Przegląd Polski
9 listopada 2007
- Filmowe plany Jana Karskiego - Stanisław M. Jankowski
- Pisanie jest czynnością prywatną - Z Adamem Zagajewskim rozmawia Barbara Gruszka-Zych
- Debiut - spełnienie marzeń - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
W obronie gospodyń domowych
Listopad to dla Polaków niebezpieczna pora, ale nie dla gospodyń domowych, unieśmiertelnionych przez zmarłego przed 50 laty (15 listopada 1957 r.) krakowskiego poetę Andrzeja Bursę. Pisał w wierszu Funkcja poezji: "Poezja nie może być oderwana od życia/ Poezja ma służyć życiu// Gospodyni domowa powinna:/ wytrzeć kurze/ wynieść śmieci/ wymieść/ spod łóżka/ wytrzepać dywan/ nakarmić dziecko/ pójść po zakupy/ podlać kwiatki/ napalić w piecu/ przyrządzić obiad/ wymyć rondle/ wypłukać szklanki/ wyprać pieluchy/ zaszyć spodnie/ przyszyć guzik/ zacerować skarpetki/ zapisać wydatki/ i jeszcze/ zrobić/ tysiąceinnychrzeczyoktórychniemamy-pojęcia/ a potem lektura wielkich romantyków/ i lu-lu...".
Te tysiące innych rzeczy, o których nie mamy pojęcia, zapisane na jednym oddechu - to literacka synteza losu nie tylko w ogóle nieszanowanych w naszej kulturze gospodyń domowych, to alegoria losu bardzo wielu kobiet, dźwigających na swoich wątłych barkach ciężary, pod którymi załamaliby się najwięksi mocarze - łącznie z Agatą Wróbel, mistrzynią podnoszenia ciężarów, a urodzoną 28 sierpnia 1981 r., w czasach, gdy w Polsce jeszcze rosły nadzieje na poprawienie losu gospodyń domowych i nie tylko...
Poza trochę dziś niesłusznie zapomnianym Andrzejem Bursą losem gospodyń zainteresował się już prawie nikomu nieznany Szymon Szymonowic, poeta okresu renesansu. Ale i on w swoich Sielankach wcale niesielankowo potraktował polskie gospodynie, pisząc: "Rzadka to rzecz na świecie dobra gospodyni,/ Zwłaszcza bez męża rzadko która nie łotryni". Nie wiem, czy pisał tak dlatego, że w roku 1575 studiował w Akademii Krakowskiej na wydziale sztuk wyzwolonych, wyzwalając przy okazji biedne gospodynie z więzów cnoty: "I lata nie uskromią: zarówno szaleje/ I ta, co na świat idzie, i ta, co siwieje"... To jeszcze mogę zrozumieć, ale dlaczego brak męża w kobietach z przełomu XVI i XVII wieku miał wyzwalać ciągotki łotrzykowskie?
Mnie interesują wszak inne braki, na przykład brak w literaturze polskiej dowodów na poważne traktowanie kobiety-tarczy i miecza każdej rodziny. Toteż staję dziś w obronie gospodyń domowych, także dlatego, że uważam ich los po części za swój. Sam od pewnego czasu mam status gospodyni. Status ten niestety nie ma wysokiego prestiżu społecznego, aczkolwiek zapewnia mojej rodzinie nędzne obiadki (wiedzą o tym moi przyjaciele, których zaczęło ubywać, odkąd zacząłem gotować). A nie ma dla mnie większej przyjemności niż wkładanie naczyń do zmywarki, wkładanie rury do otworu w ścianie (w celu odkurzenia) oraz inne serwisy, jak mycie okien i przemywanie duszy strofami poetów. I muszę otwarcie wyznać, że jestem dumny ze swojego podstawowego zajęcia (bo pisanie tych felietonów to hobby, niemające znaczenia w budżecie).
Z przeprowadzanych w Polsce sondaży wynika, że blisko trzy czwarte badanych większym szacunkiem obdarza kobiety pracujące zawodowo niż gospodynie. Tymczasem kura domowa tyra na kilkunastu etatach. Jest kucharką, praczką, sprzątaczką, kochanką, damą do towarzystwa, bawi dzieci, jest specjalistką w dziedzinie domowych finansów itd. Za swoje usługi nie otrzymuje jednak żadnej zapłaty, nie ma też prawa do emerytury, i w ogóle niewiele ma praw. Na szczęście nie wszystkie panie poddają się naznaczonemu im miejscu w patriarchalnym społeczeństwie. Głogowskie gospodynie domowe ze Stowarzyszenia Zawsze Zdrowa i Aktywna walczą o uznanie swojej pracy za pracę, za którą chciałyby otrzymywać 1200 złotych miesięcznie. Popieram je całym piórem i - mopem. Tym bardziej że nikogo dotychczas - poza poetami, ale oni, jak wiadomo, w chmurach - sytuacja materialna gospodyń domowych nie obchodziła. I nadal nie obchodzi, bo rząd nie ma pieniędzy, choć podobno ma dobre chęci.
Zdesperowane gospodynie domowe (to także nazwa gry komputerowej) grają w otwarte karty: najpierw wypłata, a potem sałata i cerowanie skarpetek. Mają sojuszniczki za Bugiem: w Rosji działa już Międzyregionalny Związek Zawodowy Gospodyń Domowych, na pewno założony przez służby specjalne, by pachniało w rosyjskiej kuchni politycznej demokracją. Związek chce walczyć o zapłatę, prawo do emerytury i ubezpieczenia dla 35 milionów rosyjskich gospodyń domowych. Przewodnicząca związku twierdzi, że przepisy prawne są sformułowane zgodnie z męskim poglądem na świat. I ja się z nią zgadzam. Rosyjskie panie gotowe na wszystko - Desperate Housewives, by użyć tytułu amerykańskiego serialu - zostały zainspirowane z Polski, bo jak zawsze w historii wszystko co najgorsze docierało tam od nas.
Wierzę, iż sześć milionów polskich gospodyń domowych, niedocenianych przez partnerów, wybije się z czasem na niepodległość (finansową). I wtedy wezmą sobie takich jak ja felietonistów i wierszokletów na gospodynie domowe. Korzyści będą obopólne, zapewniam. Bo jak pisał Bursa już pół wieku temu, "Poezja nie może być oderwana od życia/ Poezja ma służyć życiu"...

