Przegląd Polski
28 grudnia 2007
|
|
- Rytmy Nowego Jorku - Grażyna Drabik
- Nirwana? - Andrzej Grabkowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
RYTMY NOWEGO JORKU
Istota rzeczy

Santa Claus już krąży od miesiąca jak zły duch po mieście. Zły, bo gdzie tam on "santa". Tłum płatnych Mikołajów, jak szarańcza wszechobecnych.
Kiedy się o nich potykam na każdym kroku, traktuję jak plagę. Lecz tak sobie myślę, że gdyby całkiem zniknęli z miejskiego pejzażu, może by mi ich zabrakło. Oto komfort rytuałów. Nadają formę płynności czasu.
Ledwo zdążyliśmy posprzątać po biesiadach Święta Dziękczynienia, a już czerwienią się rubaszki Mikołajów. W oknach mieszkań i sklepowych witrynach błyskają świąteczne światełka. Zwykle, zaraz w sobotę po czwartku Thanksgivings młodzi ludzie z dalekiej północy zaczynają budować drewniane stojaki dla świerczków i jodełek.
W tym roku sobota przeszła, niedziela i poniedziałek, a choinek nie ma! Ani znaku przybyszów na rogu Broadwayu, który na cały grudzień zamienia się w pachnący zagajnik. Wreszcie! O tydzień spóźnieni, ale są. Pachnie jak należy. Zieleni się, aż oko cieszy. Rzeczy wróciły do właściwego porządku.
Przynajmniej w tym roku. Bowiem przybysze z Kanady wyjaśniają, że spotkały ich kłopoty na granicy - po raz pierwszy, jak jeżdżą do Nowego Jorku od dziesięciu już lat. Celnicy zatrzymali transport drzewek, odmawiając przewoźnikom pozwolenia wjazdu jako "obcym, którzy zabierają pracę Amerykanom".
Tak to echa wielkiej polityki uderzają w maluczkich. Komu szkodzi, że młodzi z Montrealu, często wolni strzelcy artyści, dorabiają sobie nieźle przez te kilka tygodni? Przecież nowojorczykom widać to potrzebne, bo drzewka znikają szybko.
***
Choinka kojarzy się ze wszechobecnością muzyki - we wszystkich kościołach i salach koncertowych. Wspomnę więc i ja o muzycznych wydarzeniach, lecz nie całkiem typowych dla świątecznego sezonu. A więc, nie będzie tu o koncercie "Boże Narodzenie po holendersku" (Early Music New York, pod batutą Fredericka Renza, St. John the Divine, 16, 23 i 24 grudnia); ani o muzyce bożonarodzeniowej Czajkowskiego i Mendelssohna w wykonaniu zespołu o fantastycznej nazwie Burning River Brass (Galeria Sztuki Średniowiecznej w Metropolitan Museum, 19 grudnia); ani o Mesjaszu Handla (Filharmonia Nowojorska, 20 grudnia); czy O Magnum Mysterium Vivaldiego i Poulenca (w pięknym kościele św. Ignatiusa Loyoli, 24 grudnia)...
Będzie o greckiej Ifigenii (z francuska zwanej Iphigénie, która raz jeszcze odwiedziła Nowy Jork. Raz jeszcze, bo jesienią zjawiła się w tetrze La MaMa, przyjeżdżając z zespołem Gardzienice, oraz w Signature Theatre, w wersji dawnego mitu zaproponowanej przez Charlesa L. Mee. Duch jej unosił się także nad Elektrą w wykonaniu aktorów Teatru Narodowego Grecji. Tym razem przybyła jednak nie z Aulidy, lecz z Taurydu, przywołana wspaniałym głosem Susany Graham (mezzosopran).
Przybyła triumfalnie - w nowej inscenizacji opery Glucka Iphigénie en Tauride, przygotowanej przez Stephena Wadswortha, z Thomasem Lynchem (scenografia), Martinem Pakledinazem (kostiumy) i Neilem Peterem Jampolis (oświetlenie). Wymagania, jakie muzyka Glucka stawia orkiestrze i solistom, sprawiają, że opera jest bardzo rzadko wystawiana. Nowojorska premiera odbyła się w 1916 r., 137 lat po paryskiej. Przedstawienia w tamtym sezonie (tylko pięć), z Melanie Kurt i Hermannem Weil, to był jedyny raz, kiedy słyszano ją w USA.
W obecnej inscenizacji dwóch wielkich solistów w pełnej glorii swej mocy - Graham jako Ifigenia i Plącido Domingo jako Orestes (jest to 125. rola słynnego tenora!) - znalazło świetnych partnerów: Paul Groves z liryzmem śpiewał jako Pylades, wierny przyjaciel Orestesa. William Shimell potężnym barytonem domagał się krwawych ofiar jako Toasa, władca barbarzyńskiej ziemi, gdzie znalazła się Ifigenia, gdy została uratowana - według tragedii Eurypidesa - przez boginię Dianę (Artemidę). Uwzniośla te solowe głosy porywająca gra orkiestry pod batutą Louise'a Langrée.
Łagodnie melodyjny menuet otwierający operę przemienia się w muzyczny sztorm oddający szaleńczy niepokój natury, rozpraszającej statki na morzu, jak również ten panujący w sercu Ifigenii. W czasie snu gnębią ją majaki i niespokojne wizje. Na jawie - pamięć czynów ojca i matki, tęsknota za ukochanym bratem i okrutna samotność. Kiedy los sprowadzi Orestesa do Taurydy, splatają się dramatycznie losy tych dwóch zagubionych istot, szlachetnych lecz przywalonych przekleństwem ciążącym nad ich rodziną. (Iphigénie en Tauride, premiera 29 listopada, Metropolitan Opera.)
***
Jako przeciwwagę dla tych pogańskich fatalizmów proponuję widowisko pełne pozytywnej - i świątecznej - energii. Classical Theatre of Harlem, od lat ambitnie działający pod kierunkiem Alfreda Preissera i Christophera McElroena, wziął na kanwę musical Black Nativity, przygotowany w 1961 r. przez wybitnego poetę Langstona Hughesa.
Preisser umieścił akcję - to znaczy historię narodzin Jezusa - w realiach mocno podupadłej 42. Ulicy w latach 70. ub. wieku. Dobrał śpiewaków, którzy sprawdzają się w partiach solowych i w chórze. Sprowadził z Kenii anielsko wyglądający i nieźle śpiewający zespół dziecięcy Shangilia Mtoto wa Africa. Oddał oprawę widowiska w ręce Troya Houriego (scenografia) i Kimberly Glennon (kostiumy), którzy przybrali je w oszałamiające wręcz kolory. Atrakcyjną rolę narratora-pastora przejął André De Shields, aktor z bogatym doświadczeniem na Broadwayu i off-, królujący nad całością z wielką werwą.
Niewiele tu treści, oprócz oczywiście ewangelijnej paraboli, lecz mnóstwo muzyki i śpiewu - w rytmach funk i soul, bluesa i najautentyczniejszych gospels. A taki śpiew - podobnie jak polski góralski - potrafi podnieść dach kościoła. Tu też dach się prawie unosi, i robi się trochę lżej na sercu. (Black Nativity, premiera 30 listopada, przedstawienia do 30 grudnia, The Duke Theatre, 229 W. 42nd St.)
***
Na koniec roku wypada mi jeszcze pożegnanie z osobą bliską, choć nie przez osobistą znajomość, lecz przez słowo pisane i powinowactwo społecznych zaangażowań. Biografia Grace Paley reprezentuje to, co najlepsze w Nowym Jorku: otwartość na świat, aktywne poszukiwania twórcze, wytrwałość wobec przeciwności, trochę zdrowej ironii i wiele sympatii dla ludzkich słabości.
Jako pisarka, Paley potrafiła oddać skomplikowaną codzienność Nowego Jorku w sposób zdumiewająco prosty a przekonujący. Wybrała opowiadanie i zwięzły, antymetaforyczny wiersz, i przez pół wieku z konsekwencją uprawiała to stosunkowo skromne poletko. Działalność pisarską łączyła z dydaktyką (była profesorem Sarah Lawrence College) oraz aktywnością polityczną w imię praw człowieka i równości społecznej, w upartym działaniu przeciw wojnie. Była też współzałożycielką Teachers and Writers Collaborative, organizacji starającej się propagować literaturę w szkołach. Jak to sama wyraziła: "Uważaliśmy, że dzieci - pisząc, układając słowa, czytając, ucząc się cenić dobre książki czy też grę wyobraźni, słuchając siebie wzajemnie - mogą zacząć lepiej rozumieć świat i same budować lepszy świat".
Jej sylwetka wyraziście wpisała się w pejzaż Greenwich Village oraz w Thetford Hill w Vermoncie, jej drugim domu. Zmaltretowana długą chorobą (rakiem piersi), mimo ciężaru lat (miała już przeszło 80), nadal brała udział w protestach przeciw wojnie w Iraku. Drobniutka, z siwą czupryną jak aureola otaczającą głowę, stała na podium mówców czy na rogu ulicy z plikiem ulotek w dłoni, z szelmowskim błyskiem w oku. Jej uśmiech miał magiczną moc, dodawał otuchy, przypominał, że nie można wątpić w słuszność działania nawet w przegranej sytuacji. Tak podchodziła do polityki. Tak walczyła z wrogiem we własnym ciele.
Jej opowiadania miały podobną siłę przyciągania. Pulsowały słowem mówionym, często budowane prawie całkowicie z dialogu. Czytając je, jakbyś włączała się w bystro toczącą się konwersację. Wśród najzwyklejszych realiów codzienności potrafiła zasugerować dramat wielkich rozczarowań i niewielkich, lecz znaczących zwycięstw. Słychać w nich głosy sąsiadów z Bronksu, robotniczej dzielnicy jej rodziców (emigrantów z Ukrainy): Włochów, Irlandczyków, Żydów ze wschodniej Europy, Latynosów. Słychać echa jidysz, języka jej dzieciństwa. Aż się prosi, żeby te dialogi, jak scenki z życia, czytać na głos.
To życzenie spełniło się w czasie grudniowego spotkania dla uczczenia pamięci pisarki, która zmarła w sierpniu. Jakby posłuszni temu ponaglaniu zawartemu w tekstach Paley, większość pisarzy-przyjaciół zamiast własnego tekstu wybrało do przeczytania parę wierszy czy któreś z jej opowiadań.
Wieczór pamięci zamienił się w wieczór żywego słowa. Tym bardziej wzruszający, że odbył się w rocznicę jej urodzin. Ze zdjęcia wyświetlonego nad sceną wypełnionej po brzegi sali żegnał nas jej uśmiech. ("A Tribute to Grace Paley", 12 grudnia w New School, W. 12st St.).

