Przegląd Polski 6 lipca 2007
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Groza okupacji i paryskie georgiki - Krzysztof Ćwikliński
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

Wszędzie młodzi. Dziewczyny i chłopaki. Z mediów wizualnych, z radia, z prasy zniknęli ludzie w wieku moich synów; wszędzie już ich wnuki. Niby mówią tym samym językiem, co ja, ale jednak innym. Mają sympozjum w Oborach, w dawnym pałacu Potulickich, gdzie dziś jest Dom Pracy Twórczej Pisarzy. Siedzę na ławce przed pałacem. Oni też. - Chodźmy do lokomotywy! - wołają. - Do lokomobili - poprawiam. - To taka dawna maszyna rolnicza - dodaję dydaktycznie. Patrzą na mnie jak na kogoś z innej planety. Nie reagują. Nie tylko nie znają słowa "lokomobila", ale również nie wiedzą, jak się odnieść do ludzi mojej generacji.
Wszyscy wykształceni. Biegła angielszczyzna. Prezenterzy i komentatorzy mediów. Zawodowcy. Ale bardzo, bardzo młodzi. Uderzająco młodzi. Z wyglądu - uczniowie. Starszych nie ma; starsi są wypychani. Jeden z dyrektorów telewizji powiedział redaktorce, w wieku bynajmniej nie emerytalnym, i nawiasem mówiąc, zasłużonej w pierwszej Solidarności, że wyrzuca ją, bo czyści telewizję z zamierzchłych złogów gierkowszczyzny.
W mediach angielskich czy amerykańskich komentatorzy i nawet prezenterzy są na ogół dobrze po trzydziestce. U nas ktoś powyżej lat czterdziestu już schodzi ze sceny zawodowej. Na Zachodzie najlepsi trzymają się bardzo długo. Widzowie ich lubią. Protestowaliby, gdyby ich utrącono.
***
Język też się u nas zmienia. Pomijam polityków, zwłaszcza obecnie rządzącej ekipy. Od nich wykształcenia się nie wymaga. Do historii parlamentaryzmu przejdzie powiedzenie wicepremiera Przemysława Gosiewskiego, wygłoszone z trybuny sejmowej, że nie będzie słuchał "filipinek" opozycji. Zostawmy jednak polityków w spokoju. Gorzej, gdy język gubią ludzie powołani do przestrzegania poprawnej polszczyzny, na przykład dziennikarze.
Nie wiem, czy mam rację, ale razi mnie mówienie: "na ogrodzie", "na ten moment", "na dzień dzisiejszy" lub do słuchawki: "tu Darek z tej strony" - zamiast "w ogrodzie", "w tym momencie", "dzisiaj", "mówi Darek".
Politycy, zwłaszcza z Mazowsza, z reguły pozbawiają nosowości samogłoskę ą na końcu wyrazu. Mówią "rękom", "nogom". Nawet ci z wyższym wykształceniem, jak przywódca Sojuszu Lewicy Demokratycznej, młody Wojciech Olejniczak czy wytrawny prawnik Ryszard Kalisz, też z SLD.
Zmiany w języku anglo-polskim dotyczą również emigrantów. Gdy po raz pierwszy byłam w Londynie po Październiku '56, emigranci, przeważnie byli żołnierze generała Andersa, więc w głównej mierze pochodzący ze wschodu II Rzeczypospolitej, zaciągali śpiewnie z lwowska lub wileńska. Z reguły polską fleksję dokładali do angielskiego rdzenia słowa. Przysłowiowe: "karą w kantry". Wtedy "kara" była rzadkością; Polacy biedowali; byli na dorobku. Dziś drugie pokolenie urodzone w Londynie mówi i pisze bezbłędną polszczyzną (wiem, bo mam wśród tych ludzi krewnych). Moda na język polski nastała wraz z wybiciem się kraju na niepodległość. Anglicy nie wchłaniają tak mocno w swoje szeregi imigrantów jak Stany Zjednoczone. Dzieci emigrantów stanu wojennego raczej się zamerykanizowały.
Zupełnie inaczej rzecz się ma z dzisiejszą emigracją zarobkową na Wyspy, czyli do Anglii i głównie do Irlandii. Tam chodzi przede wszystkim o "jurki". Czyli o walutę euro. My tu w Polsce, gdzie jeszcze obowiązuje złoty, wymawiamy to słowo fonetycznie, toteż nie od razu pojęłam, co to "jurki". A "jurki" dla tych młodych Polaków rzecz najważniejsza. Wyłącznie dla nich opuścili ojczyznę. W Irlandii pracuje już legalnie pół miliona Polaków. A na czarno spokojnie dodatkowe dwieście tysięcy. I to w kraju, którego rdzenna ludność to w sumie 3,5 miliona! No i ta potężna rzesza Polaków potrafi się o "jurki" zbuntować. Bo kto to widział, żeby Irlandczyk za godzinę pracy dostawał, przykładowo, 16 "jurków", a Polak 8?! I jeszcze go oszukują na "pejslipach" (kwitach wypłaty). Więc polscy pracownicy hurtowni i "lendskejperzy" (opiekunowie przydomowych ogrodów) zapisali się do tamtejszych związków zawodowych i zastrajkowali. Nie wychodzą na "flor", czyli teren zakładu pracy.
O tym wszystkim mówią, gdy przyjeżdżają na ustawowe urlopy lub piszą w listach do rodzin. Pilnują interesu, ale cechują się swoistym patriotyzmem wobec kraju, który daje im zarobić lepiej niż własna ojczyzna. Objawia się on w czystości wymowy nazwy stolicy Irlandii - Dublin. Należy wymawiać "u", a nie "a". Bo "Dablin" to narzucona przed wiekami przez Anglików, czyli przez okupanta, wymowa.
***
Skoro o zmianach mowa, dodam jeszcze jedną. Na przestrzeni mojego życia, co prawda długiego biologiczne, ale niedługiego w sferze zmian klimatycznych; otóż na przestrzeni mojego życia obserwuję radykalną zmianę klimatu. Pamiętam z nie tak dawnej przeszłości ostre zimy przeplatane upalnymi latami. W zimie od czasu do czasu rozrywało się niebo ukazując błękit. W lecie pamiętam tak zwane trzydniówki, czyli deszcze padające równo przez trzy dni i trzy noce. Obecnie mamy zimy niezbyt mroźne, ale z ustawicznym kożuchem burego stropu nad nami. W lecie bywają upały, ale nie ma trzydniówek, lecz ogromne punktowe ulewy, oberwanie chmur, powodujące wezbranie rzek, zatem powodzie, oraz gwałtowne burze z wichurami łamiącymi drzewa i piorunami porażającymi ludzi na przystankach autobusowych. Wiosna i lato przychodzą wcześniej. W pierwszej dekadzie czerwca lipy obficie kwitły, a ptaki, które powinny już zamilknąć i grzecznie wysiadywać małe, tokowały jak szalone. Jedynie bociany zachowywały się niezmiennie jak przed laty, umilając podróż po dziurawych polskich szosach.
***
Zaproszono mnie do telewizji niepublicznej, żebym wraz z innymi powiedziała coś o teczkach Instytutu Pamięci Narodowej. Nieobyta z występami na wizji, z braku refleksu, nie zdążyłam wygłosić sprawnie swojej tezy. Brzmi ona tak: wszystkie teczki należy przekazać archiwom państwowym, gdzie "przeleżakują", aż wymrze żyjące pokolenie i narodzą się nowi historycy i dziennikarze, którzy się w nie zagłębią. Odniosą się do nich niekonieczne bez emocji; przecież wobec przodków można mieć emocje, ale nie będą mogli wykorzystywać teczek do celów politycznych, jak odbywa się to dzisiaj. Przecież obowiązek milczenia obowiązuje we wszystkich rozwiniętych demokracjach w sprawach ważnych. W gruncie rzeczy do dziś nie wiemy, jak zginął generał Sikorski.
Cieszę się, że moje zdanie podziela wiceprezes Stowarzyszenia Archiwistów Polskich dr Zbigniew Pustuła. Pisze on: "Nie ma powodu, by każdy obywatel mógł bez ograniczeń sięgać po wszystkie teczki - nie tylko osoby publicznej, ale przykładowo, swojego sąsiada czy konkurenta w interesach. To przecież paranoja". I dalej: "W IPN około 70 km akt obsługuje około tysiąca archiwistów, a w archiwach państwowych około 250-kilometrowymi aktami zajmuje się łącznie 900 osób... Wiele wskazuje na to, że kolekcjonowanie archiwów IPN zostało przeprowadzone w znacznej mierze przy użyciu więźniów. Dochodziły do mnie sygnały, że pomagali oni nie tylko w pakowaniu i ładowaniu, ale nawet w ewidencjonowaniu zasobów po bezpiece. To skandal, że więźniów dopuszcza się do tak unikatowego materiału... Czy społeczeństwo ma się w tym brudzić? Także ci, którym zależy tylko na sensacji, na pieniactwie i dokopywaniu adwersarzowi politycznemu? Czy ma to coś wspólnego z potrzebą racjonalnej edukacji społecznej naszego skołowanego przez polityków narodu? Tak rozumiana otwartość nigdy nie należała do archiwistycznej tradycji. Nie ma też nic wspólnego z elementarnym poczuciem bezpieczeństwa obywateli, ich godności, na straży której stoi konstytucja i stosowne ustawy, choćby o ochronie danych osobowych oraz o ochronie informacji niejawnych, notabene tak często gwałconych również przez IPN".
***
Zdawałoby się: nic dodać, nic ująć. Ale jednak rządzący wciąż mówią, że stosowne ustawy trzeba zmienić. O braciach Kaczyńskich krąży coraz więcej dowcipów. Jak choćby ten, którego nie mogę nie przytoczyć:
Pewien obywatel miał papugę, która bez przerwy krzyczała: "Precz z Kaczyńskimi!". Skłócony z nim sąsiad wniósł skargę do prokuratury na obrazę najwyższych władz państwa. Właściciel papugi dostał wezwanie do sądu wraz z papugą jako świadkiem jego karygodnego nauczania. Był przerażony. W sukurs przyszła mu znajoma, również właścicielka papugi, która wszakże nie wyzywała rządzących. Zabrał na rozprawę ją. Sąd, usiłując sprowokować papugę-świadka do wykrzyczenia bezecnego zdania, podpowiedział papudze: "Precz z Kaczyńskimi!". Papuga milczała. Sąd powtórzył wezwanie. Powtórzyli ławnicy, wreszcie cała sala krzyczała: "Precz z Kaczyńskimi!". Wówczas zdenerwowany ptak zaśpiewał: "Słuchaj, Panie, jak cię błaga lud...".
Tak, o braciach Kaczyńskich krążą dowcipy, ale w sondażach PiS idzie łeb w łeb z inteligencką, umiarkowaną Platformą Obywatelską. Ludzie mówią, że to z powodu jej gnuśności w działaniu. Pewnie - niestety! - prawda.
Obory, czerwiec 2007 r.

