Przegląd Polski
5 grudnia 2008

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Określenie "ksiądz lustrator" brzmi paskudnie, przywołuje niechlubne karty z historii Kościoła. Nazwać księdza lustratorem, i to jeszcze księdza o ogromnych zasługach w czasach opozycji komunistycznej, męczonego w wyszukany sposób psychicznie i fizycznie, a który dziś pracuje w domu opieki pod wezwaniem Świętego Alberta - wydaje się nieprawdopodobieństwem. A jednak, tak niestety jest. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski jest lustratorem. I to nieustępliwym.

Najpierw napisał książkę lustrującą duchowieństwo kurii krakowskiej. Duży był huk wokół tego dzieła. Teraz wyrusza poza opłotki swojej diecezji i lustruje metropolitę lubelskiego arcybiskupa Józefa Życińskiego. Arcybiskup Życiński to według niego TW "Filozof". Nic go nie obchodzi stwierdzenie zawodowego pracownika IPN-u, który wyznaje z rozbrajającą szczerością: "Niestety, na Życińskiego nic się nie znalazło, a tak bardzo chciałem"...

Bo arcybiskup Życiński jest nadzieją polskiego Kościoła. Inteligentny, wszechstronnie wykształcony, orator i pisarz, przy tym człowiek czynu. No i stosunkowo młody, nieprędko zostanie skazany na emeryturę. Jego diecezja świeci jasnym światłem wśród innych. Gdyby nasz episkopat miał więcej takich Życińskich, inaczej wyglądałby polski Kościół.

Zakonnicy, zwłaszcza dominikanie i jezuici, odbijają dziś w Polsce klasą od księży diecezjalnych.

Chodzę w niedzielę do dominikanów na Służewcu. Ogromne, mroczne wnętrze, a w nim radosny rozgwar dzieci. Pełno ich. Młodzi rodzice, a przy nich stadko potomstwa: osiem, sześć lat, obok niemowlę w wózku. To dla nich, a nie dla starszych, których znacznie tu mniej, dominikanie zainstalowali zewnętrzną windę. Kazania są krótkie, wesołe i rzeczowe. Olbrzymi kościół, a zawsze pełny.

Gdyby pobożność Polaków sądzić po tym lub kościołach podobnych, można by wnosić, że "pokolenie JPII" rośnie. W rzeczywistości dzieje się wprost przeciwnie. Następuje wyraźna sekularyzacja. Ci młodzi u dominikanów stanowią nikły promil społeczeństwa. Większość, poza świąteczną obyczajowością, jest obojętna religijnie. Spora w tym wina księży; zwłaszcza proboszczów starej szkoły, którzy zdają się nie rozumieć, w jakim kraju żyją. Bo "bezbożność" Polaków nie wywodzi się z przemyśleń, ale ze zniechęcenia do kościelnej zaściankowości i tkwienia w stereotypach.

Opowiadała mi koleżanka, że ze zdziwieniem zauważyła w swoim kościele księdza, niestarego, który mówi ciekawe kazania. Ufnie udała się do zakrystii, żeby pokazać mu podobne myśli, jakie właśnie wyczytała w Gazecie Wyborczej. Gdy rozłożyła pismo, odskoczył i zasłonił się rękami: "Apage, satanas!". A przecież GW ma naprawdę ewangeliczny dział religijny wprowadzony przez Jana Turnaua, przedtem długoletniego pracownika katolickiej Więzi. Jak w rodzinach istnieje syndrom teściowej, tak u większości księży, istnieje syndrom Gazety Wyborczej. Świadczy to o zasklepieniu umysłowym, bo jednak GW jest nadal pismem codziennym o najwyższym nakładzie.

Na ogół jest tak: pierwsza komunia kończy edukację religijną. Robi się przyjęcie, a dzieci dostają prezenty. Już nie medalik, zegarek, rowerek. Teraz najmodniejsze są quady, pojazdy motorowe o czterech grubych kołach, jeżdżące po bezdrożach i leśnych ostępach, czyniąc nieprawdopodobny hałas i bezpardonowo niszcząc florę i faunę. Obrońcy przyrody podnieśli alarm, ale sporo wody upłynie, nim prezenty komunijne będą jeszcze bardziej wymyślne.

ZACHOWANIA BRACI KACZYŃSKICH: - kto nie z nami, to nasz wróg - stanowią immanentną cechę ich charakteru; są nie do wyplenienia, choć niewątpliwie działają na ich szkodę. Nie ma wystąpienia, w którym by się powstrzymali od oznajmianiu światu: komu się ręki nie poda, z kim się nie siądzie do stołu i kogo się nie przeprosi.

Niestety, pycha prezydenta Kaczyńskiego może mieć opłakane skutki w sprawach większej wagi. Jeżeli na bal z okazji 25-lecia pokojowej Nagrody Nobla dla Wałęsy obrodzą goście tej miary, jak Dalajlama, szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso, były prezydent RPA Frederik de Klerk, kanclerz Austrii, prezydenci Francji, Izraela, były prezydent Hiszpanii i inni, którzy mimo zaproszeń nie dojechali na galę do Kaczyńskiego, może za to odpokutować cała Polska: czytaj - prezydent "za karę" nie podpisze traktatu lizbońskiego. Bo uraza własnej godności waży więcej niż dobro kraju.

Przez kilka dni media żyły nocnym incydentem z udziałem Lecha Kaczyńskiego i prezydenta Gruzji Michaiła Saakaszwilego, jaki zdarzył się na granicy Gruzji i Osetii. Gdy prezydenci wysiedli przy szlabanie, za którym był punkt kontrolny, rozległy się trzy salwy z broni maszynowej. Salwy ostrzegawcze - w górę, co było jasne. Konwój prezydencki zawrócił i ruszył z powrotem. Lech Kaczyński twierdzi, że niewątpliwie strzelali Rosjanie, rozpoznał dźwięk "kałachów", no i rosyjskie okrzyki. Na Zakaukaziu wszyscy mówią po rosyjsku, a kałasznikow jest najpopularniejszą bronią. Najprawdopodobniej strzelali osetyjscy pogranicznicy, a Saakaszwili chciał udowodnić, że Rosjanie nie dotrzymują umów zawartych z Unią Europejską. Tylko jakim kosztem?! Mimo że złamane zostały wszelkie procedury (np. oficerowie polskiego Biura Ochrony Rządu znajdowali się ok. 300 m za samochodem prezydenta), Lech Kaczyński podchodzi do sprawy lekko: "Być może, że to się dobrze skończyło, bo gdyby polska ekipa była przygotowana na takie zdarzenia, tak jak była w sierpniu, kiedy była w kamizelkach kuloodpornych, z długą bronią, a to są świetnie wyszkoleni ludzie. To ja się boję, że no ja bym wylądował na ziemi, a nie bardzo lubię, bo taka jest procedura, no i mogłaby się polać krew...".

Bardzo śmieszne, gdyby nie tak żałosne.

WIELKI RUMOR Z EKSHUMACJĄ ZWŁOK GENERAŁA SIKORSKIEGO. Może mające trwać miesiąc badania, z wykorzystaniem najnowszych technik, pokażą prawdę.

Dokopałam się do notatek, jakie robiłam zbierając materiały do książki Anders spieszony. Otóż w roku 1991 przeprowadziłam w londyńskim Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym rozmowę z naocznym świadkiem gibraltarskiej tragedii. Moim rozmówcą był Ludwik (Lulu) Łubieński, przedwojenny sekretarz ministra Józefa Becka. Internowany w Rumunii Beck dogorywał w strasznych warunkach. Łubieński wyrwał się na Zachód, żeby błagać o pomoc dla ministra. Nikt go jednak nie słuchał i jako przeciwnik polityczny został "zesłany" na Gibraltar, który był stacją przesiadkową między władzami w Londynie a armią gen. Andersa na Bliskim Wschodzie.

Los zdarzył, że Łubieński stał się świadkiem historii.

Dwukrotnie zetknął się z generałem Sikorskim. Raz, gdy w czerwcu 1943 roku generał leciał wizytować wojska na Wschodzie i jego liberator miał międzylądowanie na Gibraltarze. Wówczas wyraźnie podenerwowany naczelny wódz zapytał nieoczekiwanie Łubieńskiego, czy może być spokojny o swój los u Andersa. Jest faktem, iż między obu generałami panowało napięcie, ale o zamachu nie mogło być mowy, o czym solennie przekonywał go Łubieński. Korzystając z okazji, Łubieński poruszył sprawę Becka. Pomoc została obiecana. Generał miał go w tym celu zabrać do Londynu w drodze powrotnej.

Kiedy po trzech tygodniach Łubieński sposobił się do drogi, zaszła zmiana: w Gibraltarze pojawił się kurier z Polski, Jan Gralewski, z zaszyfrowaną depeszą z dowództwa AK. Ponieważ na miejscu nie było szyfranta, który mógłby zapoznać generała Sikorskiego z treścią depeszy, więc postanowiono, że nie Łubieński, ale Gralewski poleci z generałem (ładowność liberatora była ograniczona; pasażerów ważono przed startem).

Cytuję Łubieńskiego: "Staliśmy z gubernatorem na nabrzeżu, salutując i żegnając odlatujących. Liberator wzniósł się w powietrze i niemal natychmiast walnął płasko w morze". I dalej: "Woda z tej wysokości jest bardzo twarda. Kabina pasażerska, znajdującą się pod skrzydłami, roztrzaskała się natychmiast, a samolot obrócił się do góry kołami. Większości nie wydobyto; w tym córki generała i płk. Cazaleta. Wypłynęli ci, którzy mieli kamizelki na sobie: gen. Sikorski, jego szef sztabu, Klimecki, którego wyciągaliśmy za włosy, brygadier Whitley i pilot Prchal. Ocalał, bo kabina pilota mieściła się na górze pod szklaną kopułą. Miał na sobie ´maywestkęª, zapiętą i nadmuchaną". I kluczowe, moim zdaniem, stwierdzenie: "Wyplątywałem go z niej pospiesznie z gubernatorem".

Zapytałam Łubieńskiego, czy mógłby to być zamach na generała. W tej kwestii nie był już tak kategoryczny: "Mogli to zrobić Anglicy, tyle mu naobiecywali, tak był im wierny, że niezręcznie byłoby im powiedzieć, że Polski nie będzie (zbliżała się konferencja w Teheranie, na której m.in. miała zapaść decyzja o granicy na Bugu, o czym Sikorski oczywiście nie wiedział). Mogli to zrobić Rosjanie, rękami hiszpańskich uchodźców komunistów, których było sporo na półwyspie. Mogli to wreszcie zrobić Rosjanie z Anglikami w zmowie". Pomyślałam: tylko po co i w taki sposób? Sikorski nie był przecież taki ważny w tej grze.

Warszawa, 29 listopada 2008 r.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail