Przegląd Polski 29 grudnia 2006

Żabką przez Atlantyk

Ad van Rijsewijk

- szlifierz polskich diamentów

Marek Kusiba

Z końcem każdego roku, umykającego tak szybko jak ruchoma tarcza na strzelnicy, zadaję sobie to samo - mniej filozoficzne, a bardziej komiczne - pytanie: kim jestem? Czy lata oddalenia nie oddaliły mnie za bardzo od swojskiego, polskiego plemienia? Chwile zwątpienia w stan własnych związków z polskością pojawiają się w zasadzie każdego tygodnia, gdy siadam do napisania kolejnej "Żabki". Płynę przez ten Atlantyk od blisko sześciu lat (na tych łamach), a właściwie od dwudziestu dwóch od wyjazdu, a brzegu ani śladu. Co gorsza, mam uczucie, że jestem gdzieś pośrodku, i ani zawrócić, bo za daleko, ani dopłynąć, bo ponad ludzkie siły. Emigracja to czysta frustracja, to bardziej emigrena albo emigroza. W takich w chwilach przywołuję często przykład pewnego Holendra, który ustanowił Polskę swoją duchową ojczyzną i od sześciu lat każdy urlop spędza na jej ziemi, remontując dom, w którym zamierza zamieszkać, emigrując z Holandii do Polski, jak tylko przejdzie na zbawienną emeryturę.

Nazywa się Ad van Rijsewijk. Jest dziś tłumaczem, wydawcą i poetą. A zakochał się w Polsce - a później w Polce - wielce romantycznie. Podczas pierwszej wizyty nad Wisłą, na początku lat 70. minionego wieku, w kawiarni zobaczył dwóch mężczyzn czytających sobie na głos wiersze. Nic z tego nie rozumiał, poza jednym, że oto znalazł swoje miejsce, kraj, który mu natychmiast rozpalił duszę. Napisał później we wspomnieniu: "Pomyślałem wtedy, że tutaj powinienem zostać, że Polska to kraj poezji. Pomimo trudnych warunków życia istniało w Polsce bogactwo wewnętrznych wartości, które człowieka strzegą przed barbarzyństwem. Zacząłem czytać jak najwięcej polskiej literatury w dostępnych mi językach - holenderskim, niemieckim i angielskim". Postanowił też nauczyć się dziwnego języka swej przybranej ojczyzny. Spotkaliśmy się tego samego lata w Bieszczadach, ale już z początkiem roku akademickiego zjawił się u mnie w lubelskim akademiku ze śpiworem, rozłożył go na podłodze i zaczął brać pierwsze lekcje polskiego i polskości. Pierwszym wierszem przeczytanym przez niego po polsku był Tryptyk holenderski mieszkającego w Rzymie poety Jerzego Hordyńskiego. Ten wiersz dał początek jego "marzeniu, by literaturę polską ´wysłaćª poza polskie granice". Dzielnie mu w tym sekundowała zgrabna, ciemnowłosa dziewczyna. Gdy już wiedział, jak po polsku poprosić Annę o rękę, uczynił to niezwłocznie. Gdy urodził im się syn, nazwali go Mieszko. Kto dzisiaj w Polsce tak nazywa dzieci? Mieszko van Rijsewijk - to brzmi dumnie i pięknie...

Ad jest dziś jednym z filarów wydawnictwa De Geus. Gdy tworzył z kolegami tę oficynę, nie mógł przypuszczać, że tak szybko wywinduje wydawnictwo do pozycji najważniejszego w dziedzinie polskich tytułów na rynku niderlandzkim i belgijskim. W 1982 r. ukazało się po holendersku pierwsze jego tłumaczenie poezji polskiej - zbiór Dom spokojnej młodości Ewy Lipskiej. Przełożył i wydał zbiór Jerzego Hordyńskiego Epitafium dla kota. Dla jednej z holenderskich antologii poezji przetłumaczył wiersze Wisławy Szymborskiej - na długo przed Noblem dla tej poetki - oraz Anny Świrszczyńskiej. Pierwszą polską autorką Ada w De Geus była Hanna Krall. Panna Nikt Tomka Tryzny przez trzy miesiące utrzymywała się w Holandii na liście bestsellerów. Nie mniejszym sukcesem okazał się Biały kamień Anny Boleckiej. Ad o tej książce: "Napisana z precyzją, z jaką szlifuje się diamenty".

Ad od lat szlifuje w Holandii książki Olgi Tokarczuk i Andrzeja Stasiuka. Lista tytułów wydanych i wypromowanych przez niego w Holandii polskich pisarzy jest długa, liczy ponad 40 pozycji. Niebawem ma się ukazać nowy tom wierszy Ewy Lipskiej w jego tłumaczeniu. Pracuje też nad przekładem Dwukropka Wisławy Szymborskiej. Ale nie tylko polskie książki są jego pasją. Ad promuje też w Holandii polski teatr. Wielokrotnie zapraszał na występy Teatr 8 Dnia i Scenę Plastyczną KUL-u Leszka Mądzika. Nigdy nie zapomnę nocy spędzanych w domu Ada i Ani na podłodze w pokoju gościnnym, w towarzystwie całego zespołu Mądzika, śpiącego pokotem, głowa przy głowie. Wyglądało to zupełnie jak teatralny happening. Promocja Polski za granicą to niełatwy chleb. Poza tym wyżywić taką czeredę? Za swe wysiłki - i wydatki - Ad otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP. A w tym roku został laureatem Nagrody Fundacji Turzańskich w Toronto.

Przykład Ada jest dla mnie krzepiący i frustrujący zarazem. Kiedyś wprowadzałem go w tajniki polskiej literatury. Teraz role się odwróciły. Gdy spotkaliśmy się przed rokiem w warszawskiej kawiarni, nie czytaliśmy co prawda wierszy, ale Ad objaśniał mi tajniki polskiego rynku wydawniczego. Zaprzyjaźniony z połową literackiej Polski, wrósł w nią mocnymi korzeniami. Ot, i cała emigrena: jedni się tam zakorzeniają, a inni wykorzeniają. Pływają żabką przez zimny Atlantyk, zamiast po prostu wsiąść do samolotu byle jakiego i wylądować na Okęciu. Czego życzę sobie, jak i wielu moim Czytelnikom. Do Siego Roku!

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail