Przegląd Polski
19 października 2007
- Być pisarzem w gronie sławnych Mackiewiczów - Z Kazimierzem Orłosiem rozmawia Romuald Mieczkowski
- Zło świata, magia kina - Maria Kornatowska
- Gala w Carnegie i wspaniały debiut w Met - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Gala w Carnegie
i wspaniały debiut w Met
Po raz drugi już w tym roku uczczono w Nowym Jorku Karola Szymanowskiego. Tym razem był to koncert zorganizowany przez Fundację Kościuszkowską w 125. rocznicę urodzin wielkiego kompozytora.
Program odbył się w Weill Recital Hall przy Carnegie Hall i z przyjemnością podkreślam, że na ten popołudniowy koncert w całości poświęcony muzyce jubilata sala wyprzedana była do ostatniego miejsca. Chciałbym przypuszczać, iż przyczyną była to nie tylko sumienna i pełna poświęcenia praca tej zacnej nowojorskiej organizacji, ale również potrzeba kontaktu z muzyką kompozytora wciąż mniej znanego na amerykańskim gruncie, niż można by się spodziewać. Innym powodem do zadowolenia był fakt, że muzyka Szymanowskiego przyciągnęła nieco inny rodzaj publiczności, niż zazwyczaj spotykany na tzw. imprezach polonijnych, co dla artystów musiało być sporym plusem.
Do udziału w koncercie Fundacja Kościuszkowska zaprosiła muzyków głównie polskiego pochodzenia, od których można się było spodziewać autorytatywnych interpretacji i pod tym względem koncert stał na rzeczywiście wysokim poziomie. Interesująco ułożony program był spięty - jak klamrą - dwoma kwartetami smyczkowymi. Innymi kompozycjami prezentowanymi tego popołudnia były Sonata d-moll op. 9 na skrzypce i fortepian oraz wybór pieśni i mazurków na fortepian. Słowo wstępne wygłosili spikerka stacji radiowej WQXR Candice Agree oraz dyrektor wydziału kulturalnego Fundacji Tom Pniewski, którzy pokrótce przypomnieli postać kompozytora.
W kilka godzin później w tym samym gmachu miałem okazję usłyszeć znany kwartet Takacs, w którego programie znalazł się jeden z kwartetów współczesnego Szymanowskiemu, morawskiego kompozytora Leosza Janaczka. Wspominam o tym, ponieważ nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego kwartety Szymanowskiego, kompozycje wcale nie mniejszej rangi niż kwartety Janaczka czy nawet wysoce ceniącego naszego mistrza Beli Bartóka tak rzadko znajdują się w repertuarze zespołów niezwiązanych z Polską. Znajomy krytyk skomentował moje rozżalenie faktem, iż Szymanowski jest trudny technicznie, ale nie jestem tym przekonany...
Podczas gali Szymanowskiego usłyszeliśmy pełne inspiracji wersje oferowane przez Kwartet im. Pendereckiego, w którego składzie znajduje się obecnie jeden tylko z pierwszego składu polski muzyk. Młodzieńczą Sonatę d-moll op. 9 na skrzypce i fortepian usłyszeliśmy w przekonującej interpretacji Hanny Lachert, od wielu lat skrzypaczki Filharmonii Nowojorskiej, której przy fortepianie partnerowała Helene Jeanney; obie panie na tej samej scenie przed kilkoma miesiącami wystąpiły w nowojorskiej premierze II sonaty Krzysztofa Pendereckiego. Hanna Lachert nie pozwala, aby praca w orkiestrze całkowicie zdominowała jej muzyczną działalność. Kilka tygodni wcześniej miałem okazję usłyszeć ją w wirtuozowskiej Fantazji na tematy z "Fausta" Henryka Wieniawskiego, którą wykonała z lokalną nowojorską orkiestrą Chelsey Symphony. Wzbudziła wtedy mój szacunek nie tylko technicznym opanowaniem trudnej partii skrzypcowej, ale również samym faktem, że grała Fantazję jako jedyny solowy fragment, bez uprzedniej "rozgrzewki" przy innych kompozycjach. Nie spotkałem wielu skrzypków, którzy odważyliby się na coś takiego.
Cztery z Pieśni kurpiowskich z op. 58 oraz trzy pieśni z op. 32 do słów Dimitry Davydowa elokwentnie przedstawiła nam Edyta Kulczak (mezzosopran), od kilku lat współpracująca ze słynną nowojorską Metropolitan Opera. Z dużą dozą wrażliwości wspierał ją pianista Steven Eldredge. W kilku mazurkach z op. 50 usłyszeliśmy również pianistkę Annę Kijanowską.
Brawa dla Andrzeja Dobbera!

Dwa tygodnie temu entuzjastycznie pisałem o sukcesie barytona Mariusza Kwietnia w partii Henryka Ashtona w Łucji z Lamermoor Donizettiego na deskach Metropolita Opera. Teraz wypada napisać podobnie o innym polskim śpiewaku, który naszej wokalistyce przynosi na tej samej scenie chwałę, Andrzeju Dobberze (na zdjęciu) debiutującym w tym sezonie w Aidzie Verdiego jako Amonastro, król Etiopów i ojciec bohaterki. Chociaż jego partia nie należy do najbardziej rozbudowanych, jest wciąż kluczową i ważną rolą. Andrzej Dobber ze swym głębokim barytonem o wielkiej sile i z dobrą prezencją, kreuje przekonująco postać króla i wodza pokonanego w walce z wojskami Egiptu. Dominuje w trzecim akcie opery, w którym on, jego córka i zakochany w niej egipski wódz Radames stają przed trudnym wyborem ocalenia miłości za cenę zdrady ojczyzny.
Jeśli zarząd Metropolitan ma trochę tylko zdrowego rozsądku, Dobber - tak jak się to już dzieje w znanych europejskich teatrach operowych - powinien stać się na tej scenie jednym z czołowych barytonów, szczególnie w dramatycznych rolach w operach Verdiego. Wspaniały debiut!

