Przegląd Polski
15 sierpnia 2008

Żabką przez Atlantyk

Naszość i waszość

Marek Kusiba

Przed tygodniem przeczytałem na tych łamach doskonały tekst Jana Zielińskiego, rozkładający na czynniki pierwsze nominowane do Nike tomiki poetyckie i przy okazji rozkładający na łopatki polskie pisarskie niechlujstwo, bylejakość, niestaranność (lenistwo?). Zieliński otworzył zaledwie kilka nowych zbiorów wierszy i wierzyć się nie chce (a wierszyć, czyli wierszować tym bardziej), jak dalece nieporadna jest krajowa produkcja literacka. Mam na myśli zarówno poziom edytorski, jak i literacki wielu pozycji i poematów. Włosy (odrastają) i stają dęba, niczym Tuwimowy (i Barańczakowy) Pegaz. Zieliński pokazuje tylko wierzchołek góry lodowej i aż zimno się robi. A na samym szczycie tej górki raczej niż góry strzela - w chmurki raczej niż w chmury - organizacja nadrzędna, której jestem członkiem.

W nagłówkach listów rozsyłanych przez SPP stoi jak byk charakterystyczny byk: Stowarzyszenia Pisarzy POLKICH (podkr. - MK). Polka, poetka Urszula Kozioł nie umiała poprawnie zapisać nazwy naszego dziennika (nie mylić z Naszym Dziennikiem, Boże broń!), pisarze nie potrafią poprawnie napisać nazwy własnej organizacji, prezydent nie umie się zachować w towarzystwie innej głowy państwa, po prostu traci głowę, i tak kręci się nasz polski światek, postawiony na głowie. "Dziwnieśmy dziś sformatowani i skompresowani, Panie", jak tytułuje swój wiersz Andrzej Sosnowski w omawianej przez Zielińskiego, a nominowanej do Nike - z niewiadomych dla mnie powodów - książce pełnej wierszy udających poezję. Podobne wrażenie robi także inny nominat - Poemat odjazdu Andrzeja Mandaliana.

Aż pióro świerzbi, by zapytać jurorów i krytyków, dlaczego konsekwentnie nie zauważają i pomijają w nagrodach i omówieniach wydany w ubiegłym roku znakomity wybór wierszy zmarłego także przed rokiem (16 sierpnia) Bogdana Czaykowskiego pt. Jakieś ogromne szczęście - autora uważanego za najwybitniejszego po Czesławie Miłoszu i Wacławie Iwaniuku poetę polskiej emigracji. Jedyna sensowna odpowiedź, jaka mi się ciśnie pod pióro, brzmi: bo autor Trzcin czcionek, Okanagańskich sadów, Wiatru z innej strony czy Sporu z granicami był, jak sam siebie określał, "Ziemcem", a nie tuziemcem, nie spełniał więc podstawowego wymogu "naszości", czyli nie miał jednak ogromnego szczęścia bycia (za życia) jednym z krajowych pisarzy. Żył sobie zawsze poza granicami, wiały mu wiatry z zupełnie innej strony i zbierał owoce nie z mazowieckich, a jakichś okanagańskich, jednym słowem - nie naszych sadów...

Pojęcie "naszości" w literaturze polskiej jest często ważniejsze od pojęcia wartości, piękności, a raczej piękna, skali i głębokości, a raczej głębi czyjejś poezji. Można być wybitnym poetą - to jeszcze nie przestępstwo, a jedynie wykroczenie przeciwko dobremu samopoczuciu tych mniej wybitnych - ale podstawowym warunkiem uznania czyjejś wybitności jest jadanie obiadów w tej samej stołówce Czytelnika i bywanie na tych samych konwentyklach, w swojskich, skumplowanych kolektywach pisarskich.

Byłem kiedyś w takim kolektywie, zupełnie absurdalnym, a zwało się to grupa poetycka "Samsara". Siadaliśmy przy stoliku i stolicznej, rozlewali do musztardówek po setce i pisali razem wiersze. Ktoś podrzucał jakieś obce, ale zawsze dobrze brzmiące we współczesnej poezji polskiej słówko lub jakąś zgrabną metaforkę i tak powstawały te wierszydła-straszydła.

Teraz czasy się o tyle zmieniły, że ludzie piszą osobno, ale jak wykazuje Jan Zieliński, dosyć podobnie, by nie powiedzieć symultanicznie, odpisując nierzadko od siebie - co się zgrabnie nazywa intertekstualizmem. Na olimpiadzie podobne dyscypliny noszą nazwę pływanie lub skakanie zsynchronizowane. W skokach do wódy raczej niż do wody, czyli w literaturze pisanej w alkoholowym amoku, mieliśmy początki przeświadczeń - i doświadczeń - że pisarstwo to działalność zbiorowa (i rozbiorowa, jeśli były w pobliżu tak zwane adeptki). Przypadek Bogdana Czaykowskiego i wielu innych pomijanych w kraju pisarzy polskiej diaspory - i za "demokracji ludowej", i za demokracji nieludzkiej - nasuwa podejrzenie o wymóg współtworzenia, czyli współuczestniczenia, dzielenia tego samego losu i lasu, pływania po tych samych wodach i szukania natchnienia w tych samych wódach.

Ale nie tylko polski światek literacki stoi na głowie, o nie: właśnie przeczytałem o tygodniowej głodówce przewodniczącego regionu Górnej Adygi z powodu wystawienia w Bolzano dzieła sztuki przedstawiającego ukrzyżowaną żabę. Nie wiem, po co pewien niemiecki artysta przybił do krzyża biedne stworzenie i kazał je oglądać innym stworzeniom w muzeum, ale myślę, że powinien się udać po poradę do specjalisty od głowy. Lub poczytać sobie o życiu dzikich plemion w książkach Bronisława Malinowskiego, mieszkającego kiedyś w Bolzano.

Jaki z tego wypływa - niekoniecznie żabką - wniosek nader oczywisty? Życie Trobriandczyków i bolzańczyków różni się od siebie nie bardziej niż książki nominowane w tym roku do Nike...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail