Przegląd Polski 8 grudnia 2006

Żabką przez Atlantyk

Seksoobrona

Marek Kusiba

No i mamy nową sensację, wygenerowaną w zdegenerowanej generowaniem kolejnych afer Gazecie Wyborczej. Tylko co wyszedł z więzienia wsadzony tam przez nią - za zbytnią gadatliwość, a potem zbytnią powściągliwość - Lew Rywin, a dzielni dziennikarze GW jęli się zaglądania do łoża przewodniczącego Leppera tudzież posła Łyżwińskiego. Mieli ci oni dawać pracę w Samoobronie kobietom polskim w zamian za usługi erotyczne, świadczone przez panie pożądające karier bardziej niż dobrego imienia. Dziennikarze z GW namówili do wyznań, na poły miłosnych, niejaką Anetę K., matkę dwojga dziatek, która dla ratowania latorośli od głodu tudzież wizerunku ojczyzny, jako pierwszego w świecie kraju budującego cywilizację miłości, udała się pod prysznic Andrzeja Leppera, gdzie doszła do słusznego wniosku, że marnowanie wody jest wylewaniem społecznych pieniędzy z kąpielą, której nie wzięła, i z narażeniem się na choroby weneryczne oddała swe pachnące swojsko wdzięki na usługi wodza. Dwa dni później Aneta K. została nagrodzona stolcem wicedyrektorki biura wiceszefa partii Stanisława Łyżwińskiego, urzędującego w Tomaszowie Mazowieckim. Szybko awansowała na szefową, w nagrodę za patriotycznie świadczone, także jemu, usługi erotyczne.

Za takie poświęcenie sprawie należy się kobiecie order, tymczasem spotyka ją kara - rozciągają jej patriotyzm jak gumę do majtek po mediach, zapowiadają ciąganie po sądach, piętnują i kamienują kalumniami. Moim zdaniem owa obywatelka chciała się tylko przyczynić do wzrostu popularności Samoobrony, partii dotychczas wykpiwanej z powodu śmiesznych krawatów, które, jak się niedługo może okazać, były jedynym odzieniem dzielnego przewodniczącego tudzież posła Łyżwińskiego, ślizgającego się na własnych zeznaniach jak pingwin na lodzie.

Komuś musi zależeć na tym, by obchody ćwierćwiecza stanu wojennego przykryć dymem z płonących stosów. W Polsce stale rośnie w siłę - mówiąc słowami Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego - Głupia sprawa. Była to powieść o lustracji, ale dawniejszej, bo z 1968 r. Różnica tylko w nazewnictwie: w stanie wojennym nazywano lustrację weryfikacją. Reszta się zgadza. Dziś rzucają w ogień potępienia sekspatriotki, a dopiero co dorzucono do stosu dziennikarzy. Skwierczą kości "Marleny", czyli Ireny Dziedzic, "Senatora", czyli Krzysztofa Teodora Toeplitza, "Johna", czyli Daniela Passenta, czy "Jerzego Stefańskiego", czyli Wojciecha Giełżyńskiego. Popularny w środowisku "Giełż" miał współpracować z bezpieką przez 32 lata, aż do lata roku pamiętnego 1980. Nie wiem, czy współpracował, czy tylko był wykorzystywany, niczym Aneta K. przez Seksoobronę. Od siebie mogę powiedzieć, że krzywdy mi żadnej nie zrobił, a wprost przeciwnie, pomagał jak mógł w organizacji zakładanego przeze mnie instytutu na uczelni, której rektorował. Przynosił wygrzebane gdzieś książki, ale żeby donosił? Giełżyński pisał, to wiem, bo czytałem kilkanaście z blisko 60 jego reporterskich książek. Byłem też z nim, już podczas stanu wojennego, na obozie NKWD, czyli Narciarskiego Klubu Wy... rzuconych Dziennikarzy, organizowanym przez znany w środowisku Klub Narciarski "Kaczka" (nazwa bez związku z Kaczyńskimi) i żadnych podejrzanych zachowań "Giełża" nie odnotowałem w prowadzonym przez siebie "dzienniku przetrwania".

W stanie wojennym musiało jakoś przeżyć dwa tysiące dziennikarzy i dziennikarek, pozbawionych środków do życia, a nie było jeszcze Leppera czy Łyżwińskiego, by mogli dać pracę za usługi, ma się rozumieć zawodowe. A są to, bez wątpienia, uczynni ludzie czynu. Poseł Łyżwiński wpadł kiedyś na genialny pomysł, jak odróżnić braci Kaczyńskich. Zaproponował jednemu z bliźniaków noszenie kokardy. W wyborach do Sejmu w 2001 r. wyznał dumnie, że był "świadomym i tajnym współpracownikiem organów bezpieczeństwa". Razem z żoną-posłanką został też skazany za oszustwo podatkowe, ale sąd go uniewinnił. W zeszłej kadencji dwukrotnie karała go złośliwa komisja etyki. Poseł nie posiada własnego samochodu, ale wziął z kancelarii prawie ćwierć miliona złotych na paliwo. Zasłynął też z odważnego poparcia stanu wojennego, który uznał za "pozytywne zjawisko". Wiceszef Samoobrony niezbyt daleko odpadł od Lepperowej jabłoni. Nadal utrzymuje, że wprowadzenie 13 grudnia 1981 r. stanu wojny z narodem uchroniło Polskę przed zbrojną interwencją ZSRR. Twierdzi też publicznie, że internowanym nie działa się specjalna krzywda. Jako dowód podaje Lecha Wałęsę, który "w więzieniu przytył nawet 15 kg".

Balzak kiedyś powiedział, że dziennikarstwo jest zawodem, z którego można daleko zajść pod warunkiem, że się w porę wyjdzie. Wielu z nas, pozostających w jawnej opozycji do poglądów i uczynków pary Seksoobroniarzy, wyszło z tego zawodu i z tego kraju z powodu tak zażarcie bronionej przez Łyżwińskiego wojny polsko-jaruzelskiej. Zaszliśmy wystarczająco daleko, by tam nie wracać...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail