Przegląd Polski 5 października 2007
- Najbardziej oczekiwany film - Z Andrzejem Wajdą rozmawiają Anna i Andrzej Bernat
- Polskie akcenty w Metropolitan Opera - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Najbardziej oczekiwany film
Z Andrzejem Wajdą rozmawiają Anna i Andrzej Bernat

Po przedpremierowym pokazie w warszawskim Multikinie 12 września na sali zapanowała długotrwała martwa cisza. Jak Pan odebrał tę ciszę?
Rozumiem taką reakcję. Podobne skupienie panowało podczas realizacji tego filmu. Aktorzy i ekipa, wszyscy pracowali w jakimś natężeniu emocji. Sama praca na planie wyglądała też inaczej niż przy innych moich filmach; nikt z dziennikarzy, o co prosiliśmy na początku realizacji, nie przyjeżdżał, by robić reportaże z planu, rozmawiać, nie było żadnych zewnętrznych presji. To pozwalało rzeczywiście się skoncentrować na tym trudnym z wielu powodów filmie. Spodziewam się, że ten klimat pracy, skupienie, jakie towarzyszyło powstawaniu filmu, w jakiś sposób zaistnieją na ekranie.
Wprowadzeniem do tej ciszy była muzyka Pendereckiego. Kiedy po ostatnich scenach metodycznego mordowania polskich oficerów pozostał już tylko czarny ekran, jeszcze długo było ją słychać. Jak to się stało, że zdecydował się Pan właśnie na muzykę Pendereckiego?
Przed laty Krzysztof Penderecki powiedział: "Jeżeli będziesz kiedyś robił film o Katyniu, to pamiętaj, dam ci do niego muzykę". I teraz pozwolił ją nam wykorzystać. To przecież Penderecki w swoim Polskim requiem jedną część poświęcił zbrodni katyńskiej. Kiedy to usłyszałem, zrozumiałem, że jego muzyka jest szansą dla tego filmu, gdyż nie jest to muzyka ilustracyjna. Gdybym skomponowanie utworu do gotowego już filmu powierzył kompozytorowi, skierowałby się w stronę muzyki religijnej albo patriotycznej. A muzyka Krzysztofa Pendereckiego dodaje się do filmu, przychodzi mu z pomocą, a nie jest jego ilustracją. Zachowuje swoją niezależność i otwiera dodatkowe przestrzenie w wyobraźni widza.
Trudno wyobrazić sobie teraz inne zamknięcie filmu.
Nie chciałem, aby po tych okrutnych końcowych scenach filmu na ekranie od razu pojawiły się napisy. Na końcu miały pojawić się nazwiska oficerów zamordowanych w Katyniu. Niestety, było to niemożliwe, gdyż realizatorzy filmu muszą być wymienieni w napisach filmu i trudno im to odebrać.
Od początku tworzył Pan w warunkach ograniczonej wolności. Tym bardziej imponuje Pańska wierność losom polskiej inteligencji, a zarazem wierność tematom, ideom, pomysłom na filmy, które przecież przez całe dziesięciolecia czekały na możliwość realizacji.
Naszym obowiązkiem i rzeczą naturalną było opowiedzieć o wojnie, sięgnęliśmy po te najbardziej bolesne doświadczenia. Tak narodziła się polska szkoła filmowa. Ale taki film jak Kanał nigdy by nie powstał, gdyby nie upór moich kolegów, a też i fakt, że wielu z nich miało czerwone partyjne legitymacje i ich głos był bez porównania silniejszy niż mój. Dlatego polska kinematografia wywalczyła sobie w ciągu tamtych lat o wiele więcej swobody i o wiele szybciej podążała za kinem europejskim niż kinematografie innych krajów socjalistycznych, które dopiero później się obudziły. I udowodniła, że na świecie jest zainteresowanie tym, co my mamy światu do powiedzenia. Okazało się, że ani język polski, ani polski temat nie przeszkodziły widzom na całym świecie zrozumieć dzieła Andrzeja Munka czy inne polskie filmy.
Ponieważ poruszyliście państwo kwestię wierności, chcę powiedzieć coś ważnego. Tak się złożyło, że jedyną tradycją polskiej sztuki jest tradycja romantyczna. Według niej artysta ma wobec społeczeństwa obowiązki, powinien oświetlić przeszłość, pokazać przyszłość, uczestniczyć w teraźniejszości. W Polsce nie mieliśmy innej tradycji, dlatego polska szkoła filmowa tę tradycję odpowiedzialności podjęła. A ja jestem już ostatnim reżyserem tamtych lat, doprowadziłem ją więc do dnia dzisiejszego i do filmu Katyń.
Jest oczywiste, że o realizacji takiego filmu nie można było myśleć w PRL-u. Ale jaka była Pana osobista, prywatna droga odkrywania prawdy o Katyniu?
Oprócz dwóch listów wysłanych z Kozielska i wcześniej listu z Szepietówki, które dostarczył do nas do Radomia żołnierz zwolniony z niewoli sowieckiej, o ojcu Jakubie Wajdzie, który jako kapitan Wojska Polskiego wyruszył na wojnę, nie wiedzieliśmy nic. Potem, w 1943 r. z wydawanego przez Niemców Dziennika Radomskiego po raz pierwszy dowiedzieliśmy się o Katyniu. Było tam też nazwisko Karol Wajda. Matka natychmiast uczepiła się nadziei, że to nie jest nasz ojciec. Co okazało się być prawdą. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, jak i gdzie został ojciec zamordowany, jego ciało nie zostało odnalezione. Matka bardzo długo łudziła się, szukała przez brytyjski i szwajcarski Czerwony Krzyż. I stale czekała. Nie znaliśmy żadnych szczegółów, gdyż nic na ten temat nie przenikało do Polski. Dopiero, kiedy zacząłem wyjeżdżać zagranicę, udało mi się zdobyć książkę Katyń ze wstępem gen. Andersa. Był tam raport akademika Burdenki. Raport ten ma tak wielką pogardę dla jakiejkolwiek prawdy, że to mnie najbardziej przekonało, iż jest to sowiecka zbrodnia. Przecież w 1943 r., żyjąc pod okupacją, więcej wiedzieliśmy o zbrodniach niemieckich niż sowieckich, więc mogło być prawdopodobne, że Polacy uwierzą, iż za zbrodnią katyńską stoją Niemcy.
A w jakim momencie swojej biografii artystycznej postanowił Pan zrobić film o Katyniu?
Nigdy nie przypuszczałem, że będę żył w wolnej Polsce, że tego dożyję i taki film będzie mógł powstać. W ogóle nie brałem takiej możliwości pod uwagę. Sądziłem, że takiego filmu nigdy nie zrobię.
Ale tak jak zdążył Pan wykorzystać szesnaście miesięcy wolności po 1980 r. robiąc "Człowieka z żelaza", tak musiało upłynąć osiemnaście lat od 1989 r., by powstał "Katyń".
To dwie różne historie. Człowiek z żelaza powstał równolegle z toczącymi się w kraju wypadkami i na zamówienie robotników z gdańskiej Solidarności, a Katyń to rzecz o czasach już tak odległych, o których po raz pierwszy miał zostać nakręcony film. Potrzebne było wsparcie ze strony literatury. Cała polska szkoła filmowa swe główne filmy wywodziła z literatury. Tak więc i teraz byłem przekonany, że podstawę filmu o Katyniu mogłaby stanowić duża epicka powieść. Ale takiej powieści nie było. W kraju ze względów oczywistych przed 1989 r. powstać ona nie mogła. Ale też nie napisali jej pisarze żyjący na emigracji. Widocznie jest jakaś ogromna trudność w ujęciu tego tematu, skoro sprawa tak mocno istniejąca w polskiej historii jest nieobecna w polskiej literaturze.
Czy wielkie emocje, jakie się wiążą z tematem Katynia - prywatne, jakie są na przykład udziałem rodzin katyńskich, ale i społeczne, polityczne, bo sprawa jest nabrzmiała od lat, nie stanowiły dodatkowych trudności w zmierzeniu się z tym tematem?
Z tych właśnie względów ciągle ten film odkładałem. Te wahania jednak dotyczyły decyzji. Kiedy zaczęliśmy pracę nad filmem, skończyły się jakiekolwiek wątpliwości. Musiałem przecież tchnąć w aktorów i ekipę wiarę w film Katyń.
Co było momentem przełomowym?
Sprawę Katynia można widzieć w dwóch perspektywach: historycznej - którą wypełniają fakty, świadectwa, pamiętniki. To jest ogromny materiał dotyczący zbrodni katyńskiej. Wiemy, co się wydarzyło, potrafimy zinterpretować tamte wydarzenia. Na tej podstawie mógłby powstać film historyczny, polityczny. Ale istnieje jeszcze druga perspektywa: świadka, osoby, której tamte doświadczenia bezpośrednio dotyczą. Losy poszczególnych ludzi mogłyby być kanwą filmu psychologicznego. Takich filmów nie chciałem robić. Dopiero gdy w swoim myśleniu o Katyniu te dwie perspektywy połączyłem, gdy wiedziałem, że oba te wątki będzie można fabularnie powiązać, poczułem się gotowy do rozpoczęcia filmu.
Perspektywa historyczna - to zbrodnia katyńska, w niej zawarta jest też historia mojego ojca, a losy sióstr, córek, żon oficerów, takich jak moja matka - naznaczone były kłamstwem katyńskim. Tekst Andrzeja Mularczyka Post mortem, a w nim postacie dające szanse na film, pozwoliły mi na rozpoczęcie przygotowań do realizacji Katynia. Dopiero później doszedłem do wniosku, że film będzie składał się z czterech opowieści, a ukazując ich losy wykorzystałem sceny, sytuacje i dialogi znalezione w pamiętnikach i dokumentach katyńskich.
Wspomniał już Pan o książce "Katyń" ze wstępem gen. Andersa. Jakie inne źródła, dokumenty, książki, świadectwa były dla Pana ważne w pracy nad filmem?
Najważniejsze były dziesiątki nieznanych szerzej książek, które ukazywały się w małych nakładach, dawniej jeszcze w drugim obiegu. To była żmudna praca: ich uważna lektura, podkreślanie tego, co jest ciekawe, inne niż w pozostałych świadectwach. Z jednej książki wybierałem jedno, dwa zdania, jakiś fragment dialogu, scenę. I później zastanawiałem się, co z tego materiału jest najbardziej wyraziste i co daje szansę zbudować postaci przyszłego filmu. Tak na przykład rozbudowaliśmy postać generałowej Smorawińskiej, graną przez Danutę Stenkę. To prawda, że generałową wezwali Niemcy, aby nagrać jej wypowiedź mającą poświadczać, że to Sowieci zamordowali polskich oficerów, na co się ona nie zgodziła. Ale już scena, w której Niemcy pokazują jej film o Katyniu, jest decyzją scenarzysty. Chodziło mi bowiem o to, by pokazać fragment dokumentu niemieckiego, z ich interpretacją wypadków. Na podobnej zasadzie dodałem scenę, w której Niemcy zwracają generałowej Krzyż Virtuti Militari jej męża. Wiosną 1943 r. Niemcy oddawali niektórym rodzinom przywiezione z Katynia przedmioty, znalezione przy pomordowanych oficerach. Nie czynili tego ze współczucia, ale by uwiarygodnić swoją wersję, że za mord odpowiadają Sowieci. Natomiast sekwencja, w której Sowieci rozdzierają polską flagę i czerwone płótno pozostawiają na drzewcu, a białe przeznaczają na onuce, została odnaleziona w jednym z pamiętników opisującym wydarzenia z 17 września 1939 roku.
Pełen symboliki to obraz. Podobnie jak otwierająca film scena spotkania na moście: tych, którzy uciekają przed Niemcami, i tych, którzy chronią się przed Sowietami. Często w swoich filmach stosuje Pan symbole, metafory.
Sceny symboliczne dają w intensywnym skrócie to, co inaczej wymagałoby długiego opowiadania. Kiedyś Jan Nowak-Jeziorański opowiedział mi historię, której był świadkiem podczas powstania warszawskiego. Oto przed szpitalem powstańczym, znajdującym się w jednym z warszawskim kościołów, leżeli pokotem umierający żołnierze. Ksiądz chodził między nimi i spowiadał ich. Jeden z przykrytych płaszczem powstańców nie podjął słów kapłana. Ksiądz odsłonił płaszcz i ukazała się duża rzeźba zdjętego z krzyża Chrystusa. Ten obraz dręczył mnie tak długo, dopóki go nie przeniosłem na ekran. Takie właśnie wydarzenia budzące moją wyobraźnię pomagały mi w zrobieniu tego filmu.
Oddawanie sprawiedliwości historii to również kwestia realizmu. Jak dużym wyzwaniem było rekonstruowanie świata, którego już nie ma, który został zamordowany? Odtwarzanie w wymiarze materialnym, jak i duchowym - mentalności, sposobu bycia i myślenia uczestników tamtych wydarzeń?
Mieliśmy świadomość, że u nas, w Polsce, można łatwiej i bardziej prawdziwie zrekonstruować ówczesną rzeczywistość niż w autentycznych miejscach wydarzeń, gdzie prawda tamtych czasów zniknęła, choćby dlatego, że odbudowane zostały prawosławne klasztory. Obóz w Kozielsku znajdował się w klasztorze, a to oznaczało, że musimy znaleźć cerkiew, która jest już poza służbą Bożą. Trzeba było tam wybudować prycze. Jak to mogło wyglądać, wiedzieliśmy, ponieważ zachowały się rysunki jeńców. Inny przykład - w Polsce istnieje architektura rosyjska z tego okresu, którą mogliśmy wykorzystać, choćby cytadela na Żoliborzu. Trudniej było zrekonstruować ducha honoru i sposób zachowania naszych oficerów.
Pytanie, na ile młodzi aktorzy już inaczej wychowani, zanurzeni w dzisiejszym świecie potrafią odnaleźć w sobie tę przeszłość? I muszę powiedzieć, że to mnie bardzo ujęło, że kreując te postacie tak bardzo dojrzeli i zrozumieli, co to znaczy mieć zasady, co to znaczy przemawiać z taką pewnością siebie jak choćby Danuta Stenka w roli generałowej.
Przeżyłem poruszające chwile, gdy zobaczyłem, jak ci młodzi aktorzy wchodzą w role, jak starają się zrozumieć odległą dla nich historię, jak są naturalni odtwarzając postaci z pokolenia wojennej i tużpowojennej inteligencji polskiej. Zobaczyłem w nich takich samych artystów, jakimi byli ci, z którymi rozpoczynałem robić filmy, gdy powstawały pierwsze utwory polskiej szkoły filmowej. Widać jest w nich głęboko zakorzeniony etos polskiej inteligencji, ludzi wykształconych i świadomych, w czym biorą udział... takich, jak moi rodzice.
Znany jest Pan ze swojej miłości do aktorów, ale czy w tym szczególnym przypadku nie rozważał Pan takiej możliwości albo nawet konieczności, żeby w filmie pojawiły się twarze zupełnie nieznane?
Taki pomysł nasuwał się w sposób naturalny. I tak bym zrobił, gdyby film nie dotyczył wydarzenia już odległego, które chcemy przybliżyć dzisiejszej widowni. Nawet gdybym znalazł aktorów równie zdolnych, ale anonimowych, mało znanych - co bym zyskał? Może dla pewnej liczby widzów, zwłaszcza tych bardziej wyrafinowanych, film byłby prawdziwszy. Ale to nie jest opowiadanie o jednej postaci, tylko o wielu, które pojawiają się na ekranie na krótko. W takiej sytuacji widz łatwiej dostrzega ich indywidualność i osobowość, którą oddają granym przez siebie postaciom.
Aktorzy zawsze Panu wiele zawdzięczali: Cybulski, Olbrychski, Janda. Czy dla kariery któregoś z młodych aktorów praca z Panem przy tym filmie może mieć podobne znaczenie?
Tym razem jest odwrotnie. Oni są już ukształtowani i to ja korzystam z ich doświadczenia. Z tego, że oni są znani i że zechcieli pojawić się w moim filmie. Tamci byli bardzo młodzi: Krystyna Janda po raz pierwszy u mnie zagrała w filmie, Daniela Olbrychskiego zabrałem do Popiołów ze szkoły aktorskiej. W Katyniu grają też młodzi aktorzy, ale już dojrzali, lubiani, rozpoznawalni przez młodą widownię, do której, mam nadzieję, dzięki nim trafi mój film.
Czy nie istnieje niebezpieczeństwo, że silne emocje związane z "Katyniem" nie wzmocnią pewnej tendencji w polskim myśleniu o sobie, odwołującym się przede wszystkim do zagrożeń?
To prawda, ale to nie jest wina tych, którzy robią takie filmy, tylko tych, którzy nie robią innych filmów, pokazujących naszą siłę, sukcesy, atrakcyjność. Cała dyskusja o patriotyzmie bierze się ze strachu, że Unia Europejska nas połknie, język polski zaginie, bo wszyscy będą mówić po angielsku, wykupią nas, ogłupią, a kraj będzie bez osobowości i w związku z tym musimy rozwijać nasz patriotyzm. To jest zła droga. Musimy wierzyć, że mamy światu coś do opowiedzenia, że nasz język jest ważny i piękny, choćby dlatego, że tylu wielkich pisarzy się w nim wypowiedziało, tyle wspaniałych myśli się w nim wyraziło. I mamy historię, która nas i nasz charakter ukształtowała, naszą wielkość i naszą małość. Świadomość błędów przeszłości więcej jest warta niż nadymanie się na jakąś sztuczną wielkość, co do której wszyscy mają wątpliwości. My mamy swoje powody, żeby być dumni i w tym sensie ważna jest nasza odpowiedzialność...
Takie wydarzenie jak Katyń powinno być znane. Ale trzeba wyciągać wnioski, trzeba się pytać, jak to się stało: czy nie było żadnej możliwości uratowania tych oficerów, czy nie była to czasem całkowita nieudolność naszych polityków. Trzeba sobie odpowiadać na pytania takie jak to, czy powstanie warszawskie przyniosło jakikolwiek sukces, czy tylko klęskę. Musimy o tym wiedzieć, żeby nie zachowywać się histerycznie. Bo dzisiaj, co obserwuję i co mnie napawa prawdziwą obawą, że nagle nasi politycy zaczęli zachowywać się histerycznie i chcą rozhisteryzować społeczeństwo. Po to, żeby znaleźć alibi dla własnej nieudolności, a autorytety takie jak Wałęsa, Mazowiecki, Bartoszewski, Balcerowicz odrzucone, pod pretekstem, że ludzie ci działali w poprzedniej epoce. A to przecież dzięki nim żyjemy na wolności.
Czym jest dla Pana wobec tego polskość, to przesłanie płynące z naszych doświadczeń?
Kiedy patrzy się na nasze dzieje w XVIII, XIX i XX wieku, nasuwa się refleksja, że społeczeństwo kraju, który sąsiedzi starali się tak konsekwentnie zlikwidować, musi być zdumiewające, skoro potrafi się jak Feniks z popiołów kolejno odrodzić. Polacy nie muszą się bać Europy, dlatego, że skoro się nie zniemczyli, nie zrusyfikowali, to znaczy, że są społeczeństwem, które ma wielką odporność, które przechodząc przez tyle doświadczeń pozostało tym, kim jesteśmy dzisiaj. I nie chciałbym, żeby straszyli nas, manipulowali nami i oszukiwali trzeciorzędni politycy. Bo nie damy się oszukać, ponieważ mamy dostatecznie duże doświadczenie z przeszłości. Byłby czas najwyższy, żeby państwo było tylko sługą narodu.

