Przegląd Polski 27 lipca 2007
- Alegoryczna baśń niewidzących - Justyna Hofman
- Nowojorska kronika (sztuki plastyczne) - Czesław Karkowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Alegoryczna baśń
niewidzących

Dzięki nadziei i miłości kruchy człowiek zwycięży każde cierpienie i każde zło. Każdy jest człowiekiem wartościowym i ma ukryty talent. Trzeba go tylko poszukać i wyszlifować - mówi Artur Dziurman.
Teatr, sztuka - świat, w którym każdy ma szansę; przed każdym się otworzy, gdy tylko człowiek ma odwagę, pasję, zamiłowanie, wewnętrzny ogień i upór, który każe mu stanąć na scenie czy wziąć pędzel lub dłuto do ręki i tworzyć. Świat, w którym każdy może być sobą i który daje ogromne poczucie wolności, szczęścia, ale i klęski. W ten świat wraz z Arturem Dziurmanem, aktorem Starego Teatru, reżyserem i właścicielem Cafe Moliere przy ulicy Szewskiej w Krakowie, weszli ludzie niewidomi. Stworzyli prawdziwy, żywy teatr. Nie przedstawienie amatorskie, co w końcu nie jest niczym nowym, ale właśnie teatr, w którym tylko kanwą, pretekstem do głębokich obserwacji i rozważań są Dzikie łabędzie Hansa Christiana Andersena. W teatrze zaproponowanym przez niewidomych aktorów widz nie ma wrażenia oglądania bardziej lub mniej precyzyjnie opracowanych ról i specjalnie przygotowanych efektów. To granie "na żywo", teatralne "tu i teraz", własne, ludzkie, aktorskie niewidome życie wniesione na scenę. Ci aktorzy są jak obnażony nerw teatru, ten najgłębiej ukryty nerw sztuczności podszytej ludzką prawdą.
Zespół wystawiający Dzikie łabędzie jeździ po Polsce z występami gościnnymi. Spektakl wszędzie przyjmowany jest z podziwem, niedowierzaniem i entuzjazmem. Publiczność w warszawskim Teatrze Rampa biła brawo na stojąco. Słynna twórczyni scenografii Xymena Zaniewska w 10-minutowym wystąpieniu wygłosiła hymn pochwalny. - W dobie teatralnego chaosu, nowej fali, nagle ludzie upośledzeni robią prawdziwy teatr - powiedziała.
- Pracując z tymi ludźmi, też uczę się teatru - mówi Dziurman. - Teatru, jakiego wcześniej nie znałem.
Dziurman musiał wymyślić teatr w pustej przestrzeni, bez rekwizytów, bez scenografii. I wymyślił: taki teatr w kinie. Są jakby dwa przedstawienia - na ekranie niebo, burza, morze, bagna, zamek, wnętrze, chata. Na tle przesuwających się obrazów żywy aktor i słowo.
Cafe Moliere założyli dwaj aktorzy: Artur Dziurman ze Starego Teatru i Eugeniusz Dykiel z Teatru Bagatela. Miejsce to szybko stało się jednym z najpopularniejszych w Krakowie. Co jest tu takiego niezwykłego? Atmosfera, ludzie, teatr. To, że tworzy się w jednym miejscu wszystko i dla wszystkich. Jest muzyka.
- Raz na kwartał robimy imprezy dla dzieci z porażeniem mózgowym, miesięczne warsztaty zakończone spektaklem. Godna polecenia jest też mała forma teatralna. Marysia Nowotarska i Agata Pilitowska przyjeżdżają do nas z Toronto ze spektaklem o Marii Curie-Skłodowskiej Promieniowanie Kazimierza Brauna plus poezje ks. Twardowskiego - mówi Dziurman.
Dwa światy
Niewidzący. Niedowidzący. Wsłuchani w siebie. W przestrzeń. W słowa. Wyczuwający kształty, formy, odległości innymi zmysłami. Wnikliwie, wrażliwie, dotkliwie. Zapamiętujący gesty, których nie widzą, kroki, które tylko słyszą, kształty, których dotykają.
Artur Dziurman traktuje swoich aktorów bez żadnej taryfy ulgowej. Podczas pracy nad spektaklem nie wzrusza ich niepełnosprawność. Mają być dobrzy. Tyle.
Ograniczenia, jakie wynikają z niepełnosprawności, po prostu trzeba pokonać.
- Nieważne, czy ten człowiek jest niewidomy czy głuchy, na wózku czy na nogach - mówi. - On ma grać! Ma zagrać swoją postać tak, żeby był to "ktoś". Żywy, z jakąś swoją ludzką, wewnętrzną prawdą. Ma zagrać tak, żeby widzów ta postać wzruszała. Postać, a nie niepełnosprawność aktora. Że pewne rzeczy są trudne? A kto powiedział, że w sztuce jest łatwiej niż w życiu?! Ja im daję warsztat: uczestniczą w zajęciach prowadzonych przez profesjonalnych aktorów. Oni w zamian mają wydobyć z siebie to wszystko, co jest w danej roli potrzebne. Tu się spotykamy i jest wspaniale. Ten spektakl to była tytaniczna praca i szkoła ogromnej pokory. Każdy krok musieliśmy z tymi ludźmi wystudiować, każdy gest, nawet niewidome spojrzenie: patrz tu, bo ona tu stoi, a ty patrz na niego, bo on tu stoi. Oni musieli czuć swoją obecność niekiedy poprzez padające światło, które im pomagało w nawiązaniu relacji. Musieli nauczyć się mówić do siebie, nawiązywać kontakt wzrokowy i fizyczny. Słowem, musieli opanować to wszystko, czego uczą się studenci w szkole teatralnej na zajęciach warsztatowych. A po spektaklu wracamy do zwykłego świata. W tym świecie mogę im współczuć i staram się pomóc w problemach i kłopotach.
Przewaga ducha nad ciałem
Autorką adaptacji tekstu jest Justyna Kieresińska - krakowska artystka znana z zaangażowania w rozwój ruchu teatralnego wśród osób niepełnosprawnych. Zasadniczy element scenograficzny stanowi inscenizacja filmowa zrealizowana wyłącznie dla potrzeb spektaklu przez operatorów warszawskiej telewizji, Jacka Knopa i Jacka Nowakowskiego. Aranżację dopełnia ujmująca i potęgująca emocje muzyka Jean-Michela Jarre'a.
W Dzikich łabędziach gra 20 osób w wieku od 20 do 58 lat. Niewidomych i niedowidzących. Śmiało można powiedzieć, że gra 20 aktorów. Gest, ruch sceniczny, ustawienie głosu, interpretacja tekstu, wzajemny kontakt na scenie i z publicznością są doprowadzone wręcz do perfekcji. Miesiące trudnej, żmudnej i mozolnej pracy przyniosły znakomity efekt. Warsztaty prowadzili: Artur Dziurman, Janusz Szydłowski (reżyser przedstawienia), Edyta Targosz, Beata Trzaska, Małgorzata Urbanowska, Ewelina Włodarczyk. W tych niewidzących ludziach aktorom i reżyserowi udało się pobudzić ducha kreacji, co pozwoliło im wznieść się ponad własną ułomność, a jednocześnie nauczyło pewnych prawd teatralnych, jak choćby ta, że skrywana prawda o postaciach oddziałuje najsilniej i każde jej odsłonięcie powinno być krótkie i przekonujące. Każda rola to pojedynek kruchego ciała z ożywiającym go i pobudzającym do niekończącej się aktywności duchem. Są momenty, gdy aktorzy przypominają bezbronne dzieci, które powoli nabierają pewności, że nic im już nie grozi. Ta pewność rośnie wraz z trwaniem przedstawienia i buduje metaforę.
- To niebotycznie trudna praca, nieporównywalna z tą w zawodowym teatrze - mówi Janusz Szydłowski. - Obserwując, jak osoby z dysfunkcją wzroku, nieraz pozbawione daru widzenia od urodzenia, radzą sobie na scenie, sam nauczyłem się pokory wobec życia i swojego zawodu. Oni przecież musieli nie tylko opanować tekst, ale także sposób poruszania się po scenie, kontakt z niewidzianym partnerem... Dostrzegałem też, jaką radość im to sprawia. Ci ludzie często po raz pierwszy wyszli ze swoich samotnych domów i samotnego świata do ludzi.
W pracy nad bajką Andersena towarzyszył im także psycholog. I jego zaskoczyły rezultaty. A sami aktorzy? Renata Szczepanik i Małgorzata Banach (przemiennie w roli Elizy), Andrzej Mroszczyk (Brat I), Mariusz Szczepanik (Brat II), Janusz Bąk (Brat III), Adam Łysek (Brat IV), Krzysztof Bartosz (Brat V), Izabela Besztocha i Agnieszka Czekaj (przemiennie w roli Królowej), Marcin Trybuś (Król), Grzegorz Węgrzyn (Kik), Wanda Mizik i Anna Januszewska (w roli Wróćki), Janina Ignacok (Staruszka), Michał Satała (Strażnik), Mieczysław Baczyński (Arcybiskup) i mieszczanie: Maria Bubak, Anna Januszewska, Katarzyna Karlińska, Monika Ludwinowska po premierze mówili: - To, co się tutaj dzieje, to coś wspaniałego... Mamy jakąś alternatywę, wspólny cel, robimy coś dobrego, to mnie umacnia... Mógłbym tak od rana do nocy... Mieliśmy okazję spotkać się z prawdziwym teatrem, poczuć się jako wspólnota, to dało nam siłę... Teraz jesteśmy silni, bo tworzymy grupę... Mamy nadzieję, że to się tak szybko nie skończy...
Na pewno szybko się nie skończy, bo zainteresowanie Dzikimi łabędziami wzrasta, zagrali już ponad 60 przedstawień.
Praca sercem
Wszyscy biorący udział w tym spektaklu nauczyli się czegoś ważnego.
- Nauczyłem się tego, co powinno cechować każdego reżysera: pokory i cierpliwości. To była praca sercem. A największą satysfakcją, jaką mam z pracy nad tym przedstawieniem, jest fakt, że zaczęliśmy się wzajemnie szanować. Pracując z nimi nie myślałem o tym, że robię coś ważnego, bo pracuję z niepełnosprawnymi, ale że to kawał poważnej i uczciwej roboty - podkreśla Janusz Szydłowski.
- Ci ludzie mają tak wielką pokorę wobec słowa, sztuki i teatru, że to wzbudza ogromny szacunek. Teatrów profesjonalnych, instytucjonalnych jest mnóstwo. Nie ma jednak w Krakowie teatru dla osób niepełnosprawnych - to szalenie potrzebne widzom, nam, a przede wszystkim tym ludziom, którzy dzięki występom na scenie odnajdują w sobie chęć grania i radość życia - dodaje Artur Dziurman.

