Przegląd Polski 24 sierpnia 2007

Żabką przez Atlantyk

Pan Bogdan

Marek Kusiba

Był zaprzeczeniem tezy, że poetą się bywa. Był poetą pełnym i spełnionym, potwierdzającym swą poetycką proweniencję w każdym calu, w każdej drobinie istnienia. Był też jaskrawym przykładem twierdzenia, że literatura polska kończy się na Odrze. Co tam na Odrze, na opłotkach Warszawy czy Krakowa, no może jeszcze Wrocławia, z uwagi na Tadeusza Różewicza. Był dowodem na podejrzenie, gryzące emigrantów, że do zaistnienia w literaturze polskiej potrzebny jest dowód. Nie dowód genialności czy dorobku, a dowód osobisty. Dokument tożsamości, potwierdzający miejsce zamieszkania - w kraju. Miejsce musi być nasze, swojskie, a nie czyjeś, obce, abstrakcyjne. Bo gdzie leży Brytyjska Kolumbia? Nad Pacyfikiem?! Nie, panie, to niemożliwe, jak można mieszkać nad Pacyfikiem i pisać wiersze? Że Miłosz? No dobrze, ale Miłosz to zupełnie inna para kaloszy. Jak to inna? A tak to. Inna.

Był jednym z pierwszych, którzy mówili w Polsce o Miłoszu. Podczas wizyty w 1973 r., w radiowym wywiadzie. Sprawa oparła się o Komitet Centralny PZPR, a poszło o opinię Czaykowskiego, że Miłosz jest największym ambasadorem kultury polskiej na Zachodzie. Aby ocalić wywiad, zgodził się na wycięcie tego jednego zdania. Ale resztę mu o Miłoszu puścili. Sam był ambasadorem poezji polskiej, choć wolał być uważany za pośrednika między językami i kulturami. Z Polską miał od początku związki dość luźne. Fizyczne, bo jego ojczyzną była od początku polszczyzna. Kwitnąca na tej samej grządce co angielszczyzna. Ciągnąca z niej soki. Pisał więc po polsku, choć równie dobrze mógł pisać po angielsku, bo wyrastał pośród angielszczyzny, chodził do angielskich szkół. Ale dokonał świadomego wyboru języka dzieciństwa jako języka poezji. Pomógł mu w tym Jerzy Pietrkiewicz, wykładający literaturę polską na londyńskim uniwersytecie. Wraz z przyjaciółmi - Adamem Czerniawskim, Andrzejem Buszą, Florianem Śmieją i innymi członkami londyńskiej grupy Kontynenty - podjął decyzję pozostania przy polszczyźnie. Czaykowski zapisał się na polonistykę w jednym celu: aby lepiej poznać język swojej poezji. Ale wszystkie jego zabiegi o bycie poetą polskim odbywały się poza Polską, czyli nigdzie - z krajowej perspektywy, bo jak wiadomo, literatura polska kończy się na Odrze albo i w opłotkach Warszawy, gdzieś w Grójcu lub Milanówku, gdzie mieszka skądinąd niezły poeta, ale kudy mu do Czaykowskiego.

Poza brakiem właściwego miejsca zameldowania i stolika w Czytelniku, miał jak najzupełniej niewłaściwy stosunek do problemu miejsca. Dla niego bardziej od problemu miejsca liczył się problem czasu. A przecież on nawet z Polski nie emigrował, a został wywieziony. Twardy orzech do zgryzienia. Nie stolik w Czytelniku, a wielki stół zastawiony poetyckimi przysmakami, ale nie bardzo wiadomo, jak to jeść. Krytyka w Polsce ma swoje ulubione smaki. Ale jak bezboleśnie położyć na języku polskim - język poezji obłożony innymi językami, przedestylowany przez literatury angielskojęzyczne? Czaykowski wychował się na najlepszej poezji świata - wspaniałej, przebogatej poezji angielskiej. W swej własnej pomieścił najlepsze wzorce, wielcy poeci byli mu mistrzami: Yeats, Eliot, Pound, Dickinson, Whitman, Wordsworth, Keats, Donne... A kto ich w Polsce przeczytał, i to w oryginale? Na pewno Stanisław Barańczak, garstka tłumaczy i anglistów. Krytycy? Oni nie zawsze czytają swoich, jakżeby mieli sięgać po oryginały Yeatsa, by zrozumieć subtelności Czaykowskiego? To niewykonalne. Dlatego krytyka, poza nielicznymi wyjątkami, nie chwyta odrębności jego przesłania. Jest jeszcze dodatkowa trudność. Czaykowski doświadczył wielu kultur, z których czerpał inspiracje: Rosja, Uzbekistan, Persja, Indie, Irlandia, Anglia, Walia, Szkocja, Kanada... A krytyka polska inspiruje się kulturą kawiarnianą, jest uwikłana w układy, zaszłości, korna wobec lokalnych autorytetów, za łatwo wskakuje na to, co właśnie jedzie... A jak ktoś wyjechał, i to daleko, to daleko z taką krytyką nie zajedzie...

Teraz wystarczy do tego dodać - a raczej odjąć! - tożsamość narodową. Powiedział nam kiedyś w wywiadzie (przeprowadzonym wspólnie z Edwardem Zymanem dla lubelskiego Akcentu, 3/2002), że nie ma tożsamości narodowej, że jest ziemcem. "Tożsamość językowa, kulturowa to inna sprawa. (...) Niemniej ja nie mam żadnego problemu z utożsamieniem się z jakąkolwiek narodowością, grupą etniczną. (...) i Palestyńczyk, i Żyd, i Polak, i Rosjanin, i Ukrainiec, i Niemiec są mi równie bliscy i równie dalecy, w zależności od tego, kim są jako ludzie, jako ziemcy...". No, Panie Bogdanie, patrzący teraz na nas, ziemców, ze swych okanagańskich sadów, jak się głosi taką postawę, to się wybiera określony los. Jest się wszędzie i nigdzie. Można być, tak jak Pan, jednym z najwybitniejszych poetów polskich XX wieku, ale jak się nie pilnowało swoich interesów między Bugiem a Odrą, w Krakówku czy Warszawce, jak się w porę nie wróciło i nie ukorzyło, to pozostaje się ziemcem już do końca Ziemi.

Czy to źle? Ależ to wspaniale!

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail