Przegląd Polski
23 listopada 2007

Kawaler nie znaczy mnich

Miłosne perypetie Mieczysława Grydzewskiego

ANETA D. JADOWSKA

Kim była brunetka w kapelusiku, z którą Mieczysław Grydzewski sfotografował się na plaży?

Mieczysław Grydzewski, redaktor londyńskich Wiadomości, wcześniej Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich i przedwojennych Wiadomości Literackich, Skamandra, Pro Arte, obrósł w legendę. Korektorski dyktator, pracoholik spędzający całe dnie w czytelni British Museum, popołudnia w redakcji... i tylko o nocach nic nie wiadomo. Miał Grydzewski życie prywatne czy rzeczywiście wiódł mnisi żywot rozpięty między księgi a Wiadomości? Nie był żonaty, co nie wyklucza aspektu uczuciowego jego biografii. Wszak śluby czystości w fachu redaktorskim nie są obowiązkowe. Może więc z premedytacją w owe niedyskrecje się zagłębić, by na pomniku redaktora - nie, nie rysę bynajmniej - ale odrobinę koloru i ciepła (spiżowi kolor nie szkodzi) zostawić ?

Z korespondencji z przyjaciółmi i ich wspomnień (tych swobodniejszych i dalekich od hagiografii) wyłuskać można informacje o prywatnym życiu redaktora, jego upodobaniach, fascynacjach, a nawet o życiu miłosnym - choć tu, jak przystało na dżentelmena, żadne (prawie) nazwisko nie pada.

Spójrzmy na "Grydza" oczami kobiety. Ze zdjęć z lat 20. ub. wieku spogląda młodzieniec, który może się podobać. Ciemne włosy, miękkie rysy, czarne, błyszczące oczy. Dodajmy atut największy- intelekt. Oczytany student historii, redaktor pism, które zaczynały się liczyć - to wystarczy, by zainteresować niejedną kobietę. Wreszcie, otaczali go przyjaciele: posągowy Iwaszkiewicz, chłopięco-męski Wierzyński, błyskotliwy i dowcipny Lechoń, charyzmatyczny Tuwim i czarujący głosem i ciętym językiem Słonimski. Kobiety nie mogły oprzeć się takim wdziękom i przy stoliku skamandrytów, na półpiętrze Ziemiańskiej, pięknych dziewcząt nie brakowało. Poeci poślubiali najładniejsze i najbardziej interesujące, czego dowodem są Stefcia Tuwimowa, Halina Wierzyńska, Hanna Iwaszkiewicz, Janka Konarska (żona Słonimskiego). Dwóch tylko pozostało w stanie kawalerskim - Grydzewski i Lechoń (homoseksualizm tego ostatniego był tajemnicą poliszynela).

Grydzewski miał opinię konesera, tyle że... nieśmiałego. Jedną z przyczyn nieśmiałości była zapewne wada wymowy, która (choć po latach przyjaciele wspominali jego seplenienie jako urocze) nie ułatwiała młodzieńcowi kontaktów z kobietami. Nieśmiałość towarzyszyła mu do końca, często opacznie brana za gburowatość. W opowieściach o przedwojennej Warszawie pojawia się Grydzewski otoczony airedale terrierami - Vossem, Fugą i ich potomstwem - a nie kandydatkami na żony czy kochanki, co nie znaczy, że ich nie było. Na drobne niedyskrecje dotyczące tamtego okresu Grydzewski pozwolił sobie dopiero po latach. 21 III 1962 pisał do Stefanii Kossowskiej:

"Z Dziejami grzechu jestem związany w bardzo romantyczny sposób. Otóż Ewa zamieszkała w Nicei w hotelu Suisse. W tym właśnie hotelu przeżyłem - jakby się tu najdelikatniej wyrazić? - przełomową chwilę w życiu każdego człowieka, kobiety i mężczyzny. Ta przełomowa chwila za dawnych czasów mieściła się w ramach - niech im będzie, tym ramom - nocy poślubnej.

Przepraszam za nieskromne zwierzenia i łączę serdeczne słowa

M. Grydzewski" 1).

Kiedy odwiedził Niceę? Zapewne w latach 20. lub 30. ub. wieku, kiedy było to popularne miejsce wakacyjnych wyjazdów, kuszące dobrą pogodą i rozsądnymi cenami. Przedwojenna przeszłość redaktora kryje jeszcze jedną tajemnicę - uroczą brunetkę. Na jej ślad natrafić można przeglądając prywatne zdjęcia Grydzewskiego. Na jednym z nich stoi boso na plaży, w kąpielowym płaszczu, trzymając pod rękę śliczną dziewczynę w kwiecistym zawoju i kapelusiku. Ta sama dziewczyna towarzyszy mu w plenerach ośnieżonej Krynicy. Mogła być krewną, znajomą z Ziemiańskiej, guwernantką kuzyniąt, ale Grydzewski sugeruje inny typ relacji. W grudniu 1955 r. posłał zdjęcie Kazimierzowi Wierzyńskiemu, który bardzo się uroczą brunetką zainteresował:

"Dziękuję Ci (...) za załączoną fotografię, która była bardzo miłą niespodzianką. Tylko kto to taki, ta pani? Sądząc po twoim wyglądzie i bujnej czuprynie, fotografia pochodzi z czasów, kiedy należałeś niepodzielnie do mnie. Jakże więc mogę nie wiedzieć z kim się zadawałeś, kto chodził z tobą pod rękę i z kim się kąpałeś? Pejzaż przypomina mi trochę nasze bałtyckie wybrzeże, ale mógłby być też w Nicei, a nawet na Korsyce. Słowem gubię się w domysłach, tem bardziej, że ona ma oczy zamknięte, nie mogę więc nic z nich wyczytać. Zaczyna mnie to nawet niepokoić, bo jeśli Rhoda, która otwierała oczy, wyjeżdża do Hiszpanii, może ty przerzuciłeś się w odległą przeszłość i gonisz za oczami, które miały zwyczaj się zamykać? Proszę cię, nie drażnij mnie i napisz natychmiast wyczerpujący komentarz" 2).

Wielka szkoda, że nie mamy listu z owym wyczerpującym komentarzem, który rozwiałby wszelkie wątpliwości. Czy była to Nicea (i czy to wtedy...?), czy Jastarnia, jak sugeruje Stefania Kossowska na odwrocie fotografii? Kim była brunetka w kapelusiku? Nie była znajomą skamandrytów, bo Wierzyński by ją pamiętał. Związek plażowiczów musiał być otoczony tajemnicą albo trwał zbyt krótko, by przyjaciele zdążyli ją poznać. Faktem jest, że ta niewyjaśniona historia zafrapowała poetę. W tym przypadku pozostają domysły. W korespondencji Grydzewskiego i Lechonia utrwalił się jednak wyraźny ślad miłosnego afektu, jakim Grydzewski obdarzył ich wspólną znajomą, Zofię Rajchmanową - niezwykle urodziwą i magnetyzującą wewnętrznym urokiem. Grydzewski zwierzał się przyjacielowi, który był "kupidynem" tego romansu. Po wybuchu wojny, po ewakuacji z Polski, Grydzewski zatrzymał się u Lechonia w Paryżu i pozostał tam dziewięć miesięcy. W liście z 16 marca 1941 r. wspomina ten okres:

"Wbrew grozie wszystkiego, co się działo - [zaliczam go] do najpiękniejszych, najbardziej - nie wiem jak to wyrazić - pełnych uroku okresów mojego życia. [...]

Drogi Leszku, będę szczery do końca. Pod Twoim dachem, z Twej w pewnym sensie ´zachętyß i pod Twoją opieką zrodziło się uczucie - do jakiego - nie przypuszczałem - będę zdolny i które nie należy, niestety do przeszłości, a które - nie przypuszczam miało przyszłość" 3).

Zofia była mężatką, żoną polityka sanacyjnego, byłego ministra Henryka Rajchmana. Co więcej, wkrótce rozdzielić miał ich ocean. Rajchmanowie z Tuwimami i Wierzyńskimi wyjechali przez Portugalię do Nowego Jorku. Lechoń najwidoczniej usiłował pocieszyć przyjaciela, bo ten pisze:

"W Twoim pierwszym liście znalazłem parę słów, które powinny mnie ucieszyć, o ile nie są przez Ciebie - na pocieszenie przyjaciela - wymyślone. Nic nie wiem co się z tą uroczą osobą dzieje. Pozdrów ją najserdeczniej wraz z całą rodziną ode mnie. Nie pisałem, bo nie odpowiedziała na mój list do Portugalii, więc nie wiem, czy życzy sobie ze mną korespondencji [...] nie chcę ukrywać, że przy spotkaniu z czymś, co jak proustowskie ´madeleinkiß wywołuje obrazy przeszłości, szaleję z tęsknoty".

Romans, czy już tylko wspomnienie o nim, utrzymywała korespondencja. Grydzewski pozostał wierny zasadzie "bądź dyskretny w swoich niedyskrecjach". W archiwum Wiadomości znajdują się tylko dwa listy Zofii Rajchmanowej, pochodzące z 1965 r. Czy wcześniejsze Grydzewski zniszczył, jako zbyt intymne? Czy to z powodu Zofii snuł tuż po wojnie plany wyjazdu do Ameryki? Z listów Grydzewskiego i Lechonia można się domyśleć dalszych losów tego afektu. Redaktor pisał do ukochanej listy, coraz częściej nie otrzymywał odpowiedzi lub przychodziły one z opóźnieniem. Wśród przyjacielskich żartów wyczuwa się jego przygnębienie. Lechoń tłumaczył nieczułość czy korespondencyjną opieszałość Zofii chorobą jej męża i kłopotami, które na nią spadły, namawia przyjaciela na przyjazd do Ameryki. W kolejnych listach Lechoń zdaje relacje z najnowszych ploteczek o bogdance redaktora, w tym o jej kolejnym romansie (z bogatą lesbijką) i niesłabnącym powodzeniu. Grydzewski ze smutkiem cytował Hannę Iwaszkiewiczową: "wolę żeby Jarosław latał za chłopcami niż za dziewczynami". Na ile uczucie wciąż było żywe, a na ile była to już gra między nim i Lechoniem, polegająca na podtrzymaniu konwencji romansu? W liście z 22 lipca 1950 r. Lechoń pisał:

"Zosia (nie będę przed Tobą tego ukrywał) przechodzi okres powodzenia, jakiego nigdy nie miała w życiu. Pewno trochę się zmieniła, ale ja tego nie widzę. Jako najbliższy jej sąsiad, widuję ją bardzo często, co jest okazją do wspominania niewiernych wielbicieli - bo gdybyś był wierny, byłbyś oczywiście dawno tutaj".

Grydzewski odpisuje krótko:

"A co bym robił w Ameryce nawet przy minimum egzystencji, zwłaszcza jeżeli Zońcia, o czym nigdy nie wątpiłem, ma powodzenie. Wiesz jak jestem zazdrosny i jak jeden Mikuś czy Wiluś wyprowadza mnie z równowagi. Nie wiem zresztą, po co o tym pisałeś. [...] Pamiętasz Otella: ´Niechby ją miał cały obóz, byłem ja o tym nie wiedziałß. Mądre i męskie".

I w jednym z późniejszych listów:

"Co do przyjazdu, nie mam wielkiej ochoty. Już sama myśl o ilości wielbicieli niedobrej Z.R. napawa mnie przerażeniem. Ja nie Odyseusz, a ona nie Penelopa. Niestety".

A jednak pamięć o Zofii pozostała. Świadczy o tym antologia wierszy miłosnych, którą przygotował z myślą o niej, choć nigdy nie wydał. W liście do Lechonia wyznaje, nie bez goryczy:

"Myślę, że gdybym zobaczył Zońcię na nowo, wszystko by wróciło, co nie znaczy, bym nie miał tutaj różnych przeżyć, które mnie wiele zdrowia kosztowały. Niestety, z powodu strasznej zazdrości, którą obserwował już z przestrachem mój ojciec, udzielając mi rady, bym się nie żenił, czego normalnie ojcowie sobie raczej życzą, jedynym towarzystwem odpowiednim dla mnie są dziewczynki, choć potrafię być zazdrosny nawet o dziewczynki. Najokropniejsze, że gdybym jakimś cudem znalazł się w Ameryce, byłbym nieszczęśliwy zastawszy nowych Mikusiów, Wilusiów czy Franców Józefów, a przecież to jest naturalny porządek rzeczy, którego nie zmieni nawet bomba atomowa".

W 1951 r. Zofia została wdową. Temat wizyty Grydzewskiego w Ameryce powraca, ale do niej nie dochodzi. Czas oczekiwania na kolejne listy od Zońci wydłuża się. Po 1951 r. w korespondencji przyjaciół wzmianki o niej stają się sporadyczne. Listy Zofii do Grydzewskiego z 1965 r., ocalone w archiwum Wiadomości, zdradzają sympatię, ale to cień dawnego uczucia. Wyczuwalna jest nuta melancholii:

"W zeszły piątek miałam party na 18 osób z racji nowego mieszkania. Była Marychna dawna Beckowa. Popatrzyła na mnie i powiedziała: wiesz, myślę, że z dawnych znajomych to nikt by już nas nie poznał. Pomyślałam nad tym, coś kiedyś napisał, że zobaczyć po 23 latach ongiś przystojną kobietę może być szokiem. Na przykład Matuszewska wygląda tak przeraźliwie, że od razu chce się od niej uciec bez zamienienia uśmiechu [...] Nie wiem czy się kiedykolwiek w życiu zobaczymy, ale wiem, że jesteś mi bardzo drogi, ściskam Zosia" 4).

Redaktor Grydzewski do śmierci pozostał starym kawalerem. Co roku jeździł do Paryża, gdzie przez lata odbywał, jak to określał, "pielgrzymkę na rue des Marronniers", miejsce, które w pamięci wiązał z Zońcią. o

Przypisy

1) List ten znajduje się w Archiwum Wiadomości w Archiwum Emigracji w Toruniu. Reprodukowany jest w świeżo wydanym Inwentarzu Wiadomości jako 63. pozycja ilustracyjna.
2) Cytat z listu Kazimierza Wierzyńskiego pochodzi z wydania Z listów do Mieczysława Grydzewskiego 1946-1966. Wybrał i wstępem opatrzył Rafał Habielski, Londyn 1990.
3) Wszystkie cytaty z listów Grydzewskiego i Lechonia pochodzą z: Mieczysław Grydzewski, Jan Lechoń, Listy 1923-1956, t. I-II. Z autografu do druku przygotowała, wstępem i przypisami opatrzyła Beata Dorosz, Biblioteka "Więzi" Warszawa 2006 (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika, cena za oba tomy 37 dol.).
4) Listy Zofii Rajchman do Mieczysława Grydzewskiego nigdy nie były publikowane, są w archiwum Wiadomości w Archiwum Emigracji w Toruniu.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail