Przegląd Polski 21 września 2007
- Literackie eksperymenty Marka Danielewskiego - Grażyna Kozaczka
- Naprzeciwko przemijania - Jarosław Armatys
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Naprzeciwko przemijania

Na zapleczu krakowskiego drink baru Vis a Vis wisi rysunek. Grubą kreską naszkicowana postać siedzącego przy kawiarnianym stoliku Piotra Skrzyneckiego. Na stoliku stoi napełniony kieliszek. "Cześć, koniak" - mówi Skrzynecki. "Cześć, Piotr" - odpowiada koniak.
Barman-poeta Marek Wawrzyński pasjonuje się poznawaniem świata bez konieczności wychodzenia poza fragment Rynku ocieniony markizą rozciągniętą nad drink barem Vis a Vis (nazywanym również Zwisem). To świat przychodzi do Marka. Dzień w Vis a Vis rozpoczyna się wcześnie, tuż po ósmej, od klimatów kawiarnianych. - Witam naszą panią. Witam naszego pana - kelnerka, pani Krysia, zajmuje się obsługiwaniem pierwszych gości. Czasem zagranicznych turystów jest więcej niż Polaków, co dowodzi, że klimat Krakowa powoli zmienia się z galicyjsko-prowincjonalnego na globalistyczno-metropolitalny. Z USA, Australii, Francji, Anglii przylatują byli stali klienci. Pytają, co słychać, kto żyje, kto umarł? Popijając kawę lub żywieckiego portera jeszcze raz smakują atmosferę dawnych zwisowych biesiad. Są tutaj znowu. Po latach. Zanim pojawią się po raz kolejny - miną lata.
Czy drink bar może być domem? Może. Tych, którzy w nim bywają. I tych, którzy w nim bywali, i wciąż bywają, ale już inaczej. - Kiedy w knajpce jest mniejszy ruch, nachodzą mnie wspomnienia. Ten siedział tutaj, tamten tam, można by cały lokal zapełnić osobami zapisanymi w pamięci - w przerwach między zrobieniem kolejnego cappuccino a nalaniem kolejnego kufla piwa Markowi zdarza się pisać wiersze. "Przychodziło tu wielu / ciekawych ludzi / którzy nie żyją / myślenie o nich / zastępuje towarzystwo".
Właściciele popularnych lokali wpadają czasem w bezkrytyczne samouwielbienie, wydaje im się, że należące do nich kawiarnie, drink bary, puby stworzyli własnym sumptem. Tymczasem oni co najwyżej zaprojektowali wystrój wnętrza i mieli szczęście, dużo szczęścia, że w ich lokalu pojawił się ktoś, kto dał mu duszę.
Zanim pod koniec lat 70. ub. wieku Piotr Skrzynecki zaczął bywać w Zwisie, wraz z artystami i sympatykami Piwnicy pod Baranami, w lokalu dominowali panowie, którzy zajmowali się utrzymywaniem prawdziwych kursów walut w czasach PRL-u. Przyciągnął ich chyba jakiś genius loci - w latach 20. w pomieszczeniach zajmowanych przez Zwis mieścił się kantor wymiany walut. Kiedy w Vis a Vis pojawiła się Piwnica, oba środowiska mieszały się, cinkciarze grali wobec artystów role hojnych sponsorów. Odbywały się ciekawe rozmowy, które poszerzały horyzonty zarówno piwniczan, jak i waluciarzy. Razem tworzyli atmosferę zwisowych biesiad, podczas których zdarzało się, że krakowscy luminarze sztuki i nauki przepijali do krakowskich kloszardów. - Z panami od dolarów zaprzyjaźniliśmy się - opowiada artysta Kabaretu pod Baranami Leszek Wójtowicz. - Kiedyś jeden z nich, ważniejszy taki, ładnie poprosił, że chce na sylwestra przyjść do Piwnicy. Załatwiłem mu zaproszenie. Przyszedł z żoną, oboje byli ubrani bardzo elegancko, posadziłem ich przy stole, przy którym siedzieli uniwersyteccy profesorowie. Przedstawiłem jako krakowskiego biznesmena z małżonką.
Za wczesnego Jaruzelskiego władza ludowa arbitralnie zdecydowała, że alkohole można spożywać od godziny 13:00. To właśnie o tej urzędowo wyznaczonej porze rozpoczynał się w Vis a Vis czas piwniczny. Piotr Skrzynecki rozsiadał się przy stoliku, natychmiast otaczało go mnóstwo ludzi. - Przynosiliśmy nowe teksty. Piotr jedne akceptował, inne odrzucał. Ustalał program. Sobotni występ był tylko zwieńczeniem całotygodniowej pracy wykonywanej w Vis a Vis - wspomina Marek Pacuła, dyrektor artystyczny Piwnicy pod Baranami.
Przychodzenie Skrzyneckiego o 13:00 do Vis a Vis obrosło w liczne anegdoty, lubił opowiadać je znajomym: "Słuchajcie, idę sobie, jak zwykle, do Zwisu, na Floriańskiej pytam jakąś kobietę, która godzina, a ona na to, wyobraźcie sobie, że mam jeszcze piętnaście minut!". Czasami Skrzynecki przychodził roztrzęsiony, podenerwowany i natychmiast prosił o koniak. - Władza bawiła się z Piotrem jak kot z myszką. Raz pierwszy sekretarz PZPR zapraszał go na wódkę i było "panie Piotrusiu", a innym razem esbecja przesłuchiwała go na golasa przez całą noc - opowiada popijając kawę były piwniczanin Kazimierz Madej.
Czy drink bar może być sztuką? To zależy. Od tego, jacy ludzie w nim przebywają. Ilu wśród nich jest artystów twórczości i artystów życia. Artyści życia mogą być prawnikami, inżynierami, kamieniarzami albo kloszardami, to nie ma znaczenia. I nie muszą tworzyć dzieł sztuki, nie ma takiej potrzeby. Potencjalnie mogliby w każdej chwili zacząć tworzyć, ale nie chcą. Może jeszcze nie potrafią, wciąż czekają, aż przyjdzie ich czas. Albo, jak reżyser Andrzej Warchał, który przestał kręcić filmy, powiedzieli, co mieli w sztuce do powiedzenia. Zagłębiają się w swój prywatny kosmos siedząc przy barze, tuż obok ekspresu do kawy, na krześle, na którym barman Marek zapobiegliwie położył miękką poduszeczkę. Chcą być artystami życia, a nie twórcami. Ta rola im odpowiada.
Bardzo niewielu genialnym ludziom udaje się połączyć role artystów twórczości i artystów życia. Kimś takim był Piotr Skrzynecki. Świat, jaki stworzył w Vis a Vis, przyciągał aktorów, fotografików, kamerzystów, reżyserów, malarzy z uczelni i malarzy z murów, lekarzy, nauczycieli akademickich, studentów...
Wiele literackich, poetyckich, muzycznych utworów, pomysłów na obrazy, rzeźby urodziło się właśnie tutaj. Jeszcze więcej sczezło w ogniu krytyki zwisowych bywalców, zanim twórca podjął próbę zamienienia swych pomysłów w dzieło sztuki. Ta atmosfera pozostała w Vis a Vis, podtrzymuje ją chociażby poeta Marcin Świetlicki, nieodmiennie gromadzący przy swoim stoliku osoby do zarobkowego uprawiania poezji aspirujące.
Krytyk teatralny Paweł Głowacki, który zaczął w Vis a Vis bywać pod koniec lat 70., jeszcze jako licealista, znalazł w tym miejscu klimat, który mógł panować w Jamie Michalika za czasów Zielonego Balonika, za czasów Przybyszewskiego. Takiego klimatu w Jamie już nie ma, tam, w oparach młodopolskiej legendy, starsze panie jedzą ciastka.
Do Vis a Vis przyciągnęło Głowackiego "stężenie wielkości" tego miejsca, w którym przebywali ludzie dobrze mu znani ze sceny Piwnicy pod Baranami i Starego Teatru. Wkupywanie się do Zwisu, do uczestniczenia w toczących się tam ekscytujących rozmowach, trwało dość długo: - Dopiero po pewnym czasie zostałem zauważony, było dzień dobry, dzień dobry, jakieś piwo, jakieś pół literka, zaczęło się bywać u siebie.
Piotr Skrzynecki zakończył swą ziemską działalność w 1997 roku. Wkrótce po jego odejściu piwniczny kompozytor Zbigniew Preisner zaczął odczuwać nieznośny brak czegoś, co nagle ubyło z jego życia. Zamówił wykonaną z brązu rzeźbę siedzącego przy kawiarnianym stoliku Skrzyneckiego. Postawiono ją tam, gdzie latem zwykł siadać Skrzynecki, tuż przy wejściu do Vis a Vis. Pani Krysia, kelnerka, codziennie rano kupuje panu Piotrowi trzy kwiatki. Jeden wkłada mu w dłoń, a dwa pozostałe do wazonu. Co kilka godzin zmienia przywiędły kwiatek w dłoni pana Piotra na świeży.
Przez kilka lat aktor Jan Nowicki pisał felietony, które miały formę listów, a adresatem wszystkich był "Pan Piotr Skrzynecki. Niebo". Publikował je Przekrój, jeszcze krakowski. Krakowskiego Przekroju już nie ma, wyczerpała się jego formuła, stracił czytelników. Czy to kolejny znak, że estetykę Piwnicy pod Baranami zastępuje w Krakowie estetyka festiwali przaśnych zup i jeszcze bardziej przaśnych pierogów? Że Kraków powoli przeistacza się w specyficzną, gęsto knajpami przetykaną odmianę Disneylandu? - Stara estetyka przegrywa, przyznaję. I mówię to z najgłębszym smutkiem - stwierdza pochylony nad kuflem żywieckiego portera Wacław Krupiński, zwisowiec i szef działu kulturalnego lokalnej gazety Dziennik Polski. - Na szczęście Kraków wciąż jest miastem, które próbuje bronić się przed wrzaskiem, głupotą, tandetą. Choć odeszły takie postaci, jak Jerzy Turowicz, Czesław Miłosz, Piotr Skrzynecki, wielcy hamulcowi, którym udawało się opóźniać pewne procesy, to jednak wciąż są ludzie, którzy podejmują próby zatrzymania tamtego czasu, tamtej tradycji. Nie, nie czuję się jeszcze aż takim starcem, żebym uważał, iż nie może być inaczej. Niech to nowe sobie wchodzi. Niech osadza się wokół nas. Ale niech nie psuje gustów. Nie psuje smaku.
Popijając piwo fotografik Tomasz Kaiser narzeka, że w drink barze pojawia się coraz więcej osób, które nie mają pojęcia, czym była/jest Piwnica. Rzeźba Skrzyneckiego jest dla nich anonimowa. - Cośmy się nasłuchali, "kto to jest ten facet z brązu?", to się nie mieści w głowie, dla kogoś był to nawet Mickiewicz Adam.
Przy rzeźbie pojawiła się w końcu tabliczka informacyjna.
Sącząc kolejny gin z tonikiem Paweł Głowacki zauważa, że już od dawna nie spotkał w Vis a Vis młodego człowieka, z którym chciałby napić się wódki i pogadać.
- Z młodymi trudno się rozmawia. Kiedy pada nazwisko Tomasza Manna, zapada krępująca cisza. Trzeba by im opowiadać świat od samego początku, a tego po prostu za dużo jest.
Takie rozmowy, jakie kiedyś toczyły się w Vis a Vis, należą dzisiaj do rzadkości nawet tu. A dlaczego miałyby przetrwać? Młodzi rozmawiają już na inne tematy i w innych lokalach. - Wygrywa estetyka pokolenia wczesnej wolności - mówi Głowacki. - A jakaś hierarchia powinna być, w każdej epoce. Młodzi ludzie powinni uczyć się od autorytetów. Jeśli chcą kontestować, proszę bardzo, ale dopiero wtedy, gdy wszystkiego już się nauczyli. Negowanie przeszłości zawsze kończy się fatalnie. Jakimś gatunkiem barbarzyństwa.
W Vis a Vis powoli zapada wieczór. Pojawiają się "clubberzy" i ćmy barowe, które przyciąga załamujące się w kieliszkach światło. Wpadają jazzmani dostroić się przed koncertami i zrelaksować po ich zakończeniu. Godziny wieczorne to również pora oryginałów. Zachodzą, przysiadają się do stolików, snują niekończące się opowieści. Właśnie wieczorami szczególnie boleśnie odczuwa się w Vis a Vis dojmującą nieobecność Szajbusa, który potrafił rozładować nawet najbardziej przesiąknięte nostalgią klimaty.
W latach 70. Zbigniew Fijałkowski, zwany Szajbusem, były żużlowiec klubu sportowego Wanda, handlował walutą. Odwiedzał knajpy ze striptizem, gdzie rozbierał się w takt melodii razem z panienkami. Rozbijał się drogimi samochodami, szastał pieniędzmi. Nade wszystko jednak upodobał sobie przesiadywanie w piwnicznym kabarecie, nie opuszczał żadnego występu.
Króla życia Zbigniewa Fijałkowskiego dopadło szaleństwo, stał się kloszardem Szajbusem, pijał z butelki wiśniówkę na Rynku, wrzucał turystkom swoją sztuczną szczękę do filiżanek z herbatą, a czasem pokazywał im gołą d... Sam siebie obsadził w roli zwisowego błazna, z której wywiązywał się po mistrzowsku. Potrafił zabawiać, ale i obrażać gości. Obcych traktował jak intruzów w swoim królestwie.
Po Krakowie krąży plotka, że Fijałkowski był agentem służby bezpieczeństwa. To dzięki tej współpracy mógł robić, co chciał. Sumienie nie dawało mu jednak spokoju, jego myśli stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Zgodnie z plotką sam sobie w końcu wymierzył sprawiedliwość. Powiesił się w lutym 2005 roku.
Ile w tej opowieści jest prawdy? Głowacki włożył do trumny Szajbusa półlitrówkę wiśniówki, by było mu raźniej podczas drogi w zaświaty. Tak pożegnał przyjaciela. Mówi, że na pogrzebie Fijałkowskiego nie widział żadnej z osób rozpuszczających o nim modne ostatnio esbeckie oszczerstwa. - Wielcy pisarze nauczyli mnie, że opowieść nawet o takim kawalątku świata, jakim był Szajbus, musi być pełna. Nie powinni wypowiadać się o nim ludzie, którzy widzieli go kilka razy w życiu, wtedy, kiedy jego szaleństwo brało górę. Zbigniew Fijałkowski nie był człowiekiem jednowymiarowym. Miał gołębie serce, rozmowy z nim były prawdziwą przyjemnością, był oczytany jak diabli.
Portret Szajbusa wisi w Vis a Vis, na ścianie obok baru.
Krytyka Pawła Głowackiego i 30-letnią krakowiankę Barbarę Bialikiewicz łączą przeczytane książki iberoamerykańskich autorów oraz umiejętność posługiwania się słowem, dzięki której zarabiają na życie. Bialikiewicz założyła własną firmę, Klinikę Słowa, w której leczy teksty przedsiębiorców, prace magisterskie i doktorskie, instrukcje stosowania leków, opowiadania początkujących autorów. Specjalizuje się w przypadkach beznadziejnych, przywracając je - jak mówi - światu pana profesora Miodka.
Choć Bialikiewicz i Głowacki mijają się na krakowskich ulicach, najprawdopodobniej pozostaną dla siebie anonimowi, nie usiądą przy stoliku w Vis a Vis, by porozmawiać o ulubionych książkach. Bialikiewicz uważa Zwis za lokal, w którym starsi panowie popijają piwo w oparach kiedyś przez nich stworzonej legendy. Klimatów, z których słynęła Jama Michalika, a później Vis a Vis, poszukuje w innych lokalach.
Barman-poeta Marek Wawrzyński przyznaje, że w Vis a Vis daje się zauważyć upływ czasu, co widać chociażby z perspektywy półki za barem, na której stoją serwowane trunki. Dawniej królowały tu wina Heros, Rosario, Sangria. Teraz stoją butelki kilku gatunków whisky, Campari, Martini, Becherovka. Nie uważa jednak, że pracuje w skansenie. Młode, marzące o scenicznej karierze aktorki wciąż spotykają się w Vis a Vis z dyrektorami Piwnicy Markiem Pacułą i Piotrem Fersterem. Te spotkania i rozmowy przekształcają się w nowe debiuty na scenie Piwnicy pod Baranami.
Fotografik Kaiser uważa jednak Zwis za historię, która powoli przemija. - Myślę, że klimat Vis a Vis będzie trwał jeszcze przez kilka lat. Nie wiem, jak długo. Może pięć, może dziesięć. Rozpłynie się, kiedy przejdziemy na ziółka, lekarz zabroni pić kawę, mocniejsze trunki, palić papierosy.
Kaiser postanowił tę historię zapisać w kadrze, póki jeszcze trwa, namówił zwisowców do zrobienia rodzinnej fotografii. Wisi na ścianie tuż przy wejściu do Vis a Vis.
Czy lokale, jak ludzie, umierają? Tak. Tylko niektóre mają więcej szczęścia, trwają w czasie wiecznym. W role starych bywalców wcielają się nowi goście. Stołek przy ekspresie do kawy zajmuje kolejny twórca, który już wszystko, co miał w sztuce do powiedzenia, powiedział. Pojawia się kolejny Książę Poetów, gromadzący przy swym stoliku osoby do zarobkowego uprawiania poezji aspirujące. Przy innym stoliku, tam, pod oknem, zasiada ktoś nowy, kto będzie układał swoje myśli w formie listów wysyłanych do nieba.

