Przegląd Polski
7 listopada 2008

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Za głębokiej komuny mieszkałam w bloku-szafie. Dziesięć pięter; na każdym piętrze czternaście mieszkań i dwie małe (nie mieściły się w nich nosze!) windy. Wiecznie się psuły. Drzwi do bloku były jedne. Naprawdę, przy małej dozie wyobraźni przypominał szafę. - Ach, mieszkasz w tych szafach - upewniali się znajomi, a tych szaf był cały rząd.

Byliśmy jednymi z pierwszych mieszkańców. Zaprosiliśmy gości na parapetówę, ale jakoś nie mogli dotrzeć. Co robić? Potrawy stygną - a trzeba wiedzieć, że w tych martwych czasach przywiązywało się dużą wagę do jedzenia; jak już się zdobyło jakiś ochłap, to się z niego wyczyniało cuda gastronomiczne. Co robić?

"Wyjdźcie na rozstajne drogi i sproście...". Zastosowałam się do tej ewangelicznej zasady. Pukałam od drzwi do drzwi, aż wreszcie ktoś na końcu korytarza mi otworzył i przyjął zaproszenie. Byli to Marianna i Jurek Timoszewiczowie.

Przyjaźń przetrwała lata i choć mieszkamy dziś każde gdzie indziej, jesteśmy w kontakcie. Kontakt ten znajduje fizyczne zaczepienie w przekazywaniu im piątkowego Nowego Dziennika.

Gdy internet był jeszcze w powijakach, wystarczył telefon do Jurka i już miałam odpowiedź na prawie każde pytanie. Zastanawiałam się, skąd on to wszystko wie. Bo nie wyglądał na mola książkowego. Owszem, ściany mieszkania były od podłogi po sufit założone książkami - wyglądało to jak kolorowa tapeta, ale jego samego częściej widywałam na spacerze z Azą, pięknym okazem ogara polskiego; na bazarku czy w sklepie mięsnym. Zaopatrywał dom w jedzenie. No i na gadaniu, ale jakim! Oto anonimowa pieśń dziadowska o Jerzym T.: "wszystko wie, wszystkich zna,/ a ploteczki - miłość ma. Jęzor ostry, dowcip skrzy się,/ czasem aż boimy się".

"Sam nie wiem - pisze o nim jego uczeń, dziś znany dziennikarz, Janusz Majcherek - czy dziełem życia doktora T. jest wielotomowe wydanie pism zebranych Leona Schillera, czy edycje esejów i listów Jerzego Stempowskiego-Hostowca? Jest autorem recenzji teatralnych i książkowych, esejów, a także not, gloss, przyczynków i przypisów, którym to nieefektownym formom piśmiennictwa potrafi nadać walor wyrafinowanej sztuki".

Czysta prawda! Dlatego proszę go i błagam, żeby więcej pisał - ale się leni. Inaczej nie mogę tego nazwać. Lenistwo. Z lenistwa też chyba hołduje zasadzie dokonywania oglądu świata z miejsca zamieszkania. Nie rusza się. Nie podróżuje. Kiedyś wyjątek robił dla Wilna i jego bibliotek. Moim zdaniem najpiękniejsza powieść Tadeusza Konwickiego Bohiń wyrosła niejako z jego inspiracji i bibliotecznych poszukiwań wileńskich. Tadeusz Konwicki chciał go zaangażować jako konsultanta do filmu Lawa - odmówił. Dlaczego? Bo trzeba było się ruszyć z miejsca.

Nie znoszę jubileuszy, którymi zapychane są programy radia i telewizji. Poza tym jednym wyjątkiem: Jerzego Timoszewicza. (Bo jego uczniowie coś mu przygotowują na 75-lecie). Honorując twórców pokroju Jerzego Timoszewicza powolutku podnosimy szczebel kultury na wyższe piętro. W zalewie taniej masówki tak nam tego trzeba.

PAMIĘTAM, JAK MŁODY WÓWCZAS, UTALENTOWANY ARCHITEKT porwał się wraz z ekipą na budowę ogromnego osiedla na południu Warszawy - Ursynowa. Domy dla ludzi , z rozkładowymi mieszkaniami, możliwie takimi, żeby jeden drugiemu nie zaglądał w okna, rosły bardzo szybko. I cóż z tego - Ursynów nie miał żadnej infrastruktury. Ani komunikacji, ani szkół, ani przedszkoli. Mieszkać w początkowym pionierskim etapie na Ursynowie to było bohaterstwo. A jednak ludzie zasiedlali to olbrzymie osiedle, bo gdzie mieli pójść? I mieli rację!

Dziś Ursynów stał się synonimem inteligencji warszawskiej. Coś było w tych młodych "osadnikach", co zrodziło twórczą postawę obywatelską. Ursynów ruszył z miejsca. Nie wspominając infrastruktury, klubów, kawiarni, placów zabaw. Nie od rzeczy będzie powiedzieć, że do tego rozruchu przyczyniło się metro. Tu, na Kabatach, się zaczyna i płynie licznymi stacjami ku miastu.

