Przegląd Polski 17 sierpnia 2007
- Między pokorą a buntem. Portrety dwudziestu świętych kobiet - Joanna Rostropowicz-Clark
- Poetyckie poszukiwania - Grażyna J. Kozaczka
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Siekierezada na Wiejskiej
Od początków obecnej demokracji słychać narzekania na literaturę, w której ponoć rzeczywistość polska nie znajduje lustrzanego odbicia (poza lustracją, oczywiście). Tymczasem wydarzenia ostatnich dni, tygodni i miesięcy pokazują nader dobitnie obecność w polskiej politycznej korridzie nader wielu byków, przepraszam: gatunków literackich. Od antycznej tragedii poczynając, a na współczesnej tragifarsie i tragikomedii (pomyłek) kończąc. Trup ściele się gęsto, ludność coraz bardziej pasjonuje się krwawiącym dwugłowym bykiem, zaczyna brakować jedynie inwektyw, które miałyby do bardziej krwawych zmagań zachęcać rodzimych matadorów, no i byka oczywiście. Brakuje też polskiego Forsytha i polskiej odmiany Psów wojny, z tytułem, powiedzmy Psy PiSu... Ale i tak rodzima, pogardzana, lustrowana i usuwana z podręczników literatura radzi sobie z tematem nie najgorzej. Wystarczy przekartkować dramaty Witkacego czy Ferdydurke Gombrowicza: przecież te gębusie przyprawiające sobie wymiennie swoje własne gęby to nic innego jak klasyczny pojedynek na miny Miętusa i Syfona. Trwają polityczne pojedynki na miny, wielu na tych minach wylatuje, ale odbywają się też bezkrwawe pojedynki-happeningi, w których bierze udział nawet Rita Gombrowicz, twierdząca słusznie, że jej mąż nigdy takiej, darmowej reklamy w Polsce jeszcze nie miał. I komu to zawdzięcza? Romanowi Giertychowi, ubitemu własnoręcznie przez głównego torreadora (terroradora?).
Jak kraj długi i szeroki potwierdza się też w całej rozciągłości, w całej swej długości i szerokości uwaga Sławomira Mrożka, poczyniona w liście do Wojciecha Skalmowskiego: "Polska obecnie jest trochę inna, niż myślą Polacy. Rzadko który naród żyje aż tak bardzo swoją psyche raczej niż swoją somą. Trochę ten décalage (fr. rozstęp, rozdźwięk - MK) jest niebezpieczny, w wyobraźni, urojeniach, obsesjach i fobiach można wszystko, czyli nic, aż do utraty kontaktu z realnością". No i jest tak w istocie: polityczny kabaret przeistoczył się w polityczną korridę, było śmiesznie, a zaczęło być strasznie, było rubasznie, a zaczęło być wulgarnie, było żartobliwie, a zaczęło być smrodliwie. A niewdzięczne wykształciuchy, jak zawsze w podobnych chwilach dziejowych wielce przełomowych, zamykają się w domach, odwracają telewizory do ściany i sięgają po swoich ulubionych autorów.
Zadzwoniłem do przyjaciela w Polsce. Mówi, że nie wytrzymuje już w tym Obrzydłówku, że chętnie zostawiłby wszystko i wyjechał, byle dalej, na jakieś Wyspy Dziewicze albo Bergamuty. Stefan Żeromski już dawno radził, by "rozrywać rany polskie, żeby się nie zabliźniły błoną podłości", ale nie mógł przecież przewidzieć, że rany polskie rozrywać będzie sama podłość, nawet bez błony ani innej zasłony. Okazuje się, że im więcej ran w tym kraju krwawi, tym większe polityczne zdziczenie, jakby ich nakręcał zapach krwi (zawsze niewinnej). Pisarz nie mógł też przewidzieć, że w czasach szklanych domów taką karierę zrobi ten jego paskudny Obrzydłówek, miejsce wegetacji głównego bohatera Siłaczki Piotra Obareckiego (wielce prorocze inicjały: PO). To, że jego niedoszła ukochana Stasia Bozowska (SB) umrze na tyfus, wiadomo było od początku noweli. Czegóż innego może się PO spodziewać od losu, gdy snuje takie refleksje: "Gorycz zalała mu serce. Co się stało, jakim sposobem aż dotąd zaszedł, dlaczego nie wyrywa się z tego błota, czemu jest leniuchem, marzycielem, refleksjonistą, psowaczem własnych myśli, karykaturą wstrętną samego siebie".
Ale co tam Żeromski i jego Dzieje grzechu, Swawolny Dyzio, Mogiła, Ludzie bezdomni, Popioły czy Syzyfowe prace - tytuły jakże trafnie opisujące współczesność. Nie ma w tych ramotach całej jaskrawości języka współczesnego polityka, dlatego trzeba sięgnąć po autora Całej jaskrawości Edwarda Stachurę. Tym bardziej, że 18 sierpnia minie 70. rocznica jego urodzin. I choć od tragicznej śmierci autora Siekierezady minęło w lipcu 28 lat, ta twórczość jest wciąż jak najbardziej żywa, a Kropka nad ypsylonem jakże może wzbogacić repertuar Kabaretu pod Kaczką (dziennikarską?) o takie smakowitości, jak: "ty świński ryju, ty przykry typie, ty koszmarku, ty farmazonie, ty kameleonie, ty hyclu, ty klakierze, ty picerze, ty picusiu, ty lalusiu, ty luju pasiaty, ty klocu, ty młocie, ty piło, ty szprycho, ty graco, ty ruro nieprzeczyszczona, ty sromotniku bezwstydny, ty dupku żołędny, ty bycie zbędny, ty podwiązko, ty klawiszu, ty koński bąku, ty talencie na zakręcie, ty sedesie z bakelitu, ty flujo, ty szujo, ty fafulo, ty kawale chama w odcieniu yellow bahama, ty ty palcu w nosie, ty dzwonie bez serca, ty emalio z nocnika, ty czarnodupcu, ty kolcogłówku, ty capie, ty bucu, ty wawrzonie, ty luluchu, ty patafianie, ty palancie, ty palantówo, ty szajbusie, ty aparycjonisto, ty kulturysto, ty chechłaku, ty lebiego, ty alfonsie i omego, ty...". Tyle (mi się zmieściło).
Resztę zostawmy na kolejne zagony polskiej politycznej Pampeluny...

