Przegląd Polski 20 lipca 2007

Żabką przez Atlantyk

Korniki tygodniowe

Marek Kusiba

Nie wiem, ile żyje kornik. Wiem, gdzie żyje: pod korą lub w drewnie. Życie tego chrząszcza upływa na wygryzaniu w drzewie zawiłych systemów chodników. Rysunek żerowiska przypomina matrycę drukarską, dlatego najbardziej rozpowszechniony w Polsce kornik nosi miano kornika drukarza. To nierozerwalnie łączy rodzimego kornika z kronikarzem polskiej rzeczywistości - felietonistą. Podobnie jak życie kornika, życie felietonisty upływa na mozolnym wygryzaniu dziury w całym, dogryzaniu, drążeniu, nieraz zawiłym, tematów oraz żerowaniu na zdrowym pniu społeczeństwa, z koroną tegoż na szczycie, czyli władzą. Felietoniści i wszelkiej maści kronikarze codziennej bzdury to korniki żyjące z dziurawienia własnego domu. Żywią się tym, co wygryzą, i sokiem, czytaj: krwią rośliny, na której żerują. Ohyda.

Nie wiem, ile żyje kornik, ale wiem, ile żyje felieton: dzień albo tydzień. Są felietony, na które się czeka, i do takich na pewno będzie należał nowy felieton Stanisława Tyma w Polityce. Po rozwodzie Jerzego Pilcha z tygodnikiem, i jego małżeństwie z rozsądku z Dziennikiem (za kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, jak warszawska wieść niesie), Polityka na jego miejsce zakontraktowała Tyma. Ucieszyło mnie to, tak jak do niedawna cieszyły moje oko felietony i rysunki Tyma z cyklu Pies, czyli kot w Rzeczpospolitej. Ale Tym, podobnie jak Smecz, czyli Tomasz Jastrun, odszedł z Rzepy, gdy zaczęła przypominać rzep przyczepiony do dworskiego ogona.

Wygląda na to, że w Polsce trwa handel felietonistami niczym piłkarzami. Odbywają się transfery za grube pieniądze. A płacą, gdyż każde szanujące się pismo wie dobrze, od czego zaczyna lekturę każdy szanujący się czytelnik: od felietonu. Lekturę Tygodnika Powszechnego zaczynało się od Kisiela, Szpilek od Urbana (w czasach, gdy był jeszcze wybitnym felietonistą), Dialogu od Michała Radgowskiego, Polityki od Passenta i Grońskiego, Kultury paryskiej od Charłampa (czyli... Tomasza Jastruna), Kultury warszawskiej od Hamiltona, KTT i Janusza Głowackiego (którego uważam za najlepszego polskiego felietonistę, zaraz po Antonim Słonimskim).

Ten ostatni w latach 20. i 30. drukował na ostatniej kolumnie Wiadomości Literackich swe "Kroniki tygodniowe". W czerwcu minęła 80. rocznica debiutu jego błyskotliwych felietonów w piśmie Mieczysława Grydzewskiego (wcześniej autor Moich walk nad Bzdurą drukował felietony w Sowizdrzale i Cyruliku Warszawskim). Felietony Słonimskiego są jedyną w swoim rodzaju kroniką dwudziestolecia międzywojennego. I zmuszają do rewizji twierdzenia, że felieton żyje tydzień. Całe ich fragmenty można dziś spokojnie wydrukować w Polityce i nikt się nie zorientuje, że pisane były za tamtej sanacji. Sięgnijmy po jeden tylko tekst, z 7 sierpnia 1927 r.: "Każde dziecko wie o tym, że urzędnik jest zakałą społeczną, że urzędnik jest od utrudniania i że gdyby nie było urzędników, niebo byłoby jaśniejsze i kwiaty wonniejsze. Urzędnik jest szkodliwy nieobliczalnie, gdyż zaraża mikrobem władzy ludzi prywatnych, człowiek zarażony tym mikrobem zaraża innych, tak iż niebawem cały kraj stanie się pastwą tej choroby". Albo: "Trzeba by pozmieniać role, urzędników poprzenosić, ministerstwa przetasować. (...) Spróbujmy sprawy zagraniczne oddać poczcie. Mają tam mareczki i stempelki, niech sobie korespondują z obcymi mocarstwami. (...) Skarb oddać Ministerstwu Wyznań - może się tam ktoś lepiej wyzna na tym. (...) Resztę ministerstw oddać kolei - niech je razem z wszystkimi urzędnikami wywiezie za granicę. (...) Należałoby również wprowadzić, prócz innych innowacji, jeszcze trybunał i karę więzienia dla ludzi prowadzących głupie rozmowy". Słonimski był jasnowidzem - przewidział telewizję i Toruńskiego Radiopiernika (określenie Tyma). "Zamknąć te gęby - oto piękne i wspaniałe zadanie"...

Stałe pisanie felietonu jest jak ciągłe plucie pod wiatr historii (w histerii)... Za swoją gotowość do każdej zbrodni dyżurny kalumnista jest oczywiście sowicie wynagradzany, dlatego może spędzać czas na Bahamach lub Wyspach Triobranda, popijając pod cienistą palmą martini w otoczeniu miejscowej ludności płci przeciwnej i obmyślając nowe cele ataków. Taki najemny morderca od słów egzystuje w redakcjach na prawach świętej krowy. Nie musi nawet przychodzić do pracy, by stale wychodzić na papierosa, pisać maile i wisieć na telefonie, słowem: dbać o bagaż odpowiedzialności zbiorowej, gdyż felieton jest wytworem indywidualnym. Powstaje, jako się rzekło pod palmą, choćby i sztuczną palmą Joanny Rajkowskiej w Warszawie, a im więcej felietoniście palma odbija, tym (Tym?) lepiej. Felietonista się wszak nie obija. To jedyny pracownik redakcji nieposiadający urlopów ani chorób, gdyż ma kolubrynę, którą musi regularnie raz w tygodniu wypełniać prochem i kulą, choćby (jemu samemu) się waliło i paliło.

Ale nie narzekajmy, już lepiej mieć kolumnę w gazecie niż gazetę w waterclozecie (Słonimski: "... pyski powinno zamykać się na kłódkę, a klucze wrzucać do waterclozetu"). Wracam więc na drzewo, wygryzać dziurę w całym...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail