Przegląd Polski
18 lipca 2008
- Niezastąpiony. Bronisław Geremek (1932-2008) - Ryszard Stemplowski
- Witold Kaczanowski: "Nie ma bariery między sztuką a życiem"
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Nie buduję bariery
między sztuką a życiem
Witold-K.,
czyli Witold Kaczanowski podczas spotkania z czytelnikami "Nowego
Dziennika", 23 kwietnia 2008 r.
W redakcji Nowego Dziennika gościmy wybitnego artystę Witolda-K. (Kaczanowskiego).* Przyjechał do nas z Denver. Niestety, w Nowym Jorku nie mieszka już od dziesiątków lat. Jest artystą malarzem, grafikiem, projektantem, człowiekiem absolutnie wszechstronnym. Ostatnio - aktorem. Zagrał w filmie Czas umierać Doroty Kędzierzawskiej.
Postać renesansowa - jest sportowcem, zwłaszcza narciarzem. W gazecie lokalnej w Denver przeczytać możemy, że w 76. urodziny planuje skok z samolotu na spadochronie. A już tego wyczynu dokonał w 75. urodziny w ub. roku.
Jak się czuje człowiek skacząc z samolotu na spadochronie? I po co w ogóle skacze?
- Bo się boi.
- Czy to jakoś sprzyja sztuce?
- Nigdy nie budowałem bariery pomiędzy sztuką życiem. A skoki? Mają swoją historię, prawdopodobnie łączą się z jakimiś kompleksami. Kiedy byłem na Akademii Sztuk Pięknych, miałem koleżankę, która skakała ze spadochronem i namówiła mnie, abym pojechał z nią na ćwiczenia. Po drugiej stronie Wisły, gdzieś koło Ogrodu Zoologicznego, wchodziło się na drewnianą wieżę, przywiązywali człowieka do spadochronu i trzeba było skoczyć. Z wysokości 4. piętra. Ziemia była blisko, a ja stchórzyłem. Fakt ten ciągnął się za mną. Musiałem się w końcu przekonać, że jednak nie jestem takim tchórzem.
- Jakie emocje taki skok wywołuje?
- Ogromne. Bałem się trzy dni przedtem. A kiedy decyzja została podjęta - już nie. Zanim spadochron się otworzy, to lot jest nadzwyczajny. Ma się wrażenie, jakby człowiek się oparł o ścianę. Ciśnienie powietrza jest ogromne, nawet niewielki ruch ręki powoduje koziołki. Nogi muszą być podwinięte, bo wtedy uzyskuje się balans - i leci się prosto w dół. Odczuwałem lęk, jaki się ma w moim wieku - że jak spadochron się otworzy, to wyrwie mi wątrobę albo wylecą nerki.
Tymczasem najpierw otwiera się malutki spadochron, który łagodzi wstrząs, a potem drugi. Właściwie tego się nie odczuwa.
Następnym moim pytaniem było: jak ja sobie dam radę z kierowaniem lotem? Okazało się, że to tylko palcem wystarczy pociągnąć i leci się w prawo albo w lewo.
Poczucie czasu w jakimś sensie zostaje zupełnie zawieszone. Spadanie, zanim otworzy się spadochron, trwa jakieś 20 sekund, ale wydaje się, że trwa 10 minut. Wszystko wydaje się trwać długo.
Do tego wszystkiego byłem pierwszy w kolejce do skoku. Siedzę na wąskiej ławeczce, za mną czterech dalszych skoczków. Następuje odliczanie 4-3-2-1-start... i już nie ma wyjścia. Wszystkie lęki, jakie pojawiały się w nocy na dwa, trzy dni przedtem, minęły. Na parę godzin przed startem osiągnąłem całkowity wewnętrzny spokój.
- Czy mieszkając w Denver nie czuje się Pan jakoś zmarginalizowany jako artysta tworzący gdzieś daleko w górach?
- W Denver mieszkam od ponad 20 lat, a na emigracji jestem od 1964 roku. Denver - nie znam takiego drugiego miasta, gdzie miałbym cywilizację, ogromny rozkwit, eksplozję kultury, a jednocześnie o 25-30 minut od domu zupełna głusza i dzicz. Lasy są pełne grzybów, wokół wspaniałe góry. To jest to, czego mi zawsze brakowało. Od dzieciństwa chodziłem po górach. Przed wojną ojciec woził mnie w Tatry.
- Jak Pan realizuje się tam jako artysta?
- Przecież można sprzedawać przez internet...
- Sprzedawać tak, ale chodzi o wewnętrzną inspirację twórczą.
- Tworzenie dla mnie nie jest procesem introwertycznym, ale też nie szukam inspiracji wyłącznie dookoła. To jest pół na pół, w sobie i na zewnątrz. Nie wiem, na czym polega tworzenie sztuki w ogóle, natomiast wiem, na czym polega tworzenie sztuki przeze mnie. Od dzieciństwa miałem halucynacje. Przed wojną rok leżałem w szpitalu. Moja mama umarła na gruźlicę, kiedy miałem 6 lat, wokół mnie dzieci ciągle umierały. Zamykałem wtedy oczy. Pielęgniarki wywoziły nas na werandę i krzyczały: oddychaj głęboko!!!... W ciągu dnia uciekałem od rzeczywistości. I dziś także często zamykam oczy i w wyobraźni przesuwa mi się film. Zatrzymuję obrazy wtedy, kiedy ich nie rozumiem. To mnie nie intryguje. Nie namaluję tego po to, aby zaintrygować innych, tylko aby znaleźć odpowiedź na to, czego sam nie rozumiem. Jestem po prostu naśladowcą, kopiuję w sposób prymitywny to, co mi się pokazuje, i martwię się tylko, żeby nie myśleć, bo wtedy wszystko ucieka. Zaczynają się jakieś dywagacje intelektualne, które niszczą wszystko.
- Po szkole postanawia Pan ruszyć w świat z myślą o artystycznej karierze...
- Nigdy nie chciałem być malarzem. Moim marzeniem było zostać dyrektorem ogrodu zoologicznego. Mój ojciec przyjaźnił się z profesorem Janem Żabińskim, mieli między sobą jakieś powiązania, w czasie okupacji ukrywali Żydów. Pan Żabiński bywał w Tworkach jako przyjaciel mojego ojca, który był psychiatrą w tym szpitalu, a po wojnie jego dyrektorem.
Dostałem kiedyś od prof. Żabińskiego małą sarenkę. W szpitalu w Rabce rysowałem konie, którym później urastały skrzydła.
Przez lata nie malowałem. Złożyłem podanie na studia na architekturę, z której mnie wyrzucono i przeniesiono na mechanizację i elektryfikację rolnictwa. Bardzo mi się podobała praca na obrabiarce, ale któregoś dnia opuściłem wykłady i wyglądało na to, że żadnych studiów nie skończę. Wtedy mój ojciec zabrał moje rysunki i zaniósł na Akademię Sztuk Pięknych. Przyjęto mnie jako wolnego słuchacza. Studiowałem pięć lat i zrezygnowałem, gdy mi kazano powtarzać rok. Ostatecznie ASP ukończyłem w 1956 roku, a w 1964 wyjechałem do Paryża.
- Do Paryża wygnała Pana taka artystyczna przygoda...
- Wyjechałem na stypendium. Stanisław Cat-Mackiewicz powiada do mnie: "Jedzie Pan do Paryża, czy nie przewiózłby pan mojej książki?". Odpowiedziałem, że oczywiście... Udało mi się te rękopisy przewieźć, dostarczyłem je Konstantemu Jeleńskiemu
Żona przysyłała mi paczki ekstra mocnych do Paryża, bo nie miałem na papierosy. W jednej z paczek znalazłem ostrzeżenie. Umierającego w szpitalu Mackiewicza odwiedziło dwóch panów. Pielęgniarka podsłuchiwała pod drzwiami i słyszała, że zadawali mu pytania, a on między innymi wymienił moje nazwisko. Bałem się wracać.
Dla mnie był to trudny okres.
W Paryżu przebywał wtedy Marek Hłasko, Wojciech Frykowski i rosyjscy dysydenci. Uciekali w alkoholizm do granic samozniszczenia.
- Jak Pan sobie radził jako artysta?
- Mówiono, że wtedy było w Paryżu 48 tysięcy malarzy. Klepałem biedę. Raz - ni stąd ni zowąd - jednego dnia sprzedałem 13 obrazów. Nie nauczono mnie oszczędności, więc spełniło się moje głupie marzenie z dzieciństwa: kupiłem sobie sportowy samochód. Nie dojadałem, ale jeździłem luksusowym autem.
- Potem przyjechał Pan do Nowego Jorku.
- W 1968 roku, po czterech paryskich latach. W mieście mieszkałem bardzo krótko, bo szybko znalazłem się w sytuacji prawie że tragicznej. Miałem pracownię na Broadwayu i 86 Ulicy. Wtedy to było straszne miejsce, na ulicy słychać było po nocy strzały. Był strajk palaczy centralnego ogrzewania, w budynku było zimno, rozchorowałem się, miałem wysoką temperaturę i czułem się bardzo źle. Nie zapłaciłem czynszu. Wyłączono mi telefon. Do mnie można się było dodzwonić, ale ja nie mogłem. Byłem bardzo osłabiony. W mieszkaniu lodówka, nakryłem się wszystkim, co miałem w domu, ale nadal mną trzęsło. W środku nocy chciałem się napić wody - woda w szklance zamarzła. I z nikim nie mogłem się porozumieć. Napisałem testament, list do taty i list na policję - wiedziałem, że umieram. Byłem bardzo głodny. W tym momencie mej całkowitej desperacji i przygotowań na śmierć - nagle wizyta znajomej i jedzenie, gorąca herbata, lekarstwa...
- Czy to znaczy, że losem artystów na początku jest zawsze bieda i takie borykanie się z losem?
- Niekoniecznie... Nowy Jork był dla mnie zbyt męczący: telefon dzwonił, że muszę być tu czy tam, bo tam będzie przyjęcie, a na nim będzie ten i ów, z którym można załatwić różne sprawy, żeby nawiązać kontakty, żeby sprzedać obrazy. W końcu człowiek przestaje malować, tylko biega z przyjęcia na przyjęcie.
Po tym zimowym nieszczęściu perspektywa wyjazdu do Kalifornii, do ciepłego klimatu, była bardzo nęcąca.
W Kalifornii mieszkałem cztery lata... Zaczęło mi się wieść. Otworzyłem dwie pracownie, jedną w Los Angeles, drugą w Santa Fe. To miasto mnie uzdrowiło. W ogóle Nowy Meksyk jest cudowny... Mogłem tam się w pełni rozwinąć artystycznie. Malowałem dużo, na moich płótnach pojawił się charakterystyczny motyw - idących dokądś, śpieszących, zajętych ludzików.
Nie mam zielonego pojęcia, na ile moje życia miało wpływ na moje malarstwo, ale na pewno istnieją jakieś związki. Pielęgniarze i lekarze szpitala w Tworkach znali mnie jako syna dyrektora. Bez wiedzy ojca mogłem się dostać do pawilonów, gdzie przebywali chorzy psychicznie. Kiedyś wszedłem do sali, gdzie byli katatonicy. To bardzo rzadka, straszna choroba - człowieka można ustawić w dowolnej pozycji i on tak już zostanie, aż umrze. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie - w ogóle cały ten kompleks, gdzie mieszkałem, spałem, słyszałem wołania o pomoc, błagania o jedzenie... Panował ogromny krzyk, proszę sobie wyobrazić, że 200 osób naraz krzyczy. Słyszało się go w zimie, nie mówiąc o lecie, kiedy okna były otwarte.
W czasie wojny ojciec robił cuda, żeby ratować żołnierzy. Z kartoflanych obierek gotowało się zupę. Był tam też Jaśko-cmentarnik, który pod moimi oknami przewoził przykryte prześcieradłami trupy. Krzyczał do mnie do okna.
Pacjentem w szpitalu był słynny śpiewak Opery Warszawskiej. Śpiewał piękne arie z Toski, Carmen czy innych oper, a w tle słychać było wołanie o pomoc. To był świat zupełnie surrealistyczny.
- Podpisuje Pan swoje prace Witold-K. Czy to dlatego, że Pana nazwisko jest za trudne do wymawiania w Ameryce?
- Nie. Siedziałem kiedyś u siebie w pokoju w Tworkach, chciałem namalować ciszę. Jak dodawałem na płótnie, to wychodziły chmurki, jak ujmowałem, to robiło się pusto, kolory znikały i wszystko stawało się szare. Aż w pewnym momencie nastała cisza. Wtedy podpisałem obraz i skończyła się cisza. Pomyślałem, że trzeba coś odjąć, skróciłem me długie nazwisko. I tak zostało.
- Robi Pan też scenografie do przedstawień teatralnych.
- Niedużo. Wiele lat temu miałem pomysł na dekoracje do baletu. Po 40 latach w Denver przedstawiłem te dekoracje i do nich zrobiliśmy balet. Stało się więc akurat odwrotnie: wpierw był projekt sceniczny, a potem do nich dopasowano przedstawienie - ezoteryczne, widmowe, tancerze pojawiają się i znikają, wszystko jest jakby chore, nieobliczalne, niekontrolowane...
- Czyli zbliżone do Pana malarstwa - trochę jak zabawki, jak świat dziecięcy, jak układanki...
- Tym się właśnie bawię jak dziecko. Całe życie, bo nie lubię pracować...
- Ale artystą jest się nieustannie, nie zaś od czasu do czasu, albo w określonych godzinach, jak ludzie, którzy chodzą do pracy... Czy jest Pan zaskoczony rezultatem własnej twórczości?
- Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że za życia wyjdzie jakaś taka książka. Z jednej strony to mnie szalenie cieszy, a z drugiej...
- Przypomnę, że mowa o albumie Witold K. at Sotheby's, wydanym z okazji wielkiej, prestiżowej wystawy w Amsterdamie.
- Jest to swoisty katalog aukcyjny, bo Sotheby's jest właśnie tego typu placówką. A ja przez lata nie zdawałem sobie sprawy z tego, że aukcje to jeden z najważniejszych chwytów reklamowych. Nigdy nie brałem udziału w żadnych aukcjach. Sprzedawałem obrazy wprost ludziom. Oczywiście, szło lepiej lub gorzej. W 1972 roku dostałem największy w moim życiu czek - na 36 tys. dolarów za jedną z moich prac.
Choć sprzedawałem swoje obrazy, to jednak tak naprawdę mnie nie było na rynku. Dopiero teraz zacząłem istnieć; artysta nie istnieje, jeżeli nie jest zanotowany na aukcjach. Dopiero teraz zaczyna poza moimi plecami handel moimi obrazami. Na aukcji w internecie znalazłem swój obraz z lat 60. do sprzedaży za 18 tys. dolarów. Chciałem go kupić, ale nie stać mnie na tak drogie obrazy. Kupiłem ostatnio okazyjnie i tanio swoje cztery małe obrazki i jedną rzeźbę; w Los Angeles kupiłem obraz z 1970 roku; nie widziałem go 38 lat.
Gdzieś tam paręset obrazów pozostało, na które nie mam żadnej dokumentacji, są bardzo ponure; tak malowałem na samym początku. Myślę, że kolory na mych płótnach w ogóle się szalenie zmieniły po moim pobycie w Nowym Jorku, Kalifornii, a zwłaszcza potem, od czasu pobytu w Nowym Meksyku. Nowy Meksyk ma wszystko złote - i niebo, i kolor ziemi. Trudno nie malować w sposób, w jaki wówczas zacząłem.
W moim życiu byli ludzie, którzy mieli ogromny wpływ na mnie i na moją sztukę, m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński. Mój ojciec leczył go z alkoholizmu. Poeta nie chciał być wśród innych pacjentów, więc ojciec ulokował go w moim pokoju. Wstawił mu łóżko. Oczywiście nie byłem z tego zadowolony.
Gałczyński robił na mnie wrażenie żółwia. Cały czas wychodził z tej swojej skorupy i nie można go było zatrzymać. Wtedy gadał, gadał i gadał. Kiedy się chował - nie można było z nim znaleźć kontaktu. Kiedy trzeba było kłaść się spać, bo ja musiałem iść na drugi dzień do szkoły, to on siedział do piątej rano i zachowywał się tak, jakby mnie nie było w pokoju.
Kiedyś przyjechałem z Krakowa, chyba mój pierwszy rok na akademii. Byłem zachwycony miastem, jeździłem do kościołów, robiłem szkice, fascynowali mnie akwareliści, jak Stanisław Noakowski. Zrobiłem parę litografii. Przyjeżdżam do domu, pokazuję ojcu. Stwierdził, że niezłe, ale muszę jeszcze nad sobą popracować. Pokazuję Gałczyńskiemu. Pyta mnie, co to jest. Odpowiadam, że wierny szkic kolumny. Wtedy on mówi: - Przecież ta kolumna już w rzeczywistości istnieje, więc po co ją rysować?
Dlaczego o tym wszystkim mówię? Właśnie dlatego, że nie chciałem analizować tego, co maluję, nie chcę rozprawiać o swej sztuce, tylko chcę opowiedzieć o mym życiu, czego byłem świadkiem, co przeżyłem. Życie artysty i jego sztuka jakoś się ze sobą wiążą. Ale szukanie tych związków i zależności już nie do mnie należy.
*Tekst jest spisaną wypowiedzią Witolda-K. ze spotkania w Księgarni/Galerii Nowego Dziennika, które odbyło się 23 kwietnia br. Z artystą rozmawiał Czesław Karkowski.

