych i rozwijających się?

DRAMAT NASZEJ CYWILIZACJI POLEGA NA TYM, że człowiek przestał uważać Boga za najważniejszego w swoim życiu i z założenia nie ma dla niego czasu. Obywatele krajów bogatych nierzadko pielęgnują poczucie wyższości nad mieszkańcami krajów biednych ze względu na nieporównywalny standard życia, osiągnięcia cywilizacyjne itp. A sami są nieświadomi własnej duchowej biedy, są "cofnięci" w sferze, która tłumaczy ostateczny sens wszelkiego bytu.

Współczesny człowiek, jako jedyny gatunek na Ziemi obdarzony umiejętnością myślenia i rozumienia otaczającej go rzeczywistości i zdolny do osobowych kontaktów, powołany do istnienia na obraz i podobieństwo swojego Stwórcy, coraz bardziej poznaje zasady rządzące światem fizycznym, a rezygnuje z pytań metafizycznych, które stawiał sobie w starożytności i średniowieczu, i ogranicza się do tego, co materialne i doczesne. Przestaje rozpoznawać swego Stwórcę w jego dziełach. Stąd tak ważna w święta Bożego Narodzenia jest refleksja na temat swojej duchowej kondycji, bo z niej może wypłynąć potrzeba dokonania odpowiedniej korekty w życiu. Problem jest jednak w tym, ile czasu na tę refleksję poświęcimy w okresie Bożego Narodzenia?

A JAKI JEST NASZ STOSUNEK DO DZIECKA, które ma przyjść na świat? To drugie ważne pytanie nasuwające się w związku z obecnymi świętami. Wszak jednym z powodów, dla których dla Maryi z Józefem "nie było miejsca w gospodzie", była właśnie obawa przed ewentualnymi trudnościami, jakie pojawić się mogły w związku z macierzyństwem Maryi i bliskim już rozwiązaniem.

Niestety, tego rodzaju obawa nierzadko spotykana jest dzisiaj we współczesnych społeczeństwach rozwiniętych, gdzie osobistą wolność, realizację swoich planów, wysoką konsumpcję dóbr materialnych stawia się wyżej niż dziecko. Prawa jednostki do układania sobie życia według własnych kryteriów, nawet kosztem życia dziecka już poczętego, na ogół są zagwarantowane konstytucyjnie. Oprócz tego, często decyzja o posiadaniu dziecka przegrywa w konfrontacji z różnego typu dobrami doczesnymi. Taka postawa powoduje nie tylko dramatyczne starzenie się społeczeństw krajów rozwiniętych, za co będą płacić wkrótce wysoką cenę młodsze pokolenia, ale także jest świadectwem tego, że zostały gdzieś pomieszane systemy wartości. Jak stało się to możliwe? Kim jest w takim razie człowiek, skoro jego potomstwo traktuje się w ten sposób? Widać więc wyraźnie, że w ostatecznej instancji to człowiek przegrywa wszystko, budując życie bez swego Stwórcy. Przekreślając ostateczny sens swego istnienia, nie widzi też sensu i wartości w przychodzącym na świat dziecku, nie dostrzega swego udziału w akcie stwórczym Boga, przejawiającego się najpełniej w powoływaniu do istnienia nowego człowieka!

ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA - jak widać - mogą stawiać przed nami pytania trudne i niewygodne. Prawdopodobnie wolelibyśmy ich dzisiaj uniknąć, a skupić się na bogatej i radosnej oprawie świątecznej. Są to rzeczywiście święta niezwykle radosne, ale radość z nich pozostanie płytka i powierzchowna, gdy staną za nią tylko dni wolne od pracy, świąteczne zakupy, choinka, prezenty, a nawet miłe spotkania z rodziną czy znajomymi. Trzeba sięgnąć ich istoty, zakotwiczyć w najgłębszym sensie swego istnienia, wtedy dopiero będziemy mogli być ludźmi prawdziwie radosnymi i tą radością, jak świątecznym opłatkiem, dzielić się z innymi.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail