Przegląd Polski 29 grudnia 2006

50. urodziny "złodzieja czereśni"

Z Adamem Lizakowskim rozmawia Bogusława Michalska

Pięćdziesiąt lat to dużo dla poety czy mało?

Dla mnie pięćdziesiątka to dopiero początek przygód z poezją i życiem. Czuję, że wreszcie mam o czym pisać, że mam już własny, rozpoznawalny styl.

Ponad 20 lat temu w "Złodziejach czereśni" pisałeś: "Milionowe nakłady, poetyckie sukcesy, zdjęcia na okładkach gazet, najpiękniejsze kobiety, sława, pieniądze, marzenia o dalekiej ciepłej Kalifornii". Co z tego udało Ci się spełnić?

Mieszkałem w San Francisco, najpiękniejszym mieście świata, ponad dziewięć lat. W mieście tym poznałem najważniejszych poetów Ameryki XX w.: Allena Ginsberga, Lawrence'a Ferlinghettiego, założyciela jednej z najsławniejszych księgarń świata City Lights Bookstore. W pomieszczeniach tej księgarni czytali swe utwory prawie wszyscy amerykańscy poeci, pisarze, o których dzisiaj Ameryka się uczy w szkołach m.in.: Jack Kerouac, Neal Cassady, Kenneth Rexroth, Kenneth Patchen, Denise Levertov. A to, co ponad 20 lat temu pisałem, to była jawna prowokacja losu.

Prosto z Wiednia, z obozu dla uchodźców, poleciałeś w roku 1982 do San Francisco. Generał Jaruzelski "dopomógł" Ci wprowadzeniem stanu wojennego.

Tak. Wprowadzając stan wojenny generał "dopomógł" setkom tysięcy młodych ludzi w podjęciu decyzji o emigracji. Musimy pamiętać też o Ronaldzie Reaganie. To on otworzył dla nas granice wielu państw - dla mnie Stanów Zjednoczonych.

Adriana Szymańska pisała w recenzji o Twoich wierszach w "Przeglądzie Powszechnym" (1993 r. ): "Lizakowski jest być może pierwszym z prawdziwego zdarzenia polskim poetą imigracyjnym. Taka była m.in. motywacja komisji kwalifikacyjnej wnioskującej niedawno o przyjęcie poety do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich... On po prostu pozwala się wchłaniać Ameryce, sam wchłaniając w siebie jej rozległe pejzaże i jej frustrującą, poddaną kultowi dolara osobowość".

Podoba mi się Ameryka, chociaż wiele moich wierszy temu zaprzecza, bo przecież Ameryka to nie tylko dolar, ale także poniewierka, upodlenie, wyrzeczenie się samego siebie, zdrada samego siebie, dla wielu nawet zgoda na dobrowolne niewolnictwo poprzez ciężką pracę za niskie stawki, nieraz wręcz głodowe, bez weekendów, wakacji, odpoczynku itd. Dlatego dużo piszę o Ameryce z punktu widzenia emigranta, który zaczynał swoje życiu tutaj od zera.

Lubisz Amerykę, ale chciałbyś, aby była bardziej matką niż macochą, a czy lubisz Polonię?

Lubię, chociaż w mojej twórczości nie ma żadnego zachwytu nad Polonią, natomiast wytykam jej, tak ja je widzę, wady i przywary, intelektualne lenistwo, brak zrozumienia znaczenia kultury tutaj tworzonej.

To co, uważasz się za nauczyciela, wychowawcę Polonii, albo takiego policjanta, co to wszystkim mówi co mają robić? Czy czasem nie pragniesz przypisać sobie więcej, niż możesz, gdy mowa o Polonii? Czy to nie ambicja bycia jej "jedynym głosem" wysuwa się na pierwsze miejsce w Twojej twórczości? Wiesz, że nikt nie lubi, gdy się go krytykuje, poucza, wytyka palcem.

Nigdy nie było i nie jest moim celem być poetyckim wychowawcą, nauczycielem, kronikarzem Polonii amerykańskiej. Jestem polskim poetą, piszę o tym, co mnie inspiruje, i powiem więcej, nie lubię, gdy ktoś przedstawia mnie, mówiąc: to nasz polonijny poeta, albo coś w tym rodzaju.

Masz pełną świadomość bycia emigrantem, emigracja to Twoja pasja, szczególnie widać to w tomie pt. "Chicago miasto nadziei", w listach poetyckich do Pieszyc. Niewielu polskich poetów drugiej połowy XX w. tak dobitnie o tym pisze. Czy nie masz poczucia obnażania się przed obcymi?

W mojej twórczości nie ma ekshibicjonizmu, piszę jak emigrant, bo nim jestem. Ani Czesław Miłosz, ani Adam Zagajewski czy Stanisław Barańczak w tym znaczeniu jak ja jestem nie byli emigrantami. Oni przybyli do Ameryki na zaproszenie szacownych instytucji, nie musieli szukać pracy, stołu, łyżki, koca, mieszkania, poduszki pod głowę, mieli zupełnie inny początek emigracji, może nie łatwiejszy, ale inny. Są jeszcze poeci z londyńskich Kontynentów, byli śp. poeta z Kanady Wacław Iwaniuk, który według mnie najwięcej mówił w swojej twórczości o emigracji, dodałbym jeszcze śp. Kazimierza Wierzyńskiego i śp. Józefa Łobodowskiego z Hiszpanii. Oni bardzo tęsknili za Polską, tęsknota za nią była siłą napędową ich twórczości.

Skończyłeś 50 lat, dwudziesty szósty rok jesteś na emigracji. Powiedz, tak szczerze, co najbardziej przez ten czas najlepiej Ci się udało i co było Twoją największą porażką?

Nie mam zamiaru mówić o swoim osobistym życiu, choć oddzielanie życia poety Adam Lizakowskiego od życia Adama Lizakowskiego wydaje mi się niemożliwe. Dużo w tym wszystkim jest sprzeczności, bólu i brutalności dnia codziennego. Czasem życie kłóci się z poezją, czasem poezja kłóci się z życiem. Nie jestem w stanie omówić tych sprzeczności, ale one są i widać je gołym okiem. Choćby to, że lubię Amerykę, ale myślę bardzo poważnie o powrocie do Polski. W Ameryce moim amerykańskim przyjaciołom mówię o niej jak o kraju zza siedmiu gór i rzek, jakimś mało rzeczywistym. Z kolei Polska jest dla mnie wyjątkowo dziwna, nieprzejrzysta, nie potrafię zrozumieć jej przywódców ani narodu. Polska to dla mnie tajemnica i tak do końca nie wiem, czy w Polsce jeszcze jest komunizm, czy go już nie ma. Na pewno oficjalny upadek komunizmu to sukces wszystkich Polaków. A porażką jest to, że wciąż nie mamy takiej ojczyzny, o jakiej przez wiele lat marzyliśmy. To jest największa moja (nasza) porażka.

Mówisz o sprzecznościach, bólach, brutalności, o tym, że w Twojej twórczości nie ma miejsca na sentyment. Pozwól, że powołam się na Czesława Miłosza, który w liście do Marka Skwarnickiego tak napisał o Tobie: "1. Niech ta liczna diaspora emigrantów po r. 1980 wyda choć jednego poetę, który by był brutalnym głosem jej bólów. 2. Polskiej poezji dzisiejszej potrzeba odtrutki na literackość, jakiegoś mięsa rzeczywistości, a to znajduję u Lizakowskiego". Czy świadomie podporządkowujesz się słowom Miłosza?

Zapomniałaś dodać, że jest to tylko fragment listu napisanego przez Czesława Miłosza w 1989 r. Dowiedziałem się o jego istnieniu dopiero z książki Marka Skwarnickiego Mój Miłosz, wydanej w 2004 r., w której ten list został opublikowany. Pan Miłosz prosi go o przekazanie kilku moich wierszy do Tygodnika Powszechnego. Nie może więc być mowy o jakimkolwiek podporządkowywaniu się słowom p. Miłosza. On po prostu był dla mnie bardzo życzliwy, cenił moją twórczość, chciał mi dopomóc, wysyłając moje wiersze czy to do Paryża, czy to do Krakowa.

Naprawdę?

Naprawdę. Moją poezję wspiera rzeczywistość, zwykli, normalni ludzie, im się podporządkowuję. Nie jestem w stanie zbudować takiej narracji, w której musiałbym wymyślać cały wiersz od początku do końca. Mój umysł nie jest w stanie wyprodukować fikcji. Zawsze staram się bazować na czymś, co już istnieje. Nigdy np. nie napisałbym abstrakcyjnego wiersza. Potrafię tylko przerabiać rzeczywistość, jej się podporządkowuję, czyli temu, co już istnieje. A może nawet nie chcę, po co wymyślać rzeczy, po co je pomnażać.

Pięćdziesiątka na karku, 25 lat życia na emigracji minęło Ci na pisaniu o emigrantach i emigracji. Czy tak będzie nadal, nic się nie zmienisz?

Zbyt dosłownie traktujesz to, co piszę w pierwszej osobie. Utożsamienie autora z "ja" lirycznym jest tutaj nie na miejscu. Nie zamierzam niczego zmieniać. A co, nie podoba ci się moja poezja?

Bardzo mi się podoba. Twoje wiersze to nie tylko poezja, ale małe traktaty socjologiczno-filozoficzne o ludziach, szczęściu ludzkim, przypadku, losie człowieka, który znalazł się daleko od swojej rodziny, ojczyzny, miejsca urodzenia etc. Poruszasz w nich nie tylko problemy związane z Polakami. Twoja poezja to rozmyślania nad kartką papieru o emigrantach, których na świecie jest coraz więcej, na tym polega Twój poetycki uniwersalizm.

Warto było przylecieć do Ameryki, do Chicago i pisać o tym, o czym polska diaspora tylko mówi od 150 lat, a nie pisze.

Czyli niczego nie żałujesz, nawet tego, że nie jesteś na pierwszych stronach gazet, że nie masz milionowych nakładów książek. Myślę, że nie ma czego żałować, może to i lepiej, że w Chicago nie ma stałych miejsc spotkań poetyckich, dyskusji poetów, krytyków, recenzentów, przecież czułbyś się bardzo źle w takim salonie literacko-poetyckim. Ty sam jesteś dla siebie klasą.

Ważne jest, aby robić swoje i mieć dużo zdrowia, bo ono jest najważniejsze. Róbmy swoje, jak śpiewa Młynarski.

Zatem życzę Ci jak najwięcej zdrowia i pozytywnej energii.

Chicago, grudzień 2006 r.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail