Przegląd Polski 8 grudnia 2006
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Definicja przyjaźni. Pięć listów Stefanii Kossowskiej do Anny Frajlich - Anna Supruniuk
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

Nie wiem dlaczego, ale mnie - pogrążoną permanentnie w smutkach starości, w strzykaniu stawów, bólach takich i owakich, w zapominaniu, gdzie co położyłam przed chwilą (wybitnie dołujące!), snującą się po domu bez celu, zasypiającą znienacka przy telewizorze czy nad gazetą, czyli mnie, taką nie do życia - naraz wyciągnął za uszy festiwal (bo tak to nazwę) wyborów samorządowych w Warszawie. Poczułam się jakbym uczestniczyła w święcie demokracji, jakbym siedząc wbita w fotel przed telewizorem znalazła się nagle w samym środku wydarzeń pamiętnego Majdanu kijowskiego, któremu z żarem sekundowali Polacy.
Życie dało mi ten komfort, że pierwsza tura wyborów nie rozstrzygnęła, kto będzie prezydentem Warszawy. Dwa tygodnie dzieliły mnie od drugiej tury, rozstrzygającej między dwojgiem najlepszych. Przeżyłam je w euforii, śledząc słupki wszelkich możliwych sondaży. Kandydaci szli łeb w łeb. Sytuacja była ciągle niepewna.
Jedni stawiali na Kazimierza Marcinkiewicza, niedawnego premiera w rządzie PiS-u, a potem komisarza Warszawy. W którym to mieście - wyniesiony do godności partyjnych - znalazł się chyba po raz pierwszy w życiu (nie licząc wycieczek szkolnych, być może). Wesoły i gibki, w żadnym wypadku nie doktryner, zdobył sobie z miejsca sympatię Polaków. Uznano go za ulubionego polityka. Deklarował miłość do stolicy. Widywano go w różnych jej zakątkach; miał wizje przebudowy i rozbudowy ("teatr swój widzę ogromny") - promieniał.
Kandydatką Platformy Obywatelskiej była rodowita warszawianka, osoba pragmatyczna, była prezes Narodowego Banku Polskiego, a potem, przez kilka lat - na prestiżowym stanowisku wiceprezesa Banku Światowego - Hanna Gronkiewicz-Waltz. W 1995 roku startowała przez chwilę do prezydentury państwa przeciwko Lechowi Wałęsie, nieładny epizod w jej życiu, krótki i mam nadzieję, zapomniany. Pokażcie mi polityka, który nigdy nie popełnił jakiegoś błędu! Teraz jawiła się jako specjalistka od finansów, ktoś dobrze rozpoznawany na Zachodzie, mogący zapewnić stolicy zagraniczne inwestycje i umiejący liczyć, kalkulować i dopilnować interesu. Bo w tym największy jest ambaras, żeby nie marnować pieniędzy, zwłaszcza tych, które z Unii Europejskiej same pchają nam się w kieszeń.
Całym sercem byłam za "Gronkowcem", jak ją okrzyknęła Warszawa. To znaczy, Warszawa "wykształciuchów". Charakterystyczne, że prawy brzeg Wisły, czyli Praga, gdzie wykształciuchów mniej, głosował na Marcinkiewicza.
Te dwa tygodnie przerwy między jedną turą wyborów a drugą, nie polegały li tylko na śledzeniu "słupków", komu przypada wyższy. Bynajmniej. Miały swoją dramaturgię.
Otóż w pierwszej turze okazało się, że niespodziewanie dużo, bo ponad 20% głosów zdobył LiD (Lewica i Demokraci) - z Markiem Borowskim i Januszem Onyszkiewiczem (dawna Unia Wolności) startujących razem. Chodziło więc o to, żeby głosy LiD-u w drugiej turze (do której stawały tylko dwa ugrupowania, które zdobyły najwięcej głosów, czyli Marcinkiewicz i Gronkiewicz-Waltz) przeszły na "Gronkowca". Zdawać by się mogło, że to łatwe zadanie, że głosy oddane na LiD przejmie Hanna Gronkiewicz-Walz. Platforma przecież całą swoją kampanię prowadziła pod hasłem "uwolnić Polskę od nieudolnych rządów PiS-u". Trzeba było tylko trochę pokłonić się Borowskiemu, poprosić. A nawet zgodzić się, że ktoś z nich wejdzie do rady stolicy. I tu, ku zaskoczeniu zwolenników pani Hanny, zaczęły się schody. Rozmowy Tusk - Borowski utknęły w martwym punkcie. Marek Borowski wściekł się. Powiedział, że owszem, na wybory pójdzie, ale odda głos nieważny. Elektorat "wykształciuchów" zawrzał oburzeniem na Tuska: "Jak to?! Poświęcić Hannę i oddać stolicę w ręce PiS-u?! Tylko dlatego, żeby nie pokalać się podejrzeniem o lewicowość?! Tego za wiele!".
Na domiar złego Jan Maria Rokita, enfant terrible Platformy, ale też wybitny jej przedstawiciel, tyleż inteligentny, co kapryśny, poparł w Krakowie, swoim rodzinnym mieście, nie faworyta, który sprawdził się w poprzedniej kadencji prezydenckiej Jacka Majchrowskiego, ale kandydata PiS-u, człowieka nienadającego się na to stanowisko, podstarzałego ekshipisa z profesorskim obecnie tytułem. Wygrał na szczęście Majchrowski.
Niemniej rozhowory liderów Platformy (niewątpliwie wymagające debaty i rozstrzygnięć) wprowadziły nas w konfuzję. I tu w sukurs przychodzi - kto by się spodziewał - Aleksander Kwaśniewski. Oświadcza, że zagłosuje na Hannę Gronkiewicz-Waltz i przy okazji wygłasza pochwałę dla jej kompetencji. W tej sytuacji przyłącza się do Kwaśniewskiego Marek Borowski i spora liczba jego ludzi. Hanna Gronkiewicz-Waltz obejmuje rządy w stolicy.
Czy zwyciężyłaby bez poparcia LiD-u? Może, ale nie jest to pewne.
Premier Jarosław Kaczyński nie zdobył się, żeby jej pogratulować. Przeciwnie, znów zademonstrował postawę, której się u niego boję, a której daje wyraz zawsze, gdy sytuacja grozi uszczupleniem jego władzy: w nienawistnym przemówieniu krzyczał, że stare wraca, że trzeba się przeciwstawić wciskającej się na nowo w życie postkomunie. Odniosłam wrażenie, że dla tego człowieka demokracja jest pustym słowem.
***
Tuż przed drugą turą wyborów samorządowych Polska pogrążyła się w żałobie. W kopalni Halemba na Śląsku zginęło 23 górników. Zginęli na głębokości 1030 metrów. W wyrobisku już nieeksploatowanym. Poszli po pozostawiony tam sprzęt. Do dziś nie wiadomo, czy zabił ich wybuch metanu, czy pyłu węglowego. Nie wszystkie ciała udało się od razu zidentyfikować. Szyb trzeba było przewentylować, a ciała poddać badaniu DNA.
Pamiętam nie tak dawne czasy, kiedy na gwałt zamykano kopalnie. Górnicy w proteście gremialnie zjeżdżali do Warszawy, palili kukły rządzących, wyrywali kamienie z bruku i rzucali nimi w budynki rządowe. Były szamotaniny z policją, były sikawki i ranni. W rezultacie górnicy, zwalniani zbiorowo, dostali bardzo wysokie odprawy. Mieli sobie za nie stworzyć nowe życie. Czytaj: otwierać sklepiki czy różne punkty usługowe. Szkoły górnicze pozamykano. Tłumaczono im: rynek przesycony, nikt nie chce naszego węgla...
Teraz okazało się, że chce. Nasz węgiel jest pożądany. W pośpiechu robi się nabór pracowników. Bo nie wszyscy przekwalifikowali się. Większość nie. Górnik to zawód z dziada pradziada. Straszny, ale piękny. Nasłuchałam się o tym, kiedyśmy jeździli do nich w latach 80. na tajne spotkania. Opowiadali, jak tam, na dole, zrywają z siebie cały fałsz życia z góry. Zmieniają język, otwierają się - są sobą. Takiej solidarności nie spotyka się na powierzchni ziemi. Pamiętam, jak ci wyrzuceni z kopalni w ramach politycznych restrykcji, nie mogli sobie miejsca znaleźć, choć ruch konspiracyjny znajdował im nawet lepiej płatne prace.
Więc teraz wracają. Zreformowano administracyjną strukturę górnictwa, ale nie zrobiono nic, żeby było bezpieczniej. "Halemba" należy do kopalń najgroźniejszych. Widzę nad jej bramą wielki wyryty napis: SZCZĘŚĆ BOŻE, w dole tłum zrozpaczonych rodzin, a jeszcze niżej morze zapalonych świeczek...
***
Umarła Hanisia. Czyli starsza córka generała Andersa. Nie wiem, gdzie, jak i kiedy. Wspomnienie o niej zamieściła Gazeta Wyborcza. Pióra Danusi Styczyńskiej, jej bratowej, którą doskonale pamiętam z pielgrzymki do Ziemi Świętej.
Hanisię mam w oczach jak żywą. W jej kanadyjskim domu w Rowdon opowiedziała mi swoje dzieje, pełne bolesnych chwil, zaprzeczenie jej pogodnego usposobienia. Pisałam wówczas książkę o jej ojcu pod tytułem Anders spieszony; chciałam wiedzieć jak najwięcej.
Hanisia była świetnym narratorem. Opowiadała o szkole w Brodach, na Kresach, gdzie ojciec dowodził garnizonem. Większość uczennic w szkole, do której chodziła, to były Żydówki. Nie przeszkadzało jej to w niczym. W czasie wojny pracowała w ruchu oporu, a gdy wojna się skończyła, wyrwali się: z matką, bratem, mężem Hani Bernardem Romanowskim oraz maleńką Ewą do Włoch, do ojca. Niestety, był już z inną kobietą.
Nikt na Zachodzie ich nie chciał. W skomunizowanej Francji, gdzie osiadła z Bernardem i dzieckiem, robili laleczki na torty weselne. Ruszyli do Kanady, gdzie spodziewali się lepszego bytu ("przecież Kanada tyle zarobiła na wojnie!"). Niestety, Bernard zapadł na raka. Kanada nie była jeszcze objęta powszechną służbą zdrowia. "Za każdy wacik trzeba było płacić..." - mówiła.
Po śmierci Bernarda pojawił się w jej życiu Andrzej Nowakowski, przyszły mąż. Niezwykle porządny i miły człowiek. "Wziąłem Hanisię z siedmioma tysiącami dolarów długu" - mówił wesoło. Takich ich poznałam: dobre, otwarte na innych, gościnne małżeństwo.
Ostatni raz widziałam Hanię w restauracji w Montrealu. Trwał akurat Lobster Festival - wszyscy zajadali się tymi wielkimi skorupiakami. Uczyła mnie, jak to robić. Nie zawracać sobie głowy ponętnym brzuchem, skoncentrować się na szczypcach. Spróbowałam: różowe niebo w gębie.
Prosto z restauracji Hanisia szła do szpitala na wymianę kolana. Nie mówiło się o tym; same wesołe tematy. Gdy wstawaliśmy od stołu, zobaczyłam, jak skrywa wyraz bólu. Dopiero teraz, kiedy i mnie dopadła podobna przypadłość, rozumiem, jak to jest. Hanię operowano wielokrotnie i z dobrym skutkiem. Jej listy były pogodne, z nutką melancholii, gdy donosiła, że ten i ów się wykruszył. Byłam przekonana, że odejdzie ostatnia.