Objaw integracji obywatelskiej Ursynowa na skalę kraju pokazały ostatnie wybory parlamentarne. To w tutejszych punktach wyborczych zabrakło kart do głosowania, bo frekwencja była stuprocentowa. Tego nikt się nie spodziewał. Po raz pierwszy zdarzyło się, że Komisja Wyborcza przesunęła godzinę końca wyborów, żeby brakujące karty dowieziono.

Ursynów idzie dalej. Tu rodzą się najciekawsze społeczne inicjatywy. Przykład: "Klub Literacki z VII piętra", założony przez grupę trzydziestolatków. W kawalerce jednego z nich obsiadają podłogę i dyskutują o książkach. Zawodowo nic ich z literaturą nie łączy. Na ogół socjolodzy i psycholodzy, badacze rynku.

Dyskutują o literaturze współczesnej i o dawnej. Mniej o polskiej, więcej o obcej. (Łukasz: "Nie czuję specjalnej mięty do polskich pisarzy współczesnych; nie jest nam po drodze"). To tacy ludzie, jak ci z kawalerki ursynowskiego VII piętra, zawyżają statystyki polskiego czytelnictwa, które wyglądałyby bez nich żenująco słabo.

Spotkania mają charakter nieformalny, ale z regulaminem: funkcją podstawową ma być rozmowa (kłótnia) o literaturze. Nie picie, nie palenie, nie krzyczenie "zrób herbatę!". Niczego z tych rzeczy się nie wyklucza, chodzi o proporcje. Co ciekawe: nie ograniczają się do gadania o walorach literackich książki, ale interesuje ich również postawa pisarza.

Doradca finansowy Łukasza zaproponował, żeby część pieniędzy wydawanych na książki zainwestował. Łukasz żachnął się: "Po to pracuję, żeby kupować książki. Chyba pomyślał, że zwariowałem, bo już więcej nie zadzwonił".

Kiedyś udało mu się kupić całą serię Nike. Proszę! Myślałam, że już tylko ja (i podobni mnie wiekiem), unosząc głowę znad komputera, spoglądam na te tomiki równo stojące na półce.

Czytają w domu, w pracy, między pracą a domem. W autobusie, tramwaju, metrze. Łukasz próbował czytać na rowerze.

Wartością dla grupy jest sama dyskusja. Masa różnych tematów wychodzi przy okazji. Rozmowa o książkach zamienia się w rozmowę o przekonaniach i wartościach.

Nie przyjmują do wiadomości, że wskrzeszają misję inteligencji. - My po prostu dużo czytamy - mówią.

Teraz to każdy marzy, żeby mieszkać na Ursynowie. Jednak ja pamiętam czasy, kiedy ludzie mówili: - Tylko nie tam!

WYBORCZE HASŁO "ODCHUDZONE PAŃSTWO" zdaje się nie dotyczyć Kancelarii Prezydenta. Przeciwnie, Lech Kaczyński domaga się podwyższenia swojego przyszłorocznego budżetu, wynoszącego obecnie 190 mln zł, o 30 mln. Obecny prezydent zatrudnia dziś o kilkadziesiąt osób więcej niż prezydent Aleksander Kwaśniewski, którego mieliśmy za rozrzutnika.

Jednak premier Donald Tusk potrafił obciąć wydatki kancelarii rządu. O tym mało kto mówi. Pamiętają mu za to nieszczęsną przygodę z samolotem do Brukseli. Fakt, nie było to najszczęśliwsze rozegranie sprawy. Ale przecież niełatwe ma życie z głową państwa, której sposobem działania jest "liberum veto".

W sprawie komercjalizacji szpitali (nie mylić z prywatyzacją!), która wyszłaby nam wszystkim na zdrowie, bo tam, gdzie już jest, sprawdza się znakomicie. Przyznają to samorządowcy i działacze społeczni z Jurkiem Owsiakiem na czele. Bo komercjalizacja zdejmuje ze szpitali nieznośną czapę państwa i oddaje je w ręce lokalnych samorządów.

Ale żeby stało się to w całym kraju, trzeba ustawy. I to takiej, która miałaby za sobą dwie trzecie głosów poselskich. Czyli do koalicji Platformy Obywatelskiej z Polskim Stronnictwem Ludowym musiałyby dojść głosy lewicy. Wtedy prezydent Kaczyński nie byłby w stanie zawetować. I co się dzieje? SLD idzie na rękę PiS-owi i nie przyłącza się do głosowania. No i sprawa się "rypła".

Zarzuca się Platformie bierność. Ale jak rządzić w sytuacji miecza Damoklesa wiszącego nad każdym rozsądnym rozwiązaniem? Popularność obecnego prezydenta jest bliska zeru; ludzie dawniej mu przychylni przekonali się, że nie nadaje się do tej funkcji. Ale cóż z tego? Trwa. Pewnie wie, że nie będzie drugiej kadencji. Ale cóż szkodzi poprzeszkadzać? Lubi to.

Warszawa, 29 października 2008 r.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail