Przegląd Polski
26 października 2007
- Rytmy Nowego Jorku. Między rajem i piekiełkiem - Grażyna Drabik
- Polski Październik '56 w Waszyngtonie - Kazimierz Wierzbicki
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
RYTMY NOWEGO JORKU
Między rajem i piekiełkiem

Gdybym mogła przedstawić graficznie dzisiejszą stronę "Rytmów", to wyglądałaby ona mniej więcej tak: w środku białej strony ciemny punkt, wszystko, co nieznane, co było kiedyś, przedtem, zanim, co niezrozumiałe i groźnie chaotyczne. Niewielki punkt i wszystko zarazem: cisza i hałas, nieobecność i możliwość, strach i obietnica pokonania strachu. Punkt wyjścia. Z niego promieniuje muzyka, naturalna i niezadziwiająca jak codzienne wschody słońca czy śpiew ptaków. Tak zdumiewająco wspaniała jak Tatry triumfalnie sięgające nieba. Błysk pierwszych promieni słońca, gdy znajdziesz czas, by zwrócić nań uwagę. Dar dobrej nowiny, którą przynosi archanioł Uriel: I oddzielił Bóg światłość od ciemności...
Czyli w samym środku, w sercu artykułu, chciałabym zachować ten wyjątkowy koncert dzieła, w którym stary austriacki kompozytor potrafił spleść lirykę opowieści słowami z Księgi Rodzaju, psalmów i poematu Miltona, z potęgą chóru i dramatyczną siłą orkiestry. Stworzenie świata Josepha Haydna to oratorium, w którym miłość, wiara i nadzieja otrzymały perfekcyjną formę, w triumfalnym momencie zwycięstwa pewności, że Bóg istnieje, że jest nam przyjazny, że potrafimy oddać mu chwałę naszym śpiewem, naszą sztuką, naszym podziwem.
Pierwszy raz miałam okazję usłyszeć ten utwór w sali koncertowej i w wyjątkowym wykonaniu: tenor Ian Bostridge, baryton Dietrich Henschel, sopran Sally Matthews, chór pod kierunkiem Josepha Cullena oraz London Symphony Orchestra jaśniejąca wręcz pod batutą lorda Colina Davisa.
Usłyszeć na żywo to znaczy także przyświadczać naszym ludzkim paradoksom: określeni przez cielesność, poszukujący transcendencji. Wielka sala powoli się wycisza. Zegarek cichutko zaznacza upływający czas. Jeszcze z boku dochodzi pokasływanie, jeszcze z tyłu jakaś para szepcze, ktoś hałaśliwie przegląda program. Muzyka stopniowo ogarnia, wciąga, przenika to zbiorowisko ułomności. Wyznacza puls wspólnego przeżycia.
I już nie wiem, co bardziej podziwiać: czy cuda przywoływanych przez muzykę obrazów, biblijny rytm tworzenia świata - potężne światło słońca w kontrastach z migotliwością księżyca, oddech oceanów, szemranie potoków, świergot ptaków, ciężkie stąpanie bydła po twardej ziemi... Czy poezję ludzkiego głosu. Czy obietnicę zawartą w sztuce, obietnicę możliwości zwycięstwa nad chaosem konfliktów i niepewności. (London Symphony Orchestra, 21 października, Avery Fisher Hall, Lincoln Center).
Historia opowiadana w oratorium Haydna kończy się, zanim zbliżymy się niebezpiecznie do drzewa poznania dobra i zła. Do ostatnich kadencji "Amen!" pozostajemy w raju, razem z Adamem i Ewą, niewinni, w szczęściu wzajemnej obecności, w glorii Bożej chwały. Lecz oto już koniec koncertu. Brawa. Znajdujemy się daleko od raju, w swojskości zwykłego bałaganu.
***
Wracając do wyglądu naszej "graficznej strony": spirale muzyki rozchodzą się szeroko, lecz im dalej od punktu wyjścia, tym bardziej się rozpraszają. Rozsypują w dysonanse sprzeczności. Już nie jeden punkt odniesienia, lecz ich wiele, i ciągle mnożą się, wielokrotnieją. Stronę szybko zapełniają obrazy w kontrastujących nastrojach. Szczypią kpiny. Bóle dopominają się uwagi. Pośpiesza nawał codzienności. Składa się kolorowy, lecz niełatwy do ogarnięcia kolaż.
W Brooklyn Academy of Music osiadł na chwilę zespół TR Warszawa. Krum, przygotowany wspólnie ze Starym Teatrem w Krakowie, w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, to obraz kolorowego piekiełka na ziemi. Uderza przede wszystkim bogactwo różnorodnych środków, które Warlikowski wykorzystuje sprawnie i skutecznie. Oto gładkie zgranie naturalnych i nagłośnionych głosów aktorów. Oto duży ekran zawieszony nad sceną, na którym wyświetlane są różnorodne obrazy: powiększony wizerunek Kruma, głównego bohatera i narratora opowieści o nieudanym powrocie do domu z nieudanego poszukiwania szczęścia i sukcesu gdzieś w świecie. Filmowe migawki z wędrówek przez ulice jakiegoś miasta: obdrapane mury starych budynków, migocące reklamy, stragany i sklepy pełne przedmiotów, ludzie śpieszący się gdzieś samochodami, na rowerze, piechotą. Kolorowa kreskówka, nieco naiwnie pogodna, nieco groźnie smętna, dopełnia akcję rozgrywającą się na scenie.
Wielka przestrzeń jest efektownie wykorzystywana przez świetnie rozgrywany ruch sceniczny. Wymowne detale scenografii Małgorzaty Szczęśniak wyznaczają wyraziste ramy dla poszczególnych scen. Tu wąskie zaplecze, już jakby poza sceną, lecz pozwalające obserwować akcję. Tam szyba - witryna restauracji czy baru, lecz także jakby ściana akwarium - sugeruje bliskość i niedostępność za jednym zamachem. Pustka hali lotniska. Trzy łoża dzielą przestrzeń na trzy różne pokoje, z równoległymi wątkami akcji. Sofa i fotele skupione w centralnym punkcie przemieniają scenę w jeden pokój, gdzie rozgrywa się następny epizod z dramatu nieudaczników.
Lubię teatr, gdzie czuje się energię współpracujących artystów. Taką właśnie energią pulsuje widowisko przygotowane przez Warlikowskiego. Lubię także, gdy aktorzy mają szansę popisywać się swym kunsztem. A tutaj Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Marek Kalita, Redbad Klijnstra, Jacek Poniedziałek, Danuta Stenka bawią się i bawią nas przesadnie wygrywanymi postaciami. Dupa mówi o swej "naturalnej radości życia" najbardziej ponurym z głosów. Tugati opowiada o swych niekończących się chorobach tak, że budzi tylko ogólną wesołość. Takhtikt jest dwuznaczny w swej czułości wobec Trudy, całkowicie jej oddany i całkowicie ignorujący jej potrzeby, zmienny w swej seksualności.
Sztuka zbudowana jako szereg luźno powiązanych anegdot-migawek jest oparta na rozpoznawalnych słowach-sygnałach i karykaturalnie zarysowanych postaciach. Matka i syn spleceni w więzi wzajemnej zależności, tak że ani ze sobą, ani oddzielnie nie potrafią żyć. Kobieta-samica opętana pożądaniem za nieosiągalnym mężczyzną zamienia się w samicę-matkę po urodzeniu dziecka. Ktoś, kto wyjechał i osiągnął sukces gdzieś daleko, wraca z wizytą tylko po to, by pochwalić się swym triumfem. Tak przynajmniej widzi to Krum, który nic nigdzie nie osiągnął i nawet wyjechać już nie pragnie, lecz rozpoznaje jeszcze migotliwy zapach "dalekiego świata".
Sztuka Hanocha Levina opowiada o monotonnej brzydocie życia. Życie w nienazwanym miasteczku to pasmo rozczarowań i niespełnionych marzeń. Gorzej: to brak marzeń. Akcja sprowadza się do rytmu przypadkowych spotkań, podstawowych potrzeb, momentów pożądań. Warlikowski przedstawia piekiełko na ziemi ze złośliwym humorem, wręcz z przyjemnością zabawy w burleskę. I ty bawisz się nieźle, przynajmniej póki nie wyjdziesz z teatru i nie zauważysz, że przyświadczyłeś nadbudowie środków dla ubogich celów. Tyle talentu, tyle technicznej sprawności, by powiedzieć w sumie tak niewiele. Biologia życia zmierza nieuchronnie ku biologicznemu końcowi. (Next Wave Festival, TR Warszawa, 20 października, BAM).
***
Żebyśmy nie pozostali całkiem bezbronni wobec zbliżających się chłodów - w końcu kiedyś pewnie nadciągną, mimo że pogoda nadal bardziej plażowa niż jesienna - przywołam obrazek, z którego niech powieje trochę ciepła. Raz jeszcze, w bardzo już nowojorskiej tradycji, dzień świętego Franciszka obchodzony był uroczyście w katedrze św. Jana Bożego. Mszę poprzedził jak zwykle korowód lam, koników i osiołków. Ptactwo godnie reprezentowali orzeł, jastrząb i sowa, przywiezione ze schroniska opiekującego się zranionymi zwierzętami. W kościele zgromadził się tłum ludzi ze swymi domownikami: psy najróżniejszej maści, koty tulone w ramionach i przyniesione w klatkach, maleństwa ptaszków, chomików, myszek, żółwi...
Wszystkie kochane. Wszystkie z powagą pobłogosławione - najpierw wspólnie, pod koniec mszy, potem indywidualnie w przykościelnych ogrodach, przez kapłanów ubranych na biało. Może najlepszym akcentem tego dnia była różnorodność nie zwierzaków, a ludzi: bardzo młodzi i bardzo starzy, czarnoskórzy i biali, rodziny, ludzie samotni i zakochane pary, niektórzy zamożni i ci wyraźnie ubodzy. Wszyscy tego dnia zgodni i piękni troską o coś poza sobą. (The Feast of Saint Francis, 7 października, The Cathedral Church of St. John the Divine, 112 St. przy Amsterdam Ave.).

