Przegląd Polski
19 grudnia 2008
- Między Europą a Ameryką - Z Agnieszką Holland rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz
- Testament Korzeniowskich - Zdzisław Najder
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Między Europą a Ameryką
Z Agnieszką Holland rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz

Przyjechała Pani do Nowego Jorku, na przegląd swoich filmów w Museum of Modern Art prosto z Opola, gdzie odbyła się premiera sztuki "Aktorzy prowincjonalni", opartej na scenariuszu jednego z pierwszych Pani filmów.
Tak, mojej pierwszej pełnometrażowej fabuły.
Zgłosił się do mnie młody dyrektor tego teatru, mówiąc, że szuka jakiegoś tekstu o aktorach i teatrze, i właściwie jedyny dobry, który zna, to Aktorzy prowincjonalni, i zapytał, czy bym się zgodziła na adaptację.
To mnie zastanowiło, powiedziałam, że jeśli bym miała czas i mogła to zrobić z kimś jeszcze (miałam na myśli młodą przyjaciółkę, reżyserkę teatralną), to tak. I zrobiliśmy współczesną adaptację; zależało mi na tym, żeby to było "spojrzenie młodego pokolenia".
A na premierę przyjechali twórcy filmu sprzed lat, aktorzy Tadeusz Huk i Halina Łabonarska, operator Jacek Petrycki...
Pracowaliśmy nad tym tekstem, zmieniliśmy go "na dzisiaj". Trzeba było szukać odpowiedzi na pytania, jak wygląda i co znaczy dziś konformizm i walka o jakieś wartości. Sytuacja nie jest dużo inna niż kiedyś, bo w sferze obyczajowej i psychologicznej właściwie nic się nie zmieniło...
No, ale sytuacja polityczna jest inna niż w 1978 roku, kiedy powstawał film "Aktorzy prowincjonalni".
Oczywiście jest inaczej, ale nie tak aż inaczej jak byśmy chcieli. Bo ciągle są różne naciski, lęki, strachy, konformizm...
Po wielu latach pracy za granicą wróciła Pani do Polski; czy raczej pracuje i bywa tam Pani coraz więcej. W ubiegłym roku powstał wielki serial "Ekipa" (zrealizowany wspólnie z siostrą Magdaleną Łazarkiewicz i córką Kasią Adamik). Co jest najtrudniejsze dla Pani w tym powrocie? Czy to, że spodziewaliśmy się czego innego po zmianach?
Na pewno mieliśmy złudzenia, że wolność przyniesie jakieś większe piękno duchowe. Cywilizacyjnie i politycznie Polska jest w zupełnie innym miejscu, niż była za czasów PRL-u; natomiast duchowo jest gorzej; to zresztą widać po tym, jak wyglądają te kolejne ekipy, jak wygląda życie społeczne, jak ludzie są sobie niechętni, jak nie umieją się zorganizować wokół jakiejś pozytywnej sprawy, właściwie najlepiej się organizują wokół jakichś rzeczy negatywnych.
Czy to jest cecha narodowa, czy to jest konsekwencja życia w PRL-u?
Nie wiem, trudno powiedzieć, trzeba by pewnie jakiegoś większego dystansu , żeby na to spojrzeć i zanalizować. Ale stan stosunków społecznych w Polsce jest niezadowalający. Odbija się to też w pracy, chociaż akurat w tych środowiskach, w których pracuję, nie jest tak źle. W opolskim teatrze było bardzo miło, a kiedy robię filmy, ludzie są bardzo oddani; gorzej z organizacją. Ta ciągle kuleje, we wszystkich dziedzinach pracy, które wymagają wysiłku zbiorowego, jest chaos.
Zupełnie inaczej niż tu...
W Polsce większy indywidualizm, większa anarchia i niechęć do uczenia się pewnych rutyn, niewiara, że można inaczej, jak gdyby to był "nie honor", żeby się uczyć czegoś odmiennego.
Ale są i zalety?
Zaletą jest choćby to, że ludzie (mówię o pracy np. w ekipie filmowej) wyrażają swoje opinie. Tutaj z kolei boją się tego. Jeśli chodzi o stopień konformizmu, Ameryka jest bardzo podobna do Polski... No, ale w Polsce jest wielka hierarchizacja i jeszcze większe poczucie, że "jestem ważny". Mam teorię, że to wynika z życia na kredyt; Amerykanie żyją na kredyt, w związku z tym żyją w ciągłym lęku, że coś się stanie i nie będą mogli tego kredytu spłacić.
To już się stało...
Ale zanim to się stało, oni, niczym chorzy na bulimię, tymi kredytami się napychali i coraz bardziej się bali... Status społeczny tu zależy od stanu posiadania, a ludzie żyją tylko na kredyt. Samochody, domy itd. Widziałam to na przykładzie ekipy filmowej: jeśli ktoś czuł, że jego pozycja może być niepewna, że jakoś się narazi producentowi czy reżyserowi, natychmiast było w nim widać straszną panikę. W Polsce zaczyna być podobnie w pewnych środowiskach. Tego nie ma w Europie Zachodniej, bo tam są "stare pieniądze". Nie ma tak rozwiniętej kultury konsumpcji i ludzie tak się nie zapożyczają.
Natomiast Polacy zaczęli pożyczać na gwałt (zresztą trudno im się dziwić, skoro tak bardzo długo nic nie mieli) i zaczęli się bać, że jeśli stracą pracę, stracą wypłacalność. Stąd konformizm w Polsce zaczął przypominać amerykański, tylko jeszcze jest podszyty tym sowieckim "wychowaniem".
To dosyć smutny obraz społeczeństwa.
Oczywiście on jest jednostronny, pewnie nie jest dokładnie tak, ale elementy tego, o czym mówię, są na pewno bardzo silne i widać je dość wyraźnie. W związku z tym ludzie traktują się nawzajem jak rywale.
Pani nie ma konkurencji. Jest Pani jedyną chyba reżyserką z Europy Środkowo-Wschodniej, co podkreślił na otwarciu przeglądu kurator MoMA Charles Silver, która jest znana na świecie i zrobiła karierę w Ameryce...
Nie jest tak, że te amerykańskie są lepsze od tych zrobionych w Polsce, niektórzy nawet uważają, że są gorsze...
Dlaczego?
Są na pewno mniej "moje", mniej w nich mojego "charakteru pisma". Trudno tu mówić o karierze, to znaczy ja nie patrzę na swoje życie w perspektywie kariery. To moja praca.
Co jest najważniejsze, kiedy przystępuje Pani do robienia filmu?
Chcę móc robić to, co czuję, że chcę powiedzieć i chcę zrobić. Natomiast za jakie pieniądze, w jakim miejscu i w jakim języku, to jest naprawdę drugorzędne... W pewnym sensie z kilkutygodniowej pracy w teatrze w Opolu miałam być może większą satysfakcję niż z wielu produkcji, które robiłam za dużo większe pieniądze i które mają światową dystrybucję. Myślę, że największym moim zwycięstwem nad czasem i presją jest to, że udało mi się zachować taką właśnie perspektywę...
To znaczy, naprawdę, traktuję moją pracę jako pewien rodzaj podróży i spotkań z ludźmi. I nie jest tak, że jedni ludzie są lepsi dlatego, że są bogatsi, albo że mają większą moc czy władzę, czy zapewniają jakąś większą sławę. Podobnie jak pracuję z aktorami, a to jest moje główne "narzędzie pracy", czy oni są słynni, czy nie, czy są gwiazdorami hollywoodzkimi, czy aktorami z jakiegoś niedużego teatru, to nie ma tak dużego znaczenia; ważne, ile dają z siebie i na ile czuję, że mogę w nich obudzić to, co jest w filmie ważne.
Czym kieruje się Pani wybierając aktorów - doświadczeniem czy intuicją? Czy już na zdjęciach próbnych wie Pani, że to jest właściwa osoba do danej roli?
Intuicją już dzisiaj wspieraną sporym doświadczeniem. Problem polega na tym, że aby dzisiaj obsadzić jakiś film amerykański czy nawet większy film europejski, nie szuka się aktora, który jest najlepszy do roli, ale tego, który przyniesie pieniądze... na film. To znaczy, starasz się przekonać jakiegoś aktora z nazwiskiem, żeby w nim zagrał... A bardzo często ten aktor nie jest wcale najlepszym kandydatem do roli, w dodatku trudno go namówić, bo aktorzy z tzw. listy A mają po kilka czy kilkadziesiąt propozycji dziennie. Właściwie nie wiem, jak oni dokonują wyborów... Pewnie kierują się gwarancją dużych pieniędzy, dużej dystrybucji, albo tym, z kim są zaprzyjaźnieni.
W Polsce nie ma jeszcze takiego systemu gwiazd.
Niektórzy producenci w Polsce już tak się zaczynają zachowywać jak amerykańscy. Na przykład TVN, który ma duże pieniądze i narzuca obsadę: nie możesz zrobić tam filmu, jeśli nie obsadzisz ich "gwiazdek". No i w Polsce wąskim gardłem jest dystrybucja; często filmy nawet bardzo dobre mają małą widownię z powodu słabej dystrybucji.
Ludzie chodzą na komedie romantyczne, okropne na ogół, albo na "wydarzenia patriotyczne", takie jak np. Katyń.
Pani córka Kasia Adamik zadebiutowała w Polsce filmem "Boisko bezdomnych", który zaprezentuje w MoMA (4, 5 stycznia).
Tak, i to jest właśnie paradoks, bo ten film dostaje nagrody publiczności na festiwalach polonijnych i w Gdyni, ale nie zarobił pieniędzy i publiczność go nie zna... Okazuje się, że to chyba źle, że w tytule są bezdomni, bo Polacy nie lubią takich tematów...
Dlaczego nie lubią?
Bo bezdomni są brudni, bo śmierdzą... Polacy są jedynym znanym mi narodem, który nie zgadza się na powstawanie hospicjów, akcje charytatywne nie są rzeczą tam popularną. Czyli opinia, że Polacy są tacy dobrzy, gościnni itd., wcale nie jest prawdą. W Ameryce pomoc biednym jest sprawą naturalną i wszyscy to robią. W Polsce byłam zaszokowana, słysząc w telewizji o proteście przeciwko stworzeniu hospicjum dla bezdomnych. A to przecież nie zgadza się z dziedzictwem ukochanego przez społeczeństwo Jana Pawła II, który był człowiekiem tak bardzo współczującym.
Nakręciła Pani w USA dla HBO kilka odcinków serii "The Wire", która nie jest komercyjna, ale uważana jest przez krytykę i widzów, zwłaszcza młodszego pokolenia, za znakomitą.
The Wire to jest taka seria, bardzo ponura i rzeczywiście niekomercyjna, która nigdy nie miała oglądalności na poziomie Sopranos czy innych seriali, bardziej rozrywkowych. Uważam, że jednym z zadań filmu powinna być próba opisania świata , który nas otacza, i mechanizmów rządzących naszym życiem - psychologicznych, społecznych i innych. Jeśli chodzi o film amerykański, to on coraz mniej się wywiązuje z tego zadania. Dosyć mało jest filmów, które dotykają tematów ważnych dla kultury amerykańskiej, dla życia. Telewizja w jakimś sensie przejęła tę funkcję.
Właśnie The Wire jest najdoskonalszym tego przykładem. To jest ukazane na przestrzeni iluś lat życia miasta Baltimore; życie zbrodniarzy, policjantów, polityków, nauczycieli, związkowców itd. Mozaika tych postaci jest potraktowana w sposób zupełnie "niemoralistyczny", czyli nie ma podziału na dobrych i złych.
W sumie policjanci i złoczyńcy nie różnią się od siebie specjalnie... W ogromnej dżungli niektórzy próbują dość heroicznie nadać temu, co się dzieje, jakiś sens i ratować się przed zagładą. To bardzo czarna wizja, ale wydaje mi się, że jest ona bliższa prawdy niż wiele innych. I jeżeli ktoś się teraz zastanawia, skąd kryzys ekonomiczny w Ameryce, to mógł oglądając The Wire stwierdzić, że dziwne, że doszło do niego dopiero teraz...
Przegląd w MoMA prezentuje wszystkie Pani filmy; który był dla Pani najważniejszy?
Nie mam takiego najważniejszego; teraz, kiedy przygotowywaliśmy Aktorów prowincjonalnych w teatrze w Opolu, wróciły różne obrazy i wspomnienia. Potem jeszcze przyjechali aktorzy z mojego filmu, scenograf, operator... Ci wszyscy ludzie zmienili się bardzo, ale jednocześnie wcale się nie zmienili; są starsi, niektórzy są bardziej zgorzkniali, niektórzy się rozpili, ale ciągle czuję, że jest w nich jakaś tęsknota, potrzeba miłości i sensu. Te ich potrzeby spotkały się z takimi samymi marzeniami młodych aktorów teatru. Było to bardzo nostalgiczne spotkanie, ale była to jednocześnie bardzo prawdziwa sytuacja... Czegoś podobnego nie przeżyłabym w Ameryce; takiej bliskości i całkowitego zrozumienia, co się z nimi dzieje. Za każdym razem, jak kręcę film amerykański, muszę od nowa uczyć się tej tutejszej rzeczywistości.
Chociaż mieszkała tu Pani przez wiele lat...
Teraz mam nakręcić tzw. pilota dla HBO o dzisiejszym Nowym Orleanie, z tymi samymi ludźmi, którzy stworzyli The Wire. I muszę się uczyć, poznać tę rzeczywistość na użytek filmu, wykonać ogromną "pracę domową", zupełnie tak, jakbym robiła film kostiumowy z jakieś dawnej epoki, kiedy trzeba przeczytać dziesiątki książek.
Jak robię film współczesny w Polsce, nie muszę czytać żadnych książek, wystarczy, że czytam gazety. Tutaj "nie noszę w sobie" tej rzeczywistości.
Jaki film był najtrudniejszy?
Zabić księdza, bo miałam ogromne poczucie odpowiedzialności wobec ludzi, wobec sytuacji stanu wojennego w Polsce, a jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że poprzez sam proces produkcji nigdy nie oddam całkowitej sprawiedliwości jakiejś takiej "namacalnej" prawdzie. Więc miałam wtedy największy konflikt wewnętrzny; do dzisiaj pamiętam, że ten film emocjonalnie bardzo dużo mnie kosztował.
To było moje pierwsze spotkanie z Edem Harrisem, który zagrał mordercę księdza, a potem, jak robiłam film o księdzu (Trzeci cud), pomyślałam, że trzeba go obsadzić w roli księdza.
Ed Harris, który zagrał też tytułową rolę w "Copying Beethoven", przyleciał z Kalifornii na otwarcie retrospektywy Pani filmów w MoMA. Na spotkaniach z publicznością mówił o Pani z podziwem, szacunkiem i przyjaźnią, która zrodziła się przy wspólnej pracy.
To świetny aktor; bardzo cenię sobie jego przyjaźń.
Dziękuję za rozmowę.
