Przegląd Polski 31 sierpnia 2007
- Dwie rewolucje - Sierpień '80 i Październik '56 - Kazimierz Wierzbicki
- Potrójne życie - Jan Zieliński
- Tajemniczy pan Adolf - Andrzej Beck
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Tajemniczy pan Adolf

Wybuch wojny w 1939 roku zastał mnie i moją matkę w Rejowcu pod Lublinem w majątku krewnych. Po pierwszym tygodniu wojny matka uznała, że bezpieczniej będzie się przenieść z Rejowca dalej na południe Polski. Dzięki przejeżdżającym znajomym, którzy nas podwieźli swoim samochodem, dotarliśmy do Lwowa. Front się zbliżał, a Lwów był bombardowany całymi dniami przez samoloty niemieckie. Dzięki naprawdę szczęśliwym okolicznościom udało nam się znaleźć kogoś, kto podwiózł nas do Zaleszczyk, a tam na piechotę przeszliśmy przez most graniczny do Rumunii.
Bardzo szybko matka zorientowała się, że dłuższy pobyt w Rumunii może być bardzo ciężki, a nawet niebezpieczny, tak więc po kilku dniach byliśmy już w drodze do Rzymu, gdzie mieliśmy znajomych, którzy pomogli jej znaleźć pracę w Czerwonym Krzyżu przy wysyłce paczek do obozów jenieckich. Mieszkaliśmy tam do wiosny 1940 roku, kiedy zaczęły być widoczne oznaki silnej presji Niemców na władze włoskie.
Trzeba więc było jechać dalej, ale gdzie? Po długich namysłach i za radą znajomych wybraliśmy Anglię, ale niestety nasze starania o wizę angielską spełzły na niczym, bo z powodu obostrzeń wojennych Anglicy po prostu przestali wydawać wizy wjazdowe cudzoziemcom. Nawet osobista interwencja ambasadora Bolesława Wieniawy-Długoszowskigo w ambasadzie angielskiej nie pomogła. Naturalnie moja matka była tym bardzo przygnębiona i nie wiedziała, co dalej robić.
PRZEZ RZYM I NATURALNIE PRZEZ AMBASADĘ RP przewijały się tłumy Polaków, którzy w drodze z Polski, Rumunii i z Węgier przedostawali się do Francji. Pewnego dnia w ambasadzie zjawił się pan Adolf Kon, który twierdził, że przed wojną był honorowym konsulem Haiti w Warszawie. Czy był tym konsulem w Warszawie, nikt na pewno nie wiedział, ale faktem było, że miał małą walizkę, w której znajdowały się wszystkie potrzebne stemple, formularze wizowe i paszportowe Republiki Haiti.
Gdzieś, zupełnie przypadkiem, Kon poznał moją matkę, która mu opowiedziała o naszych nieudanych staraniach o angielską wizę. Ku naszemu zdumieniu Kon powiedział, że on taką wizę może załatwić, bo ma dobre stosunki z Anglikami. Z początku wydawało nam się to bardzo podejrzane, matka nawet bała mu się dać swój paszport, ale nie było innej rady, więc się zgodziła. Następnego dnia rano Kon zgłosił się po paszport i już przed południem zatelefonował i zapytał, czy chcemy normalną wizę, czy też dyplomatyczną. Matka zgodziła się na normalną. Wczesnym popołudniem Kon zjawił się z wizą w paszporcie, co wywołało zdziwienie i niedowierzanie w całej polskiej ambasadzie. Urzędnicy obejrzeli tę wizę bardzo dokładnie i stwierdzili, że jest prawdziwa, żaden tam falsyfikat. Zrobiło to na wszystkich w ambasadzie ogromne wrażenie i akcje Kona bardzo poszły w górę, ale i wzrosły podejrzenia co do jego chodów u Anglików. Sam ambasador nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że jego starania nie dały rezultatu, a tu taki nieznany przyjezdny, nie wiadomo skąd, trochę podejrzany facet, potrafił w ciągu kilku godzin wizę załatwić.
Wiosną 1940 roku z wizą angielską w paszporcie, trochę z duszą na ramieniu wyruszyliśmy z Rzymu przez Szwajcarię do Francji. Po tygodniowym pobycie w Paryżu zamierzaliśmy jechać dalej do Londynu. Okazało się, że Adolf Kon też się wybierał do Francji, więc zabraliśmy się razem.
Podróż z Włoch do Szwajcarii odbyła się bez specjalnych wrażeń, ale na granicy szwajcarsko-francuskiej kontrola dokumentów i rewizja były bardzo ostre. Pociąg został zatrzymany, wszystkim pasażerom kazano wysiąść i skierowano do kontroli władz francuskich. Czekaliśmy w długiej kolejce i zauważyłem, że Kon był trochę zdenerwowany. W pewnej chwili powiedział, że dzieci (miałem wtedy 13 lat) na pewno nie będą sprawdzane, więc polecił mi, żebym pomijając tłum czekających przeszedł kontrolę i poczekał na matkę i na niego, przy czym wręczył mi małą i wąską książeczkę, którą włożyłem do kieszeni. Rzeczywiście, podczas kontroli o nic mnie nie pytali, tylko wskazali ławkę, na której miałem czekać na matkę. Trwało to wszystko dość długo, więc z nudów wyciągnąłem książeczkę Kona i zacząłem ją przeglądać. Zobaczyłem, że zamiast zwykłych stron, są w niej 1000-dolarowe banknoty, które najwidoczniej Kon starał się zataić przed kontrolą.
DO PARYŻA PRZYJECHALIŚMY na kilka dni przed początkiem ofensywy niemieckiej na północy, która odcięła nam możliwość dalszej podróży do Londynu. Rozstaliśmy się z Konem, który radził nam wyjazd na południe Francji do Arcachon na wybrzeżu atlantyckim, żeby tam spokojnie poczekać, aż Francuzi wygrają wojnę.
Jazda z Paryża do Arcachon w przeładowanym uciekinierami pociągu przypominała warunki, w jakich ludzie ewakuowali się rok wcześniej w Polsce. Na miejscu w Arcachon panował zupełny spokój. Nikt się wojną nie przejmował, można było sądzić, że toczy się ona gdzieś na innym kontynencie. Spotkaliśmy kilka znajomych rodzin, które też tam przybyły, żeby przeczekać wojnę.
Zupełnie nie zdawaliśmy sobie sprawy z postępu ofensywy niemieckiej i związanym z tym niebezpieczeństwem aż do dnia, kiedy pod naszą siedzibę zajechał duży służbowy samochód z szoferem. Wysiadł z niego Adolf Kon w mundurze polskiego porucznika i ogłosił wezwanie do natychmiastowego wyjazdu, bo Niemcy mogą już się zjawić za kilka dni.
Wraz z jeszcze jedną rodziną zabraliśmy się z Konem jego samochodem do Bordeaux, żeby zdobyć wizy na wjazd do Hiszpanii i Portugalii.
Przed konsulatem hiszpańskim tłumy ludzi przeróżnych narodowości, ale to nie peszy Kona, który dopycha się do drzwi i znika w budynku konsulatu. Po dłuższej chwili Kon się ukazuje i kiwa na nas, żebyśmy weszli. W środku mamy następujący widok: konsul hiszpański w pozycji półleżącej na dużym fotelu trzyma się za serce, a Kon siedzi przy jego biurku i przybija pieczątki w naszych paszportach. Jak on to załatwił - nie mam pojęcia, ale wyszliśmy z wizami w paszportach. Tłum przed konsulatem przyglądał nam się z wrogą zazdrością.
Jadąc z Bordeaux na południe sprawdzaliśmy w portach, czy nie ma przypadkiem polskich lub angielskich statków, które mogłyby nas odwieźć do Anglii, ale nigdzie ich nie było, a władze francuskie nie miały żadnych informacji. Już niedaleko granicy hiszpańskiej nasz szofer w pewnej chwili wyjął mapę drogową i szukając stacji granicznej spytał Kona: - Panie poruczniku, jak się nazywają te ichnie Zaleszczyki?
PO PRZEKROCZENIU GRANICY HISZPAŃSKIEJ rozstaliśmy się z Konem. On pojechał samochodem do Madrytu, a my koleją w kierunku granicy portugalskiej. Przed rozstaniem umówiliśmy się, że spotkamy się za kilka dni w Lizbonie. Tymczasem na granicy w Villar Formoso tamtejsze władze zatrzymały pociąg i ogłosiły, że z powodu przepełnienia Lizbony uciekinierami puszczają dalej tylko osoby z angielskimi i amerykańskimi paszportami. Utknęliśmy w tej małej, dość parszywej mieścinie, czekając na decyzję lokalnych władz. Po tygodniu zaczęli puszczać dalej, ale rozsyłali po różnych miastach. Nam się udało, bo puścili nas do Lizbony, ale naszych przyjaciół skierowali do Oporto.
W Lizbonie znów dylemat, co robić dalej. Przeprawa morzem do Anglii bardzo utrudniona i do tego straszą, że Niemcy już atakują statki w Zatoce Biskajskiej. Po kilku dniach zjawił się Adolf Kon, który poradził nam wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Niestety, nasze wstępne rozmowy w Ambasadzie USA wyglądały dość beznadziejnie. Panował wówczas system kwot narodowościowych, a kwota polska na wizy emigracyjne była mała i już zupełnie wyczerpana. Na takie problemy Kon miał zawsze jakieś rozwiązania. Zaproponował, że sięgnie do swego podręcznego "konsulatu" i wystawi nam wizę na pobyt w Haiti, dzięki której będziemy mogli starać się u Amerykanów o wizę tranzytową, a jak już znajdziemy się w USA, to należy od razu wystąpić o jej przedłużenie.
PONIEWAŻ STRASZONO, ŻE NIEMCY RAZEM Z HISZPANAMI lada chwila wkroczą do Portugalii, trzeba było spróbować rozwiązania przedstawionego przez pana Adolfa. Gdy matka zapytała, ile do haitańskiej wizy pobytowej potrzebuje fotografii, powiedział, że tylko jedną, bo do centrali nie wysyła i ostrzegł, żeby pod żadnym warunkiem z tą wizą w Haiti się nigdy nie pokazać.
Dzięki wizie wystawionej przez Kona dostaliśmy krótkoterminową amerykańską wizę tranzytową i miejsce na statku "Excambion", który właśnie odpływał do Nowego Jorku. Kon stwierdził, że też chce się wydostać z Portugalii, więc zabierze się z nami. Jako "dyplomata" haitański naturalnie nie miał problemów z otrzymaniem wizy. Przyłączyła się do nas jeszcze jedna znajoma rodzina, której pan Adolf wystawił podobne papiery.
Należący do American Export Lines m/s "Excambion" był mały, ale wygodny. Na burtach miał wymalowane wielkie flagi amerykańskie, żeby przypadkiem niemieckie łodzie podwodne nie skusiły się go storpedować. Pasażerowie przedstawiali przekrój prawie wszystkich narodowości europejskich, które uciekały od niemieckiej zagłady. Kursowały plotki, że niemieckie łodzie podwodne zatrzymują statki państw neutralnych i zabierają niektórych pasażerów z krajów alianckich. Na szczęście nic takiego się nie stało i w połowie lipca 1940 roku szczęśliwie dopłynęliśmy do Nowego Jorku, gdzie matka natychmiast zaczęła starania o przedłużenie pobytu, na co władze niechętnie, ale zgadzały się w przypadku uchodźców wojennych.
PO TYGODNIU POBYTU W NOWYM JORKU Kon przyszedł się z nami pożegnać i jak zawsze tajemniczo zniknął, tym razem na dobre. Chodziły pogłoski, że wyjechał do Londynu, ale nikt nie wiedział tego na pewno.
Kim był Adolf Kon i czy to było jego prawdziwe nazwisko - do dziś nie mam pojęcia. Nie ulega wątpliwości, że nam i naszym znajomym wyświadczył ogromną przysługę i zrobił to za darmo. Bez niego mogliśmy zostać w Rzymie, a na pewno nie wyjechalibyśmy z Francji na czas, by uniknąć niemieckiej okupacji. Jeżeli dojechalibyśmy do Stanów Zjednoczonych, to dopiero po kilku latach, tak jak wielu naszych znajomych, którzy byli z nami w Portugalii.
Przed laty natrafiłem na krótką wzmiankę w nowojorskim Nowym Dzienniku, że w czasie wojny Anglicy wystąpili z pomysłem, żeby ich wywiad w Ameryce Południowej był prowadzony za pośrednictwem polskich placówek dyplomatycznych, a całym programem miał się zająć ich agent wywiadu Adolf Kon. Czy to był ten sam Adolf Kon, naturalnie nie wiem, ale podejrzewam, że tak, bo przecież potrafił załatwić nam wizę angielską, podczas gdy starania polskiego ambasadora nie dały rezultatu.
Kilka lat temu byłem u znajomych na Florydzie. Mieli w domu przedwojenną warszawską książkę telefoniczną. Natychmiast zacząłem w niej szukać, ale ani nazwiska Adolf Kon, ani honorowego konsulatu Haiti w niej nie znalazłem.

