Przegląd Polski 6 lipca 2007
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Groza okupacji i paryskie georgiki - Krzysztof Ćwikliński
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Groza okupacji
i paryskie georgiki

Na początku lat 80. ubiegłego stulecia Roman Zimand, jako bodaj pierwszy, nazwał Szkice piórkiem Andrzeja Bobkowskiego "jedną z najwybitniejszych pozycji XX-wiecznej polskiej diarystyki".
Inni badacze, choć nie zawsze skłonni do superlatywów, potwierdzili ten sąd, a przez ostatnie dwa dziesięciolecia napisano o Bobkowskim - wcześniej zaniedbywanym i w czytelniczej świadomości i literaturoznawczej refleksji praktycznie prawie nieobecnym - wiele, choć do dziś pisarz nie doczekał się monografii. Jego fenomenalny dziennik z okupowanej Francji, który - jeszcze przed publikacją książkową owiany był legendą - zapewnił mu niepodważalną pozycję wśród najznamienitszych piór współczesnej emigracji. Przysłonił inne utwory Bobkowskiego, pozostawiając w cieniu nawet - wzbudzającą nie mniejsze emocje - jego znakomitą epistolografię. Szkice piórkiem od początku wzbudzały kontrowersje i w ocenie tego dzieła do dziś niewiele się zmieniło: zachwytom towarzyszy surowa nieraz krytyka, a nierzadko i oburzenie, przede wszystkim dlatego, że wojna i okupacja we Francji ukazane na kartach jego dziennika okazują się być całkowicie odmienne od dominujących w literaturze polskiej opisów "czasu pogardy".
"Najmniej wartościową warstwę Szkiców piórkiem - pisała Maria Danilewicz Zielińska - stanowią zapiski dotyczące wydarzeń politycznych i komentarze autora. Znakomite są natomiast opisy przyrody, prowincji francuskiej, a przede wszystkim wojennego Paryża kreślone ze stanowiska ´aby przetrwać!ª, z postawy biologicznego trwania". Po latach autorka zmieni nieco swą opinię, wyznając w rozmowie ze Stanisławem Beresiem, że "opis jest w szczegółach wiarygodny, ale tendencja doboru tych szczegółów jest dla mnie nieprzyjemna".
DZIENNIK ANDRZEJA BOBKOWSKIEGO, przynajmniej w kształcie znanym z kolejnych wydań, zawiera się w ramach, które wyznaczają klęska Francji w 1940 roku i jej wyzwolenie w cztery lata później. Bobkowski zaczął prowadzić dziennik w maju 1939 roku, lecz jego początkowe fragmenty uległy zniszczeniu. Tak o tym pisze w notatce z 25 listopada 1940 roku:
"Jeszcze ciągle nie mogę przeboleć tych spalonych zeszytów, czasopism polskich. Bohaterowie! P. wiedzieli, że piszę. Po wejściu Niemców do Paryża kazali Basi wszystko spalić. Ze strachu. Dobrze, że tych kilku polskich książek też nie kazali popalić. Pilnowali, żeby Basia zrobiła to przy nich. Wydarła z tych zeszytów kilkanaście kartek. Zostało ich w sam raz tyle, ile we mnie z mojej przeszłości. Niczego nie odtworzę i nie chcę nawet odtwarzać".
Jest również wielce prawdopodobne, że dziennik miał kontynuację, że Bobkowski czynności notowania nie przerwał po 25 sierpnia 1944 r., że data końcowa Szkiców piórkiem nie jest datą końcową dziennika, choć bez dostępu do archiwum pisarza trudno byłoby to udowodnić. Niewątpliwe jest natomiast, że taki, a nie inny kształt tej książki jest wynikiem wyłącznie - lub prawie wyłącznie - odautorskiej decyzji. Być może Bobkowski uniknął w ten sposób niebezpieczeństwa, jakim jest podporządkowanie się autora własnemu wytworowi duchowemu jako specyficznemu zespołowi sił destruktywnych.
Urodzony w roku 1913 Bobkowski zaliczany jest do grona czołowych przedstawicieli tzw. pokolenia 1910, formacji powszechnie dziś uważanej za najwybitniejszą w XX-wiecznej literaturze polskiej, choć właściwie do połowy lat 40. nikt nie umiejscawiał go w sferze literatury ani nawet w żadnej innej. Należał więc do tego pokolenia, którego dzieciństwo i młodość przypadły na okres dwudziestolecia i które zostało ukształtowane w niepodległej Polsce, co przy wszystkich indywidualnych różnicach musiało owocować odrębnością od pokolenia poprzedników i następców. Bobkowski nie jest pisarzem, choć snuje rozmaite plany literackie. Nie uważa się też za intelektualistę, lecz za biologicznego witalistę pochłoniętego bez reszty doświadczaniem życia. Znamienna jest tu notatka z 31 stycznia 1943 roku:
"( ... ) Człowiek to odwieczna niespodzianka, nie da się ująć w system. Jeżeli dziś ktoś zapytałby mnie, w jaki ustrój, ideologię lub system wierzę, byłbym w kłopocie. Nie wierzę w żaden ustrój, wszystkie ideologie mam gdzieś i systemami w odniesieniu do człowieka pogardzam. Byłbym raczej skłonny odpowiedzieć, że wierzę w każdy ustrój, ideologię czy system, w którym jest naprawdę mowa o człowieku. Pozwolić człowiekowi ŻYĆ - oto jedyny system i ideologia. Pozwolić żyć, a nie KAZAĆ żyć, zostawić mu wybór celu jego życia, a nie narzucać mu go z góry. I skończyć z gloryfikacją śmierci".
POWYŻSZE SFORMUŁOWANIA, zwłaszcza zaś to ostatnie, są rezultatem nie tylko indywidualizmu autora i obranej filozofii, są przede wszystkim wytworem sytuacji, w jakiej zostały zapisane. Okupacja we Francji, nawet ta po likwidacji tzw. Wolnej Strefy, w niczym nie przypominała okupacji w Polsce, była - by tak rzec - pod wieloma względami łagodniejsza, bardziej znośna i bardziej przypominała normalne, przedwojenne życie: tam prawdopodobieństwo utraty majątku, wolności czy życia było nieporównanie mniejsze, zaś rekwizycje i egzekucje były zjawiskami incydentalnymi; antyheroizm i ironia, a także humor, i to niekoniecznie czarny, były więc najzupełniej na miejscu. Jedyną właściwie dokuczliwością okupacji, szczególnie w jej końcowym okresie, były alianckie bombardowania i kłopoty aprowizacyjne.
"Nam się zawsze zdawało, że Francuzi to ci sami, co w bitwie pod Eylau dali się wyrżnąć, a nie ustąpili; że to synowie Cambronne'a - pisał Bobkowski. - I tę legendę trzeba sobie wybić z głowy. Oni się skończyli. Dziś oni chcą jeść i o niczym nie potrafią myśleć, jak o befsztyku, a niech inni biją się za nich. Byleby tylko dali im święty spokój. Zresztą na świecie jest tylko Francja. (...) Befsztyk - mówiąc o Francji nie można zapomnieć o tym czynniku, o tym najważniejszym zagadnieniu w życiu Francuzów od góry do dołu. Patriotyzm, wolność, ojczyzna? Nie - befsztyk. Gruby, krwawy, soczysty i miękki - ą la Chataubriand. Czekają na Amerykanów. Czekają wolności, swobody, niepodległości? Nie. Przede wszystkim corned beefu w puszkach i konfitur".
Wcześniej, komentując charakterystyczną dla panujących wówczas stosunków i zwyczajów paryskich scenkę rodzajową, której tłem jest bezpardonowa walka o wiktuały, z nieukrywanym niesmakiem zanotował:
"W tym wszystkim człowiek jest istotą starająca się jedynie o wepchnięcie w siebie pewnej ilości węglowodanów i tłuszczu z białkiem, o wydaleniu tego z siebie po przetrawieniu i o ponowne staranie się o węglowodany i tłuszcze. Nie chodzi o to, żeby żyć, ale żeby mieć czym s... Z dnia na dzień. Życie ogranicza się do funkcjonowania przewodów pokarmowych, regulowanego ilością posiadanych pieniędzy. Ohydne".
NA TYM TLE WYOBRAŻENIE SOBIE, czym w istocie może być okupacja w takiej postaci, w jakiej w tym samym czasie ma to miejsce w Polsce, i uchwycenie jej we właściwych proporcjach, jest właściwie niemożliwe. Po otrzymaniu listu od szwagierki z kraju Bobkowski notuje:
"List od Hanki - prawdziwy, bez cenzury. Aż za prawdziwy. Czytam go bez przerwy i wstyd mi, że ja mogłem zapisać pięć zeszytów samymi bzdurami. Tu dwa lata sielanki, tam dwa lata czegoś, czego w ogóle nie można nazwać życiem. Taki list wystarczy. Przetłumaczyłem go na francuski i pokazuję zaufanym Francuzom z krótkim komentarzem".
Z jednej zatem strony widać świat terroru, obozów koncentracyjnych, egzekucji ulicznych i nieustannego zagrożenia, świat ludzi wydanych na łaskę i niełaskę najeźdźcy, który tysiącami nakazów i zakazów usankcjonował bezprawie, a przede wszystkim zaplanował duchową i fizyczną eksterminację, z drugiej zaś świat pewnego niedostatku, pewnych trudności i uciążliwości, pewnych, choć w gruncie rzeczy niewielkich ograniczeń, czarnego rynku i nielegalnych, krociowych fortun, lecz jednocześnie spokoju i nawet względnej wolności, w którym to świecie prawie wszystko funkcjonuje jak dotąd, trwa większość instytucji życia publicznego, a w okupowanym Paryżu hitlerowski ambasador Otto Abetz jest właśnie ambasadorem, nie gubernatorem, i wydaje przyjęcia nader chętnie odwiedzane przez francuskie sfery wyższe, które doskonale czują się pośród wcale nieskomplikowanych reguł tej osobliwej gry pozorów, w której największym i najistotniejszym pozorem było wmówienie szerokim i pozytywnie do kolaboracji nastawionym kręgom społeczeństwa, że Francja trwa nadal i w sojuszu z Niemcami jest większa niż kiedykolwiek. Juliusz Sakowski omawiając - notabene entuzjastycznie - Szkice piórkiem, przywołał inny dziennik z czasów okupacji Francji.
"Jean Galtier-Boissiere [autor Mon journal pendant l'occupation wydanego tuż po wyzwoleniu Paryża - przyp. K.Ć.] wspomina w nim - pisze Sakowski - że Sacha Guitry, który był stałym gościem na przyjęciach wydawanych przez Abetza, próbował ściągnąć tam jak najwięcej Francuzów ze sfer literacko-artystycznych. Gdy który z nich wymawiał się od tego "zaszczytu", Guitry wzdychał karcąco: "Więc nawet tego nie może pan zrobić dla Francji!".
ŚWIAT OPORU I ŚWIAT KOLABORACJI całkowicie do siebie nie przystają, są przeciwieństwami, które wzajem się znoszą. W Polsce kolaboracja była hańbą, we Francji przystosowaniem się do sytuacji, a symbolem tego przystosowania idącego wprost ku faszyzacji państwa (bo republika oficjalnie przestała istnieć) i społeczeństwa stał się zwycięzca spod Verdun, stary marszałek Petain.
U schyłku wakacji (pojęcie wówczas ciągle normalne we Francji, całkowicie zapomniane już w Polsce) Bobkowski notuje: "Czeka mnie jeszcze kilka ciemnych i ryzykownych interesów, wymagających ruchu i szybkości - po czym mam szczery zamiar popaść w bezruch. Jesień musi być spokojna - wojna i spokój: książki, teatr, spacery. Zresztą to ostatnia okazja. Raz do cholery musi się skończyć ta sielanka francuska i paryskie georgiki".
Bobkowski znajduje się w zupełnie innym świecie niż ci, którzy muszą żyć w okupowanym kraju, jego doświadczenie okupacji jest diametralnie różne, jego dziennik utrwala fakty stojące w jawnej, a nawet - by tak rzec - oburzającej sprzeczności z codziennymi przeżyciami Polaków. Co prawda odczuwa okupację jako wzmożony brak mąki, tłuszczu, cukru, nawet mleka i kartofli, lecz nie jako stałe zagrożenie życia i ograniczenie, a nawet pozbawienie wolności. Bobkowski nie ulega przygnębieniu i raz po raz w swych zapiskach tryska szczerym humorem, bowiem jest w tych anormalnych warunkach szczęśliwy, co wielokrotnie podkreśla, gdyż - paradoksalnie - jest... wolny!
"Nareszcie - notuje 16 czerwca 1940 roku. - Jestem wolny w tym zamieszaniu. Może nawet zerwałem z samym sobą. Wspaniale. Rozpiera mnie".
W dwa tygodnie później zapisuje: "Wspaniałe, zwierzęce uczucie rozkoszy (...) Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś - i pewnie dlatego jest mi tak dobrze".
Zaś po dwóch miesiącach: "Cisza południowego miasta, jedzącego teraz obiad. Chrzęszczą zasłony z koralików, jakby odmawiały cicho różaniec spokoju nawleczone na swoje długie sznurki. Czasem, gdy ten pierwszy koralik na dole zerwie węzełek, sypią się wszystkie na chodnik, skaczą wesoło i przekornie, jak dzieci wybiegające ze szkoły; pędzą i potrącają się. Są wolne i cieszą się z tego. Mam ich kilka w kieszeni na pamiątkę. Może ja sam jestem takim koralikiem, co urwał się ze sznurka?".
Te koraliki stają się niejako podręcznym symbolem wolności. Bobkowski tak pisze: "(...) bawię się w kieszeni tymi kilkoma koralikami zebranymi na chodniku w Carcassone. Będą zawsze grzechotać osobno; na żaden sznurek ich nie nawlekę".
Dokończenie za tydzień

