Przegląd Polski 13 lipca 2007
- Pod innym kątem. Z poetami w Rzymie - Jan Zieliński
- Groza okupacji i paryskie georgiki (dokończenie) - Krzysztof Ćwikliński
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Groza okupacji
i paryskie georgiki
(dokończenie)

Nie werbalne deklaracje poczucia bycia wolnym wbrew otaczającej rzeczywistości, gdyż pomimo bezprzykładnej klęski militarnej Francji rzeczywistość ta wcale nie jest znów aż tak ponura, ale prosty i oczywisty fakt tego, co i jak zapisuje Bobkowski, jest najistotniejszym wyróżnikiem odmienności sytuacji, w jakiej się znalazł. Jego hymn na cześć tej fundamentalnej wartości, jaką w życiu każdego człowieka jest wolność, nie byłby zapewne możliwy w innych okolicznościach i nie miałby zarazem tej głębi i tej doniosłości. 1 września 1941 r. Bobkowski zapisał w swoim dzienniku: "Druga rocznica wybuchu tej wojny. Nie chce mi się uwierzyć. Udało się, jak dotąd, udało się przetrwać. Miałem dotąd szczęście. Wstyd mi, ale pomimo wszystko co nas dotąd spotkało, jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy jak przez te lata, nawet te dwa lata wojny. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze. Piszę to w pełni władz umysłowych i nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Ale czuję to i nic na to nie poradzę. Może jestem w tej chwili jedynym okazem tego rodzaju? Pochłania mnie życie, to soczyste życie, ten Paryż czasu wojny, każdy dzień".
W INNYM MIEJSCU, U SCHYŁKU LATA 1942 r., jedząc śniadanie w gościnnym domu pani Vigne, w zatłoczonym niemieckimi jednostkami zmotoryzowanymi miasteczku Sable, Bobkowski witalista i sensualista zauważył: "Na śniadanie była gorąca kawa z mlekiem, znowu masło, znowu rillettes i złociste konfitury z mirabelek. Jadłem i zdawało mi się, że to sen. Życie jest wspaniałym wynalazkiem - pod warunkiem, że można żyć. Po dwóch latach jaskiniowego życia wpadłem nagle w nastrój słonecznego poranka, pachnącego kawą i konfiturami. Zapomina się o wojnie i ma się uczucie zupełnej swobody".
Może właśnie przez ową odmienność wojennego doświadczenia, w sposób niezafałszowany przedstawionego w dzienniku, który w warstwie dokumentalnej jest świadectwem niepewnego co prawda, ale jednak życia obliczonego na trwanie i przetrwanie w warunkach niezbyt sprzyjających, ale jednak nie ekstremalnych, życia obliczonego na jakąś przyszłość, którą w ogólnym zarysie już można zaplanować, Bobkowski naraził się na rozmaite zarzuty ze strony krytyków, którzy okupację spędzili w kraju i w których świadomości wyryła ona całkowicie inne piętno, bowiem nie pozwalając na jakikolwiek wobec niej dystans wymusiła inny typ reakcji. Ciężko ranny w powstaniu warszawskim żołnierz Armii Krajowej, Aleksander Ścibor-Rylski wprost uznał Bobkowskiego za chłodnego, wyrachowanego cynika, który na okres wojny z obojętnością wzruszył ramionami. Pisał m.in. tak: "Postawa, którą reprezentuje Bobkowski, nie należy raczej do tych najsympatyczniejszych. Można, ostatecznie, wzruszyć ramionami na wszystko, co się w owych latach działo na świecie, lepiej wszakże nie robić z tego cnoty. Cynizm bowiem nie zawsze jest wynikiem zawodu; często wynika po prostu z chłodu serca. Spokój, z jakim Bobkowski przeszedł przez te lata, świadczy lepiej o jego nerwach niż uczuciach. (...) życie, jakie Bobkowski wiódł podczas wojny, nie obfitowało w nic w ogóle; zmuszeni więc jesteśmy śledzić dzień po dniu, jak autor jeździ po Paryżu rowerem, jak chodzi z żoną do kina lub wyjeżdża z nią na wakacje; czasem - co najwyżej - wyczyta coś bulwersującego w gazecie i przytoczy to nam lub streści własnymi słowami. Ale to już niestety wszystko. Trudno rzecz jasna wymagać, by zmyślał nadzwyczajne przygody, (...) ale po co ktoś, kto niczego nie przeżył, zawraca nam głowę kalendarzem swych pospolitych i jakże banalnych przypadków".
Natomiast Lesław M. Bartelski, podobnie jak Ścibor-Rylski żołnierz AK i uczestnik powstania warszawskiego, po powstaniu zbiegły z obozu jenieckiego i ponownie aktywny w konspiracji, w rozmowie z Pawłem Jasienicą stwierdził: "Nie lubię tej książki (...) jest mi obca przez pewną manierę. Wojna bowiem jest widziana tam oczami sybaryty. Rysuje się zupełnie inaczej aniżeli myśmy ją przeżywali. Może dlatego drażnią mnie te szkice, chociaż nie mogę odmówić im autentyzmu".
TEZY RYZYKOWNE i jednak wewnętrznie sprzeczne - jakby wojna wszędzie i o każdym czasie jawiła się tak samo, jakby doświadczenie kogoś, kto nie był więźniem oflagu, łagru czy obozu, nie był żołnierzem czy konspiratorem, nie było przeżyciem prawdziwym, ba, jakby w ogóle nie było przeżyciem, jakby ktoś, kto nie cierpiał bezpośrednio, i to dotkliwie, nie miał prawa świadczyć o tym, co widział, czuł i myślał.
Wszakże to nie tylko efekt różnicy optyk wynikającej z odmienności bezpośredniego doświadczenia, ale raczej rzecz nieporozumienia wynikłego nie z braku dobrej woli, ale z braku rzetelnych informacji. Emigracyjny prozaik i krytyk Wiesław Wohnout, ochotnik wojny 1920 r. i III powstania śląskiego, oficer kawalerii, który dopiero w 1944 r. przedostał się z kraju na Węgry i okupację znał z warszawskiej perspektywy, zdaje się podzielać pogląd Ścibora-Rylskiego i Bartelskiego, pisze bowiem: "Bobkowskiemu ani śni się cierpieć - chociażby w sposób urojony, co jak wiadomo zdarza się często młodym literatom. Bobkowski nie tylko, że sam nie cierpi, ale zdaje się nie dostrzegać rzeczywistych cierpień innych. (...) Bobkowski wydaje mi się być jednym z pierwszych egzystencjalistów. Primum vivere. Żyć! Podziwiam ten wręcz przyrodniczy witalizm. Więcej nawet: budzi on we mnie zazdrość i obrzydzenie równocześnie". Konkluzją wywodu Wohnouta, błędnie zresztą określającego Szkice piórkiem mianem "zbeletryzowanego pamiętnika", a postawę Bobkowskiego mianem intelektualnego "szwejkizmu" - jest - ni mniej, ni więcej - oskarżenie autora Szkiców piórkiem o świadome uchylanie się od służby wojskowej i... dezercję!
TWIERDZENIE KRYTYKA można zrozumieć tak: fakt, że Bobkowski nie przeżył wojny w warunkach ekstremalnych, był wynikiem celowych, małostkowych zabiegów, chęć wygodnego i w miarę sytego przeżycia wojny, obojętność wobec cierpień innych i losu ojczyzny zdecydowała, że wybrał spokojny i bezpieczny Paryż, gdy inni ginęli pod Lagarde, Narwikiem, Tobrukiem i w setkach innych miejsc. Stąd ton znacznie ostrzejszy od zarzucanych mu wcześniej cynizmu i sybarytyzmu, i o tyle ostry, o ile nieuzasadniony. Nieporozumienie polega na tym, że Bobkowski - o czym Wohnout wówczas wiedzieć nie mógł - nie tylko że nie uchylał się od służby wojskowej, ale zgłosił się do Wojska Polskiego ochotniczo jako jeden z pierwszych w Paryżu, jednakże ze względu na swe "sanacyjne koneksje" nie został przyjęty. Wszechwładny gen. Izydor Modelski z zapamiętaniem godnym lepszej sprawy wyszukiwał i tępił rzeczywistych i domniemanych "sanatorów", szukając pomsty za rzeczywiste i urojone krzywdy doznane w przedwrześniowej Polsce. Inną sprawą pozostaje fakt, że Bobkowski był pracownikiem fabryki zbrojeniowej, która z wybuchem wojny została zmilitaryzowana, a więc siłą rzeczy - choć nie w mundurze i nie w szeregach polskiej armii - służył jednak w wojsku. Kolejny fakt, że Bobkowski nie zdążył ewakuować się z Francji, był w istocie dziełem przypadku, podobnie jak i to, że okupacji nie spędził w Polsce - w lipcu 1939 r. chciał bez względu na konsekwencje rzucić Paryż i wracać do Polski, ale odradzał mu to stryj, a wyraźnie zabroniła matka; powrót był wątpliwy także i ze względu na odwlekający się od połowy kwietnia, a mający lada dzień dojść do skutku wyjazd służbowy na placówkę do Argentyny. Skądinąd rzeczywiście powrót do - jak to określał - "zakorkowanej butelki ojczyzny" nie był szczytem jego marzeń, ale we Francji nie czuł się dobrze i zostać tam nie zamierzał. To, że gdy w Polsce lała się krew, we Francji lało się czerwone wino, nie było wynikiem cynizmu Bobkowskiego. Domniemany cynizm Bobkowskiego to raczej cynizm miejsca i czasu, w jakim przyszło mu żyć, a domniemany brak zaangażowania to impulsywna nieraz, a nieraz chłodna reakcja na to, co można było i nawet należało opisać, ale w co trudno było się zaangażować, gdy było się inteligentnym i miało zasady.
SKARGA PARYSKIEJ PROSTYTUTKI, która na wieść o ewakuacji Niemców i wejściu Amerykanów zawołała: "Jedni odchodzą, drudzy przychodzą, nie ma się nawet czasu wystygnąć!", może być idealnym streszczeniem postawy znaczącej części Francuzów w tym czasie. Potrzeba jednak złej woli lub wyjątkowo niedbałej lektury Szkiców piórkiem, by z tego typu postawą identyfikować Bobkowskiego, zwłaszcza że jego dziennik jest takiej postawy zaprzeczeniem i potępieniem. Szkoda, że autorzy nieprzychylnych Bobkowskiemu recenzji nie mogli znać wspomnień Szymona Konarskiego zatytułowanych Cztery lata w okupowanym Paryżu - dowiedzieliby się, że autor Szkiców piórkiem nie tylko jeździł po Paryżu na rowerze i chodził z żoną do kina, teatru i na wystawy, podróżował po prowincji i odpoczywał na letniskach, jak na warunki ówczesne jadł i pił nieraz wcale nie najgorzej, choć bywało że i głodem przymierał, ale też prowadził tajną akcję pomocy dla robotników polskich, ukrywał Żydów, zagrożonym ułatwiał ucieczkę i organizował fałszywe dokumenty, i że przynajmniej kilkadziesiąt osób zawdzięcza mu życie. Odwagi więc mu nie brakowało, choć daleki był od rzucania się na szaniec, a zwłaszcza już z patosem i entuzjazmem. A że nie wspomniał o tym ni słowem w dzienniku, ani też niczego ex post nie dopisał, było rezultatem nie tylko wymogów konspiracji, choć do konspiracji Bobkowski formalnie nigdy nie przystąpił, ale raczej indywidualizmu, nieufności do manifestacyjnego heroizmu, niechęci do deklamatorstwa i prostej skromności. Na zarzuty, a te padały nierzadko i z wielu ust, odpowiadał z sarkazmem: "Ja się byczyłem, stałem z boku i bazgroliłem".

