Przegląd Polski 7 września 2007
- 70 lat Muzeum Polskiego w Ameryce - Radosław Święs
- Herbert Hoover a Polska - Zbigniew L. Stańczyk
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
O dwóch takich,
co nic nie ukradli...
Lojalnie uprzedzam osoby wciąż nastawione sielankowo, dzięki wakacyjnemu pławieniu się w morzach i jeziorach kilku kontynentów oraz w lekturze Przeglądu Polskiego, że będzie to nudny tekst. Nie znajdzie w nim czytelnik niczego zabawnego ani odkrywczego. Niech nikogo także nie zmyli tytuł: nie będę pisał o popisach dwóch takich, co najpierw ukradli Księżyc, a teraz połakomili się na Planetę Fantasmagorię. Jak na razie tracąc posłuch, zakładają wszystkim podsłuch. Podsłuchanych zamykają, a zamkniętych wypuszczają - na siebie. Na innych gromadzą kwity i haki, na których niedługo powieszą niedonoszoną demokrację. Nie, ja naprawdę chcę dziś napisać o ludziach, którzy rzeczywiście zasługują na pisanie o nich, i tyle.
Należą do elity - chciałoby się powiedzieć narodu, ale byłoby to pewnym nadużyciem. Za wieszczem Adamem i jego Księgami pielgrzymstwa i narodu polskiego trzeba zatem powiedzieć, że należą do elity pielgrzymstwa. To też brzmi pokracznie. Do elity Polonii nie należą na pewno, bo czyż Polonia wyłoniła ze swego łona jakąś elitę? Nie należą więc do żadnej kasty uprzywilejowanej, co najwyżej do kasy pożyczkowej, co jak wiemy żadnych przywilejów nie przysparza, jeno procenty. Nie mają na piersiach medali, bo nie startują w polonijnych konkurencjach medalowych, w których obowiązują pląsy, podskoki, ukłony, całujęrączkizm i tym podobne rozkosze.
Ci dwaj ludzie należą do ginącego gatunku dinozaurów emigracji i być może niczym dinozaury zostaną kiedyś odkopani i umieszczeni w Muzeum Gatunków Przeznaczonych na Wyginięcie. Ale i co do tego nie możemy mieć pewności. Nie wiemy też, na jakim kontynencie spoczną. Jak na razie ci dwaj nie spoczywają w wysiłkach, by ocalić od zapomnienia wytwory innych dinozaurów. Za życia organizują im wydawanie książek, po śmierci organizują im życie po życiu - w literaturze. Pracują bowiem w wydawnictwie, ale jest to takie dziwne wydawnictwo, że nie tylko nic im nie płaci, choć ma w nazwie "fundusz", to jeszcze muszą z własnej kieszeni do pracy swej dopłacać. Pracują też w dwuoosobowym, nieformalnym zakładzie pogrzebowym, narażając się na przykrości biurokratów i niemałe koszty: wożą do Polski i grzebią prochy zmarłych na obczyźnie pisarzy i poetów, porządkują pozostawione książki, a skromne grosze, uzyskane ze sprzedaży starych mebli zmarłych dinozaurów, przeznaczają na wydawanie książek tych jeszcze żyjących.
Kiedyś lata całe ociągałem się z wydaniem kolejnego tomiku wierszy, wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że niewydawanie na emigracji ma jakiś sens, że w tym szaleństwie nieistnienia jest jakaś metoda. Zapukali do moich drzwi. Wręczyli mi tomik, pozbierany z wierszy rozproszonych po czasopismach i potajemnie wyciągniętych od mojej żony. Innym razem zapisywałem odchodzenie przyjaciela. Nieomal gwałtem zmusili mnie do przesłania im wierszy. I znowu na moim biurku wylądował bibliofilski tomik, wydany staraniem i nakładem ich własnej pracy, zabiegów i nieprzespanych nocy. Teraz domagają się ode mnie wyboru "Żabek", w celu wpuszczenia ich do stawu - by nie powiedzieć kałuży literatury polskiej. Czasami myślę o nich, że chyba nie wiedzą, gdzie są, że tu nie marnotrawi się czasu na działalność dobroczynną, wyłącznie charytatywną, kosztem życia prywatnego i dochodów - chyba że ma się za dużo pieniędzy i czasu, z którymi nie bardzo wiadomo, co zrobić. Tymczasem oni czynią swoją-nieswoją powinność uparcie od ćwierci wieku. I robić tak będą już do końca. Z jednego prostego powodu: z miłości do książki i głęboko zakorzenionej świadomości obowiązku wobec kultury polskiej. Brzmi to pompatycznie, ale tak właśnie obaj rozumieją patriotyzm.
Z tego samego też powodu obaj pracują w fundacji przyznającej nagrody i stypendia twórcom z kraju, jak i wychodźstwa. Jeden z nich mozolnie spisuje protokoły, drugi pisze porywające uzasadnienia i wygłasza wspaniałe laudacje. Pisze też recenzje i eseje na temat pisarzy, o których pies z kulawą nogą by się w kraju nie upomniał, a poza nim wiedzą o tych często wybitnych talentach tylko banki, żądające spłaty długów długich jak transsyberyjska kolej. Ale jak patrzę na tę dwójkę i ich zabiegi o nieswoje sprawy, narasta we mnie przekonanie, że oni jednak mają rację. Że robią ze swoim życiem dokładnie to, do czego zostali powołani. Że nie sprzeniewierzają się swojemu losowi, który im kazał żyć niemal na granicy przetrwania po to, by mogli przetrwać inni, przynajmniej w literaturze.
No dobrze, powie ktoś, kto mimo lojalnych uprzedzeń z początku ten tekst jednak przypadkiem doczytał do tego miejsca: i jaki z tego morał wynika, poza faktem, że ci dwaj ludzie, którzy nic nikomu nie ukradli, chyba że czas niepoświęcany własnym rodzinom, robią to, co lubią, może i kosztem swoich bliskich i własnego zdrowia, ale jednak w jakimś sensie dla własnej przyjemności i satysfakcji? Ano taki.

