Przegląd Polski
12 października 2007

Obraz pokonał cenzurę

KATARZYNA BUCZKOWSKA

"Można misyjnie przeżyć to życie" - zamyśla się Franciszek Kulon (na zdjęciu obok). Gdy głośno zastanawiam się, dlaczego niektórzy ludzie żyją misyjnie, a inni nie, odpowiada: "Coś w planetach się dzieje, jakieś wybuchy następują, gdy człowiek nabiera świadomości. Rodzą się wtedy typy spod jasnej gwiazdy, albo typy spod ciemnej gwiazdy. Żeby co najmniej jeden procent ludzi starało się żyć dla innych, nie dla siebie, to byłaby potęga. To chciałoby się żyć".

Opuszczając Polskę epoki komunizmu Franciszek Kulon nie przypuszczał, że jego malarstwo wpadnie w szpony cenzury na wolnej ziemi amerykańskiej. "Tam róże w strachu rosną" - mówi o Sullivan County, powiecie w stanie Nowy Jork, gdzie artysta mieszka i gdzie w 2003 r. jego obraz został zdjęty przez lokalne władze ze ściany galerii znajdującej się w budynku urzędu powiatowego, jako rzekomo kontrowersyjny i niestosowny.

Niestosowność obrazu dotyczyła "antywojennego" przesłania: trzy aniołki obserwują granat spadający na dwójkę małych dzieci; jeden anioł o figlarnym uśmiechu trzyma zawleczkę granatu, drugi z przymkniętymi oczyma kurczowo ściska nadszarpaną amerykańską flagę, trzeci trzyma flagę piracką. Postacie znajdują się w przestworzach nieba, w dali dyskretnie widnieje meczet, a nasz wzrok przyciąga przejmująca bezbronność i przerażenie dzieci, które artysta umieścił na dramatycznie ciemnej chmurze.

Na wystawie 600 prac lokalnych artystów, przygotowanej przez malarkę i kuratorkę Sandee Pointer, obraz Kulona, zawieszony tuż obok dzierganej amerykańskiej flagi, przetrwał jedynie pół dnia. Zbulwersowana cenzuralnym posunięciem decydentów urzędu, Pointer zrezygnowała ze społecznej działalności, którą prowadziła w ramach programu zapoczątkowanego przez swego męża Roberta E. Pointera 20 lat temu. Również na znak protestu zabrała 100 własnych obrazów, które dekorowały wnętrza urzędu. Prawnicy natomiast zasugerowali Kulonowi, by podał władze powiatu Sullivan do sądu za niekonstytucyjne działanie.

W sierpniu bieżącego roku artysta pokonał cenzurę władz powiatu Sullivan na sumę 40 tysięcy dolarów w procesie, który trwał cztery lata.

"Jest to doskonałe zakończenie z wielu powodów" - mówi Michael Sussman, adwokat Kulona, specjalizujący się w rozprawach dotyczących swobód obywatelskich.Wyznaje, że kocha sztukę i walkę w obronie artystów: "Niedobre idee więdną same z siebie, a dobra sztuka wybroni sobie wieczność. Nie ma potrzeby, by cenzurować".

Gdy rozmawiałam z Sussmanem we wrześniu 2006 r., tłumaczył: "Sąd nadal przygląda się sprawie, kto ponosi odpowiedzialność, czy władze powiatu, czy pewne osoby indywidualne".

"Sztalugi dla malarza to jak konfesjonał" - wyjawia Kulon. Wodząc dłonią po drewnianej strukturze sztalug Anthony Quinna, które kupił na aukcji, mówi, że dobrze mu się na nich maluje, "bo w nich jakiś duszek działa".

Kulon, z lekko rozwichrzonym srebrnym włosem, fizjonomią jakby zszedł z obrazu któregoś z dawnych mistrzów i nieco przewrotną naturą artysty, ma w sobie coś z dziecka. Spontaniczną radość i psotliwość. Gdy filuternie wąs zakręci i oczka wytrzeszczy, znakomicie wciela się w Salvadora Dalego.

O sobie mówi: "Kulon rzadko się śmieje, Franek bez przerwy". Najchętniej dworuje sam z siebie: "Ja te pędzle tak lubię, że nawet nimi nie maluję". Jest błyskotliwy, ale nie na zawołanie. Ma awersję do oficjalnych wywiadów, tak wyjątkową, że po kolejnym pytaniu zaczyna się pieklić (co niejednokrotnie prowadziło między nami do zawieszania słuchawki). Zwłaszcza gdy zahaczy się o jego przejścia z lokalnym wymiarem sprawiedliwości, emocje zaczynają się w nim gotować, jakby nie miał już cierpliwości przekładać doświadczeń na słowa. Gdy nie czuje presji pytań, swobodnie i ze swadą ofiarowuje mnóstwo spontanicznych komentarzy.

"Oni mnie zgnębili jak nikt na świecie... Obrazy mnie leczyły" - opowiada, jak był wielokrotnie aresztowany, bez możliwości wysłuchania. Strzelano do niego, gdy przy domu traktorem kosił trawę; kula przestrzeliła oponę. Zgłosił wydarzenia w lokalnym sądzie, jednak gdy upominał się o kopie dokumentów, otrzymywał odpowiedź, iż takowe nie istnieją. Twierdzi, że zatuszowano sprawę. Skrajnie rozgoryczony artysta uciekł się do ekspresji artystycznej i namalował sędziego miasta Liberty, Jeffrey'a Altbacha, w postaci zabawnego satyra. Na obrazie Our Honorable Judge of Liberty, "czcigodny" sędzia ma rogi, spiczaste ucho, kopyto i ogon. Niezadowolony ze swego wizerunku, Altbach pozwał malarza do sądu o zniesławienie i swoje urażone uczucia wycenił na półtora miliona dolarów.

Sąd Najwyższy w Albany wziął w obronę satyrę. Pierwsza Poprawka do Konstytucji USA w przypadku osoby publicznej wymaga udowodnienia "faktycznej złośliwości" i nie sposób było dowieść zniesławienia, bowiem opinia malarza o Altbachu wymyka się analizie w kategoriach prawdy i fałszu.

New York Times w ubiegłym roku opublikował serię artykułów, w których William Glaberson, dziennikarz śledczy, mistrzowskim piórem zilustrował żenującą sytuację w sądach w miasteczkach stanu Nowy Jork. Sądy owe mają swoje siedziby w garażach, piwnicach, a sędziami są często ludzie niewykształceni. "Nikt nie ma takiej władzy jak ci ludzie w garażach. Nauczyłem się malować, bo system sprawiedliwości nie pozwalał mi spać" - mówi Kulon.

Michael Sussman sugeruje, że Kulon, doświadczony systemem komunistycznym, miał wysokie oczekiwania wobec osób reprezentujących amerykański wymiar sprawiedliwości, a niesprawiedliwość, jakiej doznał, sprowokowała wręcz agresywną ekspresję w jego malarstwie. Karolina, córka Kulona, podsumowuje: "Mój ojciec maluje jeden z najpotężniejszych żywiołów - bezprawie".

Oprócz ciętej satyry maluje również portrety i pejzaże w tradycji akademii klasycznej. Jako swoich nauczycieli i mentorów wymienia: Bronisława Naczasa, Edwarda Kiferlinga, Mariana Kruczka, Michała Bylinę. Jego płótna zawierają ogromny ładunek emocjonalny.

"Teraz nie łaskocze się duszy, teraz łaskocze się ciało" - komentuje dzisiejszą sztukę. Przyglądam się jego pracy nad portretem kobiety. Szybkim kolistym ruchem pędzla sprawia, że jej spojrzenie staje się silniejsze. Jak ludzie reagują na jego portrety? "Namalowałem kiedyś portret, a jamnik znajomego zaczął ujadać i obszczekał obraz. To tylko jamnik może się znać na ludziach". Dzwonię nieco później, by zapytać o postęp. "Nie mogę teraz rozmawiać, bo pod autem leżę - informuje. - Jestem człowiekiem renesansowym, tylko dusz nie naprawiam".

W ubiegłym roku Wacław Balcerzak przeistoczył swój sklep kożuszniczy Adriana na Greenpoincie na tymczasową galerię i zorganizował Kulonowi przednią wystawę. Posiada "naście" obrazów artysty i dumnie wylicza: "Mam i jego konie, i ułana na koniu, i kwiaty, i burzę na morzu". Gdy zapytuję, czy nie obawiał się, że szorstkie treści walczących obrazów Kulona mogą wpłynąć na podaż jego wyrobów, Balcerzak mówi, że sztuka jest ważna. Odpowiedź taka nie dziwi, bowiem Balcerzak sztuką podszyty - niegdyś szył stroje aktorom w Teatrze Wielkim Opery i Baletu w Warszawie.

Marek Kurek, właściciel popularnego baru-kawiarni Kominek na Greenpoincie, gdzie obecnie można oglądać malarstwo Kulona, podziwia warsztat artysty. "Proszę popatrz... Owszem mocne, dobitne, dosadne. Trudno pozostać wobec nich obojętnym" - wskazuje na obrazy, doskonale wyeksponowane na ścianach z surowej cegły. Jako ostry kontrast do wspaniale irytujących satyrycznych malarskich wypowiedzi artysty jawi się uduchowiony portret zamyślonego Chrystusa. "Na te obrazy chce się patrzeć" - mówi właściciel Kominka.

W reakcjach na niektóre obrazy malarza pojawiają się czasem głosy, że sztuka powinna zadziwiać, a nie przerażać. Ale czy jakikolwiek obraz jest w stanie przerazić bardziej niż potrafi współczesny świat?

Na łące przy swoim domu w górach Catskill Kulon podziwia otaczającą przyrodę, mówi, że łowi ryby, że o borowiki prawie się przewraca, ale na wspomnienie rodzinnych sanockich stron, wzdycha: "Tam są leszczyny, jałowce, kaczeńce, pokrzywy... Ja zawsze będę kochał swój zapleśniały kraj".

Na pytanie, co by powstało, gdyby nie miał takich burzliwych przejść z sądami, artysta odpowiada: "Nauczyłbym się lepiej malować liście buraka". Ze względu na jego niechęć do pytań, pozostawiam go ciszy, wtedy mówi sam z siebie: "To, co mnie gnębi, wyrasta organicznie. Będę dalej słuchał krzywdy ludzkiej i będę obrazował".

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail