Przegląd Polski
23 listopada 2007
- Przekraczając bariery. Retrospektywa Jerzego Skolimowskiego - Łukasz Dziatkiewicz
- Rozkołysany księżyc na carskim tronie - Joanna Sokołowska-Gwizdka
- Kawaler nie znaczy mnich. Miłosne perypetie Mieczysława Grydzewskiego - Aneta D. Jadowska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Miejsce pod gwiazdami
Drodzy Czytelnicy! Droga Redaktorko! I wy, Drogie Korektorki. Stało się. Nie czuję rytmu. Rytm sobie poszedł i jeszcze nie wrócił. Może i ja sobie pójdę, a na to miejsce wpuszczę przyjaciela, niech mi w biedzie radzi. Roman Sabo-Walsh właśnie napisał do mnie kolejny list z Vancouver, z miasta kojarzącego się dziś Polakom z tragedią rodaka-emigranta, byłego górnika, potraktowanego przez kanadyjską policję niczym górnicy kopalni "Wujek" przez ZOMO. Temat zbyt poważny, by o nim pisać w felietonie. Poza tym nie czuję dziś rytmu. Idę więc, ustępując miejsca przyjacielowi. Romek też w pewnym miejscu pisze, że i on nie czuje rytmu, ale gdzie mu tam do mojego nie-czucia-rytmu! Idę więc, a Romek pisze w jednym z listów:
"Idę, schodzę, miasto przede mną, góry nad miastem. Słota, jesienna słota. Góry w szalach chmur, trawniki, niezmiennie zielone, w łatach liści. Czerwień, brąz, pomarańcz i ten nieopisywalny kolor azjatyckich klonów, nad którym van Gogh zastanawiałby się całymi tygodniami - głęboki, nieokreślony, nieznany paletom najlepszych nawet kolorystów.
I schodzę do miasta, a miasto pod moimi stopami i diabli mnie biorą, inaczej niż wielkich romantyków, bardzo pospolicie, współcześnie. Schodzę, a miasto w tiulach chmur i mgieł. Niebo stalowoszare, z prześwitami. Tło dla czerwieni klonowych liści, pomarańczowości głębokich liści czereśni, i tych nieopisanych kolorów azjatyckich klonów, w które van Gogh zapatrzyłby się na pewno i głęboko, a które barwą nie są, tylko spektrum całym, gamą całą koloru, który żółty nie jest, pomarańczowy nie jest, czerwony nie jest, brązowy nie jest, a mimo to jest - piękny, głęboki, spektralny, chopinowy.
A mnie diabli biorą. Tyle późnojesiennego piękna. Tyle piękna. A wszystko tak wyraziście kontrastami obrysowane. Czerwień na tle zroszonej stali. Żółć na tle wilgotnej trawy. Tylko moja wyobraźnia niczym nie obrzeżona jak mleko z butelki wylane.
Nie czuję rytmu. Poniewiera mną bylejakość. Męczy mnie jałowość umysłu. Jakbym spał. A miasto dookoła mnie piękne, jak ogród. A ulice - aleje drzewami wysadzane. A kolory. A kontrasty. Złoto ogromnych klonowych liści. Brąz wielopalczastych liści kasztanowców. I żółć niewielkich liści osiki, cienką nitką wzdłuż krawędzi omszałego płotu przez wiatr usypanych. Krucza czerń kruka dziurawiącego swoimi podskokami zieloność trawnika".
Ja dalej nie czuję rytmu, więc wczytuję się, wsłuchuję w rytm zdań z innego listu: "A kiedyś była to dziura zabita dechami. Tak niewiele się tutaj działo. Eksperymentem wstrząsającym tutejszego świata fundamentami był uniwersytet na szczycie wzgórza całkowicie odlany z betonu. Dziełem sztuki wyższej gnijące po lasach totemy.
Jak w większości młodych miast nowego świata płaskie oblicze tego prowincjonalnego miasta szpecił wyprysk śródmieścia, głównie biurowcami ku niebu wzlatujący. A że niebo niskie tu zazwyczaj, chmurami przesłonięte, tak i wzlot niezbyt niebosiężny, ot kamyk z procy wystrzelony. Działki, ogrody, sady owocem rozmaitem jesienią o ziemię bijące, drzew całe mnóstwo, a z tyłu za domami przejazdy, których i najbardziej malowniczo dechami wiocha zabita by się nie powstydziła.
I takie było sobie to miasto, przez Malcoma Lowry'ego w Pod wulkanem w jednym zdaniu opisane jako najpiękniejsze miejsce pod gwiazdami. Pod gwiazdami, gdyż częściej są tu gwiazdy widoczne niż słońce. Ciche, spokojne, wiochowate, trochę wstydzące się dostatku, nieostentacyjne, bardzo z brytyjska upper lip sztywno się noszące. Bezpieczne. Kto by kogo bić chciał? Okradać? Po co? Z czego? Ludzie w autobusach ze sobą rozmawiali, na ulicy serdecznym hello witali całkowicie sobie nieznanych przechodniów.
Lata temu w wierszu przyjaźń rejestrującym napisałem: Pani Jaga nie zamyka drzwi. Rzeczywiście, nie zamykała. Nie miała takiej potrzeby. A potem przyszło nowe. Najpierw były połamane drzewka. Kilka lat temu doszło do śródmiejskiej demolki przez bandy rozczarowanych kibiców, gdy miejska drużyna hokejowa nie zdobyła pozłacanego garnka, zwanego jakimś tam pucharem. Poszły szyby wystawowe, znaki drogowe. Pisk, gwizd, policja z psami i na rączych rumakach, gazy łzawiące i tłumu metodyczne pałowanie. Wstyd pisać, że zasłużone.
Ale dlaczego tego biednego emigranta z powiatowej Polski rozstrzelano na miejskim lotnisku z pistoletów ziejących wysokim napięciem nikt nie wie, nikt nie rozumie. Awanturował się, to prawda. Krzesłem nawet rzucił po sześciogodzinnym przetrzymaniu na terenie niczyim, w szał wpadł. A trzech umundurowanych dryblasów, wypoczętych i wyszkolonych, zamiast go na łopatki rozłożyć i do zdrowego rozsądku przywrócić, broń elektryczną z kabury i jak na strzelnicy - pif, paf".
W tym miejscu listu Romka odzyskałem rytm. Ten tekst zatoczył koło niczym samolot nad lotniskiem, którym przyleciał Robert Dziekański. Ale już jest za późno na rozpoczynanie czegokolwiek od nowa. Tego felietonu, tamtego życia. Rytm, jak wszystko co dobre, przychodzi za późno...

