Przegląd Polski 15 grudnia 2006
- Dziennikarskich grzechów jest wiele... - Ze Stanleyem Cloudem i Lynne Olson rozmawia Tomasz Nowak
- Pokaz prozy - Jerzy R. Krzyżanowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Pokaz prozy

Pokaz prozy? - zdziwi się niejeden z czytelników. Wiadomo, że istnieją pokazy mody i pokazy koni rasowych, ale jak pokazywać prozę? Widocznie można, skoro tak krakowskie Wydawnictwo Literackie zatytułowało antologię opowiadań napisanych przez dwunastu pisarzy tzw. średniego pokolenia, urodzonych według anonimowego autora wstępu, "w okresie mniej więcej 1945-1960", czyli - dodajmy od razu - ludzi w wieku między 45-60 lat. Ponieważ nie można urodzić się "mniej więcej", zajrzyjmy do zamykających tom biogramów i postarajmy się uściślić informację. Okazuje się, że najstarszym z publikowanych tu pisarzy jest urodzony w 1944 r. Eustachy Rylski, najmłodszą zaś Olga Tokarczuk urodzona w 1962 roku. Biogramy te, notabene, imponują wyliczeniem nagród otrzymanych przez autorów - siedmiu spośród dwunastu było laureatami Nagrody im. Kościelskich, a trzech - Fundacji Alfreda Jurzykowskiego, nie licząc wielu innych wyróżnień zagranicznych i krajowych. Listę autorów, sporządzoną w alfabetycznym porządku, otwiera Stanisław Barańczak, a zamyka Adam Zagajewski, a więc pisarze znani przede wszystkim jako poeci, okazuje się jednak, że będący także autorami "pokazowej prozy".
Zamieszczone w antologii utwory publikowane były w latach 1977-2004, a zatem w czasie, gdy ich twórcy istotnie wkroczyli już w wiek średni, reprezentując tym samym literaturę dojrzałą, a nie młodzieńcze eksperymenty. Spróbujmy popatrzeć (bo to przecież pokaz), jak literatura ta wygląda, a może uda się zobaczyć, co sobą przedstawia.
Pierwszym wrażeniem, jakie odnosi się przy lekturze pokaźnego, 400 stron druku liczącego tomu, jest czystość tej prozy. Całkowity brak wulgaryzmów, nawet w obu zamieszczonych w tomie opowiadaniach Jerzego Pilcha, który subtelnością nie grzeszy. W porównaniu z powieściami Doroty Masłowskiej, zdobywczyni Nagrody Nike za najlepszą powieść roku 2006, gdzie od najplugawszych i najordynarniejszych wyrażeń roi się do tego stopnia, że stanowią one podstawowy składnik języka 23-letniej autorki, proza jej starszych koleżanek i kolegów jest najzupełniej od tego rodzaju "ozdobników" wolna. Czyżby oznaczało to wyraźną różnicę pokoleń i ich sposobu pisania? A może nawet standardów moralności? Bo nawet zamieszczone w tomie dwa czy trzy opisy sytuacji seksualnych są podane tak dyskretnie, że zasługują na pochwałę za niespotykaną dzisiaj oględność. Wszystkie opowiadania "dają się czytać", jak to określał popularny Przekrój.
O czym piszą autorzy zebranych tu siedemnastu opowiadań? O współczesności, oczywiście, z tym że jest to pojęcie nader szerokie, obejmujące zarówno przedwojenną wizję miasta zwanego wtedy Allenstein, aż po wojenną - tym razem porażoną "wojną jaruzelską" - Warszawę. Ciekawe, że poniemieckie tereny zdają się fascynować nie tylko pisarzy związanych trwale z Gdańskiem (Stefan Chwin i Paweł Huelle), ale także autorów z innych terenów, jak np. Włodzimierz Kowalewski z Torunia, Olga Tokarczuk, reklamowana w biogramie jako "jedna z najpoczytniejszych polskich autorek", czy przez wiele lat związany z Dolnym Śląskiem Eustachy Rylski, o którym dowiadujemy się, że "od dziesięciu lat mieszka na wsi pod Warszawą". Kilku autorów, jak np. Antoni Libera i Janusz Weiss, rozszerza problematykę krajową o tereny obce, Szwajcarię i Szwecję, dokąd w takim czy innym charakterze podróżują rodacy, przy czym opowiadania tych dwóch autorów różnią się tak bardzo, jak różnić się mogą ludzkie losy - od groteskowego ukazania prozaicznej nędzy polskiego stypendysty aż po szokujące zderzenie przybyłych z zagranicy dzieci z ponurą przeszłością rodzinną.
Satyryczne spojrzenie na współczesną Polskę przybiera także różne kształty, od tradycyjnego "wieczoru autorskiego" na prowincji (Barańczak), poprzez frustracje początkującego dziennikarza (Pilch), aż po obraz oszołomionego stanem wojennym Anglika, który niczego nie rozumie (Tokarczuk). Niekiedy jednak satyra ustępuje miejsca beznadziejności graniczącej z obłędem i zmienia się w tragedię, jak w długim, ambitnym opowiadaniu Rylskiego czy pełnych smutku opowiadaniach Pawła Huelle. Czasem zaś, jak u Stefana Chwina, przeszłość nakłada się ponurym cieniem na pozornie spokojną współczesność widzianą oczyma dorastającego chłopca, dla którego dzieje przesiedlonego z Wileńszczyzny ojca pozostają niezbadaną tajemnicą. "Bo tu, na terenach przejściowych - pisze Chwin - które należały raz do jednych, raz do drugich, ze swoim ´gadaniemª nie należało się obnosić nie tyle (czy nie tylko) przez wzgląd na ´przykrośćª, ile ze względu na nieważność własnego losu" (s. 48). To jedno, wtrącone w cudzysłów słowo "przykrość", zwłaszcza wymawiane z miękkim zaśpiewem charakterystycznym dla tamtych stron, ma, przynajmniej dla ludzi znających wileński dialekt, wartość perełki stylistycznej, natychmiast określającej i mówiącego, i całe jego środowisko.
Użyłem tu określenia "satyryczne", ale w pewnej specyficznej formie, normalnie bowiem satyrę charakteryzuje humor, którego w publikowanych tu opowiadaniach brak niemal zupełnie. Bo czy można za śmieszny uznać obraz polskiego stypendysty, który w szwajcarskim Lemanie po nocy chciwie łowi rzucane do jeziora przez turystów drobne pieniądze, których zresztą później nie chcą mu wymienić w banku? Czy to śmieszne, czy tragiczne? Rozważając polskie losy Stefan Chwin pyta: "Żart? Lecz czyj i po co? A może to była pusta gra, do której nie należało przywiązywać żadnego znaczenia?" (s. 55). Czytane w kolejności opowiadania autorów reprezentujących pokolenie literatury ostatnich lat PRL-u sprawiają wrażenie raczej przygnębiające, są na pewno niewesołe, ale bezwzględnie, nieraz okrutnie szczere.
Dzisiaj, w dobie masowych wyjazdów Polaków za granicę i otwartej komunikacji z krajem, specjalnej aktualności nabiera opowiadanie Janusza Weissa Korzenie. Jest to krótka historia kobiety, która w obawie przed sowiecką inwazją wyjeżdża z dziećmi do Szwecji, gdzie dba o ich polskość i gdzie "na lekcjach polskiego poznawali wiele nowych, nieznanych słów, ale to jedno - ´komunistaª - znali z domu, i to we wszystkich odmianach" (s. 352). Po upadku komunizmu bohaterka opowiadania przywozi dzieci do Polski, żeby pokazać im "korzenie" i w tym celu prowadzi je na Powązki, na grób dziadka pochowanego w Alei Zasłużonych. I wtedy "usłyszała przeraźliwy krzyk Jasia. Spojrzała w dół, za jego wzrokiem, tam, gdzie wskazywał wycelowany palec. Na oczyszczonej z liści płycie nagrobnej, pod imieniem i nazwiskiem ojca, które było także jej nazwiskiem i nazwiskiem jej dzieci, widniało wyryte w marmurze słowo: KOMUNISTA" (s. 354). Ile takich niespodzianek czekać może wracających do kraju po latach emigrantów?
Nie wszystkie zamieszczone w zbiorze opowiadania mają taką siłę wyrazu artystycznego. Do najsłabszych zaliczyłbym krótką opowieść Bronisława Maja o fascynacji muzyką bigbitowej grupy The Animals i mające być próbą analizy dziejów początkującego poety opowiadanie W pełni sił Adama Zagajewskiego, natomiast do zasługujących na uwagę zaliczyłbym trzy gdańskie opowiadania, Chwina i Huelle, a także minipowieść Dziewczynka z hotelu Excelsior Rylskiego. Jest to rzecz nastrojowa, świetnie napisana, ze stopniowo narastającym poczuciem zbliżającej się tragedii człowieka żyjącego na pograniczu rzeczywistości i marzenia, symbolizowanego przez anonimową dziewczynkę, będącą zapowiedzią końca życia. Już pierwsze zdanie utworu tragedię zdaje się zwiastować: "Mężczyzna pokłócił się z żoną, wstał z koca i poszedł w stronę zielonej budki z lodami" (s. 260). Sprzeczka z żoną prowadzi do coraz większego wyobcowania mężczyzny z wakacyjnego środowiska i coraz bardziej zbliża go do dziewczynki napotkanej na plaży, a potem z tej samej plaży prowadzącej w głębinę morza. Umiejętność pokazania zdawałoby się nieznacznych, drobnych kroków prowadzących od małżeńskiej sprzeczki do ostatecznego, nieuniknionego momentu śmierci świadczy o mistrzostwie doświadczonego pisarza, najniesprawiedliwiej pominiętego w finale tegorocznych nagród Nike na korzyść wspomnianej już Masłowskiej. Patrząc na Pokaz prozy widać wyraźnie postępujący w dzisiejszych czasach proces upadku wartości estetycznych, a może i czegoś więcej? Bardzo pouczająca lektura.
Pokaz prozy. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006, s.
400, cena 21 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką
(do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
www.ksiazkionline.com

