Przegląd Polski 10 sierpnia 2007

Żabką przez Atlantyk

Sierpniem i młotem

Marek Kusiba

Kraj rozpala kolejna, rocznicowa awantura o celowość wybuchu powstania warszawskiego. Z ochotą szermuje się hasłem o zbrodni, i to zbrodni niemal doskonałej. Jeden z argumentów: nie zginął żaden wysoki rangą dowódca powstania. Brzmi to tak, jakby Armia Krajowa celowo, w cichej zmowie z sowieciarzami i aliantami, wysłała na śmierć kwiat polskiej młodzieży. W klęsce powstania upatruje się przyczyn dzisiejszych problemów. Nie ma kto mądrze rządzić krajem, bo nie ma elit, wygubionych na ulicach walczącej Warszawy. Ci sami publicyści powtarzają za Normanem Daviesem, że nie byłoby Solidarności i wolności, gdyby nie było powstańczego zrywu 1944 r. i wielu poprzednich powstań i klęsk. Jak nie Sierpniem go, to młotem...

Gdy zapytałem kiedyś moją śp. mamę o przyczyny wybuchu sierpniowych strajków na Wybrzeżu, żachnęła się z wyraźnym zakłopotaniem: - To ty nie wiesz, że zwolnili Ankę?

Wiedziałem, że zaczęło się od Anny Walentynowicz, ale mimo wszystko chciałem mieć świadectwo naocznego świadka (moja mama pracowała wtedy na tym samym wydziale Stoczni Gdańskiej, i podobnie jak Walentynowicz była suwnicową). - Nie robimy, bo zwolnili Ankę, tyle mi koledzy powiedzieli. W tym nie było żadnej polityki, wyrachowania. To był odruch ludzkiej solidarności. Przyszłam na wydział, a koledzy do mnie: stajemy. U początków Solidarności nie było kalkulacji, liczenia na cud, na pomoc boską i papieską. Był bunt, o którym wiedzieliśmy tylko tyle, że tak trzeba zareagować, bo inaczej nie można.

O początkach większości zrywów wyzwoleńczych, powstań narodowych na całym, ciemiężonym świecie, w całej jego długiej historii, decydowała jedna, mała, niewidoczna zrazu gołym okiem kropla goryczy, która przepełniła czarę upodlenia. Ciemiężyciel się zagapił i spuścił na plecy katowanego narodu o jeden bat za dużo. Narody trzymane pod butem, czy nawet pantoflem, wykazują nieograniczoną wytrzymałość na razy i zniewagi, na niesprawiedliwość i obelgi, ale przychodzi moment, w którym odkładają narzędzia i chwytają za sierpy i kosy, strzelby i noże albo za pióro z Matką Boską na obsadce - mówiąc w największym skrócie. Tak było w przypadku mojej mamy i jej dzielnych koleżanek i kolegów - odłożyli narzędzia i chwycili za broń strajkową. Stanęli z robotą, tak jak staje się do apelu lub pojedynku. Wtedy nie myśli się w kategoriach opłacalności, jest genetyczna wręcz potrzeba ratowania godności ludzkiej. Bo co po wolności bez poczucia godności?

Gdyby warszawscy powstańcy kalkulowali zyski i straty, poszliby za przykładem Czechów, wzięliby historię na przeczekanie. Jakiś autor wpisuje się na blog Daniela Passenta z porównaniem polskiej i czeskiej historii. Wynika z zestawienia, że Czesi dostali od historii dokładnie to samo, i w tym samym czasie, co my, ale bez przelewania krwi, spalenia stolicy, wygubienia najlepszej młodzieży. Wszystko się zgadza, ich Praga to dziś chyba najpiękniejsze miasto w Europie - nie tak jak nasza Praga i reszta Warszawy. Nie pogrzebali elit w zbiorowych mogiłach, a tym samym nie pogrzebali szans na przyszłość, i gdyby nie Sierpień 1968 r. pewnie do dzisiaj byliby znacznie dalej niż są. Ale co nam po takim byciu? Nie umiemy chować w głowy w piasek, a dumy do kieszeni. Nie tylko my jedni.

Takich narodów, niemądrych z punktu widzenia historii, nadstawiających za innych karki, bijących się, a nie przeczekujących, jest na tym Bożym świecie niewiele. Ale dzięki takim nielicznym narodom, zdziesiątkowanym, rozproszonym po kontynentach, jest na tym świecie jako taki spokój i pokój. A połowa Europy, łącznie z zachowawczymi Czechami, cieszy się dziś wolnością. Więc może w tym szaleństwie skazanych na przegraną, w tym wylewaniu najlepszych swych dzieci z krwawą kąpielą - jest jakaś metoda? Gdyby wszystkie narody Europy miały czeski charakter, nawet tysiąc Havlów oraz milion Szwejków nie zmieniłoby losów jej historii. Wystarczyła jedna Anna Walentynowicz i solidarni z nią koledzy. Musieli odłożyć narzędzia i stanąć z robotą, tak jak ich poprzednicy w sierpniu 1944 r. musieli odłożyć rachuby polityczne i stanąć do nierównej walki.

Przeciw imperium zła - imperatyw ducha. O historycznych wygranych czy porażkach nie zawsze decydują atomówki, jak te, rzucone także w sierpniu, na Japonię, ani też wysublimowane analizy polityczne. Przecież z chwilą wybuchu powstania warszawskiego losy Polski były już przesądzone, alianci sprzedali ją Stalinowi i żaden doświadczony polityk czy dowódca nie mógł liczyć na pomoc żadnej ze stron. Dzisiaj łatwo zza ekranu komputera wyrokować o zbrodni powstania. Ale gdyby sierpniowy zryw stoczniowców zakończył się sowiecką inwazją i ofiarami sięgającymi dwustu tysięcy poległych, dzisiaj o zbrodnię stanu i sarmacką anarchię oskarżano by także Bogdana Borusewicza, Jerzego Borowczaka, Bogdana Felskiego i Ludwika Prondzińskiego, którzy wywołali strajk w Stoczni Gdańskiej. A gdyby im się udało przeżyć inwazję i wyemigrować, kto wie, może słano by dzisiaj za nimi listy gończe?

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail