Przegląd Polski 17 sierpnia 2007
- Między pokorą a buntem. Portrety dwudziestu świętych kobiet - Joanna Rostropowicz-Clark
- Poetyckie poszukiwania - Grażyna J. Kozaczka
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Między pokorą a buntem
Portrety dwudziestu świętych kobiet

W wydanej w 1999 r. w Oksfordzie The Illustrated History of Christianity nie ma ani słowa o św. Hildegardzie z Bingen (1098-1179), założycielce klasztoru benedyktynek, autorce wspaniale iluminowanych dzieł zawierających praktyczne wskazówki w kwestii zbawienia, prac encyklopedycznych z dziedziny przyrody i kosmogonii oraz medycznego kompendium Causaue et curae - a także znakomitej kompozytorki 77 pieśni, które nagrane w 800-lecie jej śmierci stały się wydarzeniem w świecie muzycznymi i bestsellerem.
Nie ma też w oksfordzkiej historii chrześcijaństwa innych wielkich średniowiecznych świętych kobiet: cysterki Jadwigi Śląskiej (1174-1242), fundatorki wielu klasztorów, przytułków i szpitali dla trędowatych; Brygidy Szwedzkiej (1303-1373) zwanej Sybillą Północy, która z kultu Matki Boskiej wywodziła postulat równości kobiet wobec Boga i prawa; Klary z Asyżu (1193-1253), która - podobnie jak jej mentor św. Franciszek - walczyła z hierarchią kościelną i samym papieżem o przywilej ubóstwa dla swego zakonu; Katarzyny z Sieny (1347-1380), wizjonerskiej autorki mistycznej Księgi Boskiej Nauki, dyplomatki kościelnej w mrocznych latach papieskiej schizmy. Próżno by też tam szukać choćby wzmianki o naszej królowej Jadwidze, jakże dla chrześcijaństwa europejskiego zasłużonej. Nic dziwnego, powie mi na to prof. Halina Filipowicz: autorami wszystkich rozdziałów w tej milenijnej Historii chrześcijaństwa są mężczyźni.
Do nieba się wznoszą
O nich i o innych - w sumie 20 kanonizowanych lub czekających na kanonizację - świętych kobietach, od średniowiecza do ubiegłego wieku: Edycie Stein, Stanisławie Leszczyńskiej, Dorothy Day, Matce Teresie - opowiada w pogodnej, adresowanej dla szerokiego kręgu czytelników książce Niepokorne święte Joanna Petry Mroczkowska, romanistka, krytyk literacki, autorka Amerykańskiej wojny kultur i Siedmiu grzechów głównych dzisiaj. "Gotowi święci nie spadają z nieba, oni jako ułomni ludzie do tego nieba się wznoszą" - pisze we wstępie autorka, starająca się przybliżyć nam postacie, które być może znamy jedynie z obrazów i figurek kościelnych. "Otrząśnijmy biografie świętych z sentymentalnego lukru, wydobądźmy ludzi z krwi i kości z dewocyjnego sosu, który dusi ich osobowość" - oto zadanie, jakie stawia sobie uczona na progu trzeciego milenium. I zgodnie z duchem czasu (jednak feminizm!) z grona kobiecej mniejszości uznanych sług Bożych (między X i XIX wiekiem mężczyźni stanowili 87 procent kanonizowanych świętych!) wybiera te, o których dziś z całą pewnością można powiedzieć, że były... niepokorne.
Zadanie z wielu względów niełatwe. Ukazanie jakichkolwiek postaci będących przedmiotem kultu religijnego jako "ludzi z krwi i kości", a więc działających w konkretnym historycznym miejscu i czasie, w określonych sytuacjach rodzinnych i społecznych zawiera ryzyko relatywizacji, osłabienia legendarnego nimbu. Jak odróżnić "sentymentalny lukier" od szczerego złota? Jak dostrzec czynniki sytuacyjne (pozycja społeczna, wypadki losowe) i psychofizyczne (nadzwyczajna inteligencja, związane z pewnego typu schorzeniami skłonności wizjonerskie), ale nie pozwolić, aby odwróciły uwagę od świadomego wyboru drogi misji duchowej? Jak rezygnację z dóbr doczesnych uznać za wielką odwagę, nie dopuszczając podejrzeń o wielkim lęku przed bólem doczesnego życia? Jak wreszcie, jeśli świętą jest spalona na stosie z wyroków kościelnych Joanna d'Arc czy nękana przez cenzorów Inkwizycji Teresa z Avili, uniknąć krytycznych refleksji na temat autorytetu Kościoła?
Posłuszne wezwaniom, ale nie zawsze pokorne
Petry Mroczkowska doskonale zdaje sobie sprawę z tych relatywistycznych zasadzek, z laickiego sceptycyzmu "podejrzliwców", do których, jakby mimochodem, zalicza Nietzschego, Marksa i Freuda. Dlatego też w wybranej przez nią dwudziestce świętych trudno znaleźć jakąkolwiek wspólną cechę ze sfery pozaduchowej. Są z domów bogatych, są i z biednych. Są mężatki i matki, ale także wcześnie zmarłe młodziutkie dziewczyny. Większość, ale nie wszystkie, w którymś momencie życia wstępowały do zakonu. Kilka to święte kontemplatywne, wizjonerki - życie innych było wprost niewyobrażalnie czynne, w wielu krajach i na kilku kontynentach. Tylko dwie, Joanna d'Arc i Edyta Stein, zginęły śmiercią męczeńską, ale wszystkie stawiały wyzwanie śmierci. A więc upodabnia je wyłącznie cecha ściśle wewnętrzna: decyzja, czasem podejmowana u progu życia, a czasem w wieku dojrzałym, aby poświęcić się celom wyższym niż własne, pod kierunkiem wskazanym im w bezpośrednim religijnym objawieniu. Posłuszni takim wezwaniom święci, niezależnie od płci, nie mogli być zawsze pokorni wobec wymagań otoczenia, łącznie z reprezentantami najwyższej hierarchii kościelnej. Nawet łagodny i cichy św. Franciszek z Asyżu starł się (co prawda na klęczkach) z wielkim papieżem Innocentym III, początkowo przeciwnym regule ubóstwa w formowanym przez Franciszka zakonie.
Tym bardziej, jak dowodzi Petry Mroczkowska, dotyczyło to świętych niewiast. Już sam fakt charyzmy, pobożności traktowanej jako posłannictwo, jako aktywna służba Bogu na ziemi, był w myśl ostro formułowanych nauk Kościoła o milczącym posłuszeństwie kobiet uosobieniem braku pokory. Nic więc dziwnego, że nieomal wszystkie święte borykały się z ojcami Kościoła, nawet jeśli pomocy biskupów i papieży zawdzięczały realizację swoich dobroczynnych projektów. Podobnie jak jej mentor, św. Franciszek, św. Klara musiała dość uparcie zabiegać o specjalny przywilej ubóstwa dla jej wspólnoty zakonnej (klarysek), a po jego uzyskaniu uczestniczyła z powodzeniem w zawikłanym konflikcie między braćmi i siostrami obu zakonów. Zaledwie 20-letnia królowa Jadwiga dwukrotnie sprzeciwiła się papieżowi - w kwestii nominacji na tron biskupi w Krakowie i w Gnieźnie. Urban VII, nękany schizmą i krwawymi konfliktami na bliskim Rzymowi terenie, ustąpił. Matce Urszuli Ledóchowskiej (1865-1939) nie udało się uzyskać pozwolenia biskupa na otwarcie w Petersburgu katolickiej kaplicy z językiem rosyjskim, co w liście do swojej siostry Marii Teresy (była misjonarką w Afryce!) nazwała przykładem polskiego szowinizmu.
Jedna z najsłynniejszych świętych, Katarzyna z Sieny (1347-1380), należy też do najbardziej niepokornych. Przedostatnia z 25 dzieci w rzemieślniczej rodzinie, 16-letnia Katarzyna nie chciała wyjść za mąż i jako tercjarka związała się z zakonem dominikańskim. Krańcowa ascetka (podobno jadła, i to ze wstrętem, tylko liście sałaty) i wizjonerka, wcześnie zyskała sobie sławę prorokini i orędowniczki ubogich.
Nie bała się trądu i dżumy - a były to lata szalejącej w całej Europie plagi - całowała rany, wrzody, porywała swoją namiętną charyzmą tłumy. Niepiśmienna, była autorką spisanego przez jej spowiednika Rajmunda z Kapui Dialogu o Bożej Opatrzności, modlitw i hymnów, setek listów do świeckich i kościelnych możnowładców. Na audiencjach u Grzegorza XI, którego namawiała, podobnie jak cesarza Henryka, do kolejnej wyprawy krzyżowej, Rajmund tłumaczył jej toskański dialekt na łacinę. (Czy wiemy w jakim języku rozmawiali ze sobą Jadwiga i Jagiełło?). Interesowała się nią inkwizycja, ale jej popularność była zbyt wielka, aby narazić ją na prześladowania. Została kanonizowana w 1461, a w 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła. Ale w kręgach świeckich historyków jej postać dostrzegana jest bardziej kontrowersyjnie, niż pozwalają na to ramy świątobliwej niepokory. W książce Odległe zwierciadło, czyli rozlicznymi plagami nękane XIV stulecie Barbara Tuchman pisze o jej listach do Walezjusza Karola V, w których nawoływała króla, aby spełniał "wolę Bożą i moją". Tuchman wspomina także jej obsesję na punkcie krwi Chrystusa. "Sangue było w każdym jej zdaniu, sangue i dolce (krew i słodycz)". Mówiła o piciu krwi z serca Jezusa, o jego napletku jako pierścieniu ich zaślubin. Dla Petry Mroczkowskiej tego rodzaju szczegóły byłyby aż nadto "z krwi kości" ludzkie, a i kto wie, czy nie pochodzące od "podejrzliwców". "Katarzyna - pisze pojednawczo - była dzieckiem swoich czasów i błędem byłoby twierdzenie, że wszystkie jej poglądy są niezmiennie aktualne".
Święte jako córki swoich czasów
Najbardziej interesujące dla czytelników są te z odległych wieków. Pierwsza z niepokornych świętych, Hildegarda z Bingen, reprezentuje okres późnego średniowiecza, który wraz z rozwojem miast, a więc i pewnej stabilizacji materialnej - przed katastrofalnym wiekiem XIV - wniósł do sztywnej poprzednio teologii chrześcijańskiej elementy humanistyczne, na przykład wiarę w osobowe zbawienie, a także zainteresowanie ciałem ludzkim, fizycznym cierpieniem, co znalazło odbicie w sztuce sakralnej. Hieratycznego Chrystusa zastąpiły wręcz naturalistyczne piety, figury męki, w której uczestniczą także kobiety, trzy Marie.
To wówczas zaczyna się szerzyć cześć dla krwi Chrystusa, w pozytywnym aspekcie jego więzi z każdym chrześcijaninem i chrześcijanką. Świadczą o tych mistyczno-humanistycznych poglądach wspaniałe iluminacje w księgach Hildegardy. Można przypuszczać, że właśnie wtedy bliski w środowisku domowym kontakt ze śmiercią sprzyjał zarówno intensywnej pobożności, gwarantującej zbawienie własne i bliskich (zmarłe dzieci będą wkrótce portretowane jako aniołki), jak i działalności charytatywnej. Wątła Hildegarda, najmłodsza z dziesięciorga rodzeństwa, miała osiem lat, kiedy rodzice oddali ją do klasztoru i w środowisku klasztornym, jako założycielka wielu zgromadzeń benedyktynek, spędziła całe życie. Jej wielkim osobistym dramatem, pisze Petry Mroczkowska, była konieczność rozstania się z przeniesioną na stanowisko przeoryszy innego klasztoru sekretarką i przyjaciółką Ryszardą von Stade. Tego rodzaju "egzaltacje", o jakich czytamy we współczesnych pamiętnikach wychowanek szkół zakonnych, najprawdopodobniej nie należały do rzadkości.
Zjawisko wielodzietności i śmiertelności przewija się przez większość biografii Niepokornych świętych. Krew położnic i chorych - w późniejszych wiekach na gruźlicę - nie mogła nie działać na wyobraźnię nadwrażliwych, inteligentnych dziewczynek, tym bardziej, jeśli wydawano je za mąż w wieku 12 lat. Tyle miała Niemka Jadwiga Śląska (1174-1238), kiedy została żoną Henryka Brodatego. Urodziła siedmioro dzieci, z których czworo wcześnie zmarło. Starsi synowie Konrad i Henryk toczyli bratobójcze walki. Ukochany Henryk (Pobożny) zginął w bitwie pod Legnicą. Czynna w pokojowej dyplomacji, budowaniu klasztorów i szpitali, po urodzeniu siódmego dziecka 33-letnia Jadwiga wdziała włosiennicę i złożyła ślub czystości, do czego także skłoniła męża. Osamotniony Henryk popadł w konflikty z hierarchią kościelną, a gdy ciężko chory wezwał do siebie żonę, nie przyszła. O kanonizację Jadwigi starała się jej córka Gertruda, także mniszka, co osiągnęła w 1260 r. Uważa się Jadwigę Śląską za patronkę pojednania polsko-niemieckiego. Wśród późniejszych świętych, które przeżyły liczne rodzeństwo, są Teresa z Avili (1515-1582), urodziwa karmelitanka, poetka, autorka arcydzieła Twierdza wewnętrzna; Matka Cabrini (1850-1917), misjonarka w obu Amerykach i działaczka na rzecz więźniów; Teresa z Lisieux (1873-1897), zmarła na gruźlicę reformatorka Karmelu, autorka dwóch sztuk o Joannie d'Arc i inspiratorka wielu pisarzy i myślicieli katolickich; łodzianka Stanisława Leszczyńska (1896-1974), która w Auschwitz ratowała dzieci od eksperymentów medycznych zbrodniarza Mengele. Choć na pewno istotne, doświadczenie w dzieciństwie cierpienia nie tłumaczy wszystkiego, nawet ogromnej wrażliwości na cierpienia innych. Wielkie dobro, jak i wielkie zło, wymykają się od przyczynowych uzależnień. Pozostają tajemnicą.
W Auschwitz, razem ze swą siostrą Różą (także zakonnicą) zginęła w komorze gazowej Edyta Stein, urodzona w wielodzietnej rodzinie zamożnych ortodoksyjnych Żydów we Wrocławiu w dzień Jom Kippur. W 1916 r. uzyskała doktorat z filozofii na uniwersytecie we Fryburgu - wcześniej pracowała jako sanitariuszka w lazaretach pierwszej wojny światowej. W 1922 r. przyjęła chrzest i wkrótce wstąpiła do zakonu karmelitanek. I w działalności, i w pracach teologicznych przywiązywała duże znaczenie do swoich więzów żydowskich; głęboko interesowała się pochodzącą z rodziny maranów Teresą z Avili. W 1942 r. gestapowcy wyprowadzili ją z klasztoru w Echt w Holandii i po tygodniu, 9 sierpnia, została zamordowana. Petry Mroczkowska pisze, że "pewne grupy utrzymują, że Edyta Stein zginęła z rąk nazistów nie dlatego, że była katolicką zakonnicą, lecz że była Żydówką". Jest to jeden z przykładów "niepokory" autorki, która nie kryjąc swojej gorącej wiary, stara się być rzetelnym historykiem jakże zaniedbanego przez świeckich naukowców przedmiotu.
Jeśli nie wszystkich czytelników ta piękna książka skłoni do "zmiany życia pod wpływem jakiegoś świętego" - a takie pragnienie, cytując Grahama Greena, wyraża autorka w Epilogu - to na pewno wzbogaci naszą wiedzę i dostarczy materiału do niecodziennych refleksji.

