Przegląd Polski 1 grudnia 2006

Brzmienie niedopowiedzeń

Z Tomaszem Stańką rozmawia Joanna Sokołowska-Gwizdka

To już czwarty rok, kiedy gra Pan ze swym kwartetem w obecnym składzie i trzecia płyta nagrana dla wytwórni ECM. Po albumach "Soul of Things" (2002) i "Suspended Night" (2004) powstał album "Lontano" (2005). Promował go Pan przez ostatnie tygodnie na amerykańskim kontynencie. Jak najnowszy album ma się do poprzednich płyt z tej serii?

Lontano jest improwizowaną trzyczęściową kompozycją i układa się w logiczny tryptyk. Mimo że w swym lirycznym i melancholijnym charakterze zbliża się do poprzednich płyt, jest według mnie najbardziej dojrzałą i sumującą okres, w którym koncertowałem z kwartetem w tym składzie.

Muzyczny termin "lontano" określa rodzaj "piano". Czy zatem tytuł płyty ma sugerować rodzaj ciszy i spokoju, która znajduje się w Pana kompozycjach?

Nie było moim zamierzeniem, aby tytuł cokolwiek sugerował, gdyż dla mnie najpiękniejszą stroną muzyki jest jej abstrakcyjność. Do tej pory nagrywałem wariacjami i dawałem tytuł całej płycie. Tym razem spróbowałem wrócić do klasycznej formy konwencji i nadałem tytuły poszczególnym utworom. Starałem się, aby dany tytuł oddawał nastrój utworu, choć dla mnie ta literacka strona nie jest aż tak bardzo ważna. W tytule ważne jest brzmienie słowa, nastrój słowa i nastrój znaczenia słowa. Nadaję więc tytuły z niedopowiedzeniami, jak np. Suspended Night czy teraz Lontano, czyli "z oddali".

Najnowszy album został nagrany jesienią 2005 r. w studiu wybranym przez samego Manfreda Eichera - założyciela wytwórni płytowej ECM, w La Buisonne pod Marsylią. Jaki wpływ na brzmienie obecnego Pana zespołu ma Manfred Eicher?

Brzmienie wytwórni ECM jest bardzo bliskie mojemu, dlatego świetnie mi się pracuje z panem Manfredem Eicherem, a jego obecność podczas nagrań ma bardzo duże znaczenie. Jest on bowiem "piątym improwizującym członkiem zespołu". Jako producent ma olbrzymie doświadczenie, a jednocześnie jest człowiekiem renesansu, który bardzo dużo wie o sztuce i swoim podejściem wzbogaca całość twórczego procesu.

Pana muzykę można rozpoznać już po kilku taktach, po charakterystycznym lekko chropawym brzmieniu trąbki. Jak ewoluowało to brzmienie?

Moje brzmienie powstało w pewien naturalny sposób, może to ja taki jestem, a może to jazz taki właśnie jest. Swoje brzmienie mieli Charlie Parker, John Coltrane, Miles Davis czy Louis Armstrong, jest ono częścią naszej techniki, naszej osobowości. Zawsze zwracałem uwagę na brzmienie. Wydaje mi się, że głównie zależy ono od przeżycia, własnego wnętrza, od bogactwa, od wrażliwości - odzwierciedleniem tego wszystkiego jest właśnie dźwięk. Myślę, że dźwięku nie traci się z wiekiem, dźwięk jest w głowie, a nie w mięśniach czy w zadęciu. Dźwiękiem można prawie wszystko wyrazić, każdy nastrój, każdą emocję. Do tego dochodzą pewne aspekty techniczne, np. lubię nie stroić instrumentu, gram czasami trochę za wysoko albo trochę za nisko, osiągam wtedy innego typu alikwoty i inną głębię. Gdy gram troszkę niżej, osiągam ciemniejszy nastrój, gdy natomiast gram wyżej, mam bardziej jasny sound.

Czy zgodzi się Pan z opinią, że Pana brzmienie łagodnieje?

Łagodnieje? Może i mógłbym tak powiedzieć, a może ściślej, nie łagodnieje, lecz powiększa się o coraz więcej alikwotów. Używam teraz szerszego brzmienia, lubię grać ballady, choć ta charakterystyczna chropowatość będzie zawsze moja.

Jak Panu się pracuje z młodymi muzykami, którzy są w Pana zespole?

Wiek nie ma tu żadnego znaczenia, oni są po prostu znakomici. Marcin [Wasilewski] to wyjątkowej klasy pianista, ma taką słodycz w sobie i przystępność, którą niewielu artystów posiadło. Zresztą wszyscy są doskonale dobrani. Sławek [Kurkiewicz] na basie jest stabilny jak mało kto, Michał [Miśkiewicz] na perkusji gra bardzo nowatorsko. Precyzyjnie dobieram członków zespołu, bo jeśli ktoś jest trochę gorszy, to podczas grania czuje się do niego wręcz nienawiść za to, że psuje grę. Po koncercie może to minąć, ale w trakcie wzbierają nieprawdopodobne emocje.

Jak przebiega komunikacja z członkami zespołu podczas koncertu?

Odbywa się ona raczej automatycznie i wynika z naszej techniki. Precyzyjnie wiemy, w jakim miejscu w danej chwili jest każdy z nas, a przy bardziej skomplikowanych strukturach musimy się na tyle nawzajem czuć, żeby w odpowiednim momencie nieomylnie się spotkać.

Dla odbiorcy podczas koncertu Pana zespół jest jednym muzycznym organizmem z wiodącym i wnikającym głęboko głosem trąbki i wydaje się, że ten akt twórczy jest niepowtarzalny, że jesteśmy uczestnikami rodzącej się za każdym razem na nowo sztuki. Czy Pan też ma takie uczucie?

Tworzenie muzycznego spektaklu łatwo można przyrównać do aktorstwa. Każdy wieczór jest inny, każde wykonanie jest inne. Myślę, że muzyka płynie i ewoluuje w różnych kierunkach. Od wydania płyty, która jest kluczem do jej wykonania na koncertach, ciągle się zmienia, raz jest bardziej dynamiczna, raz bardziej liryczna, jest to naturalny, bardzo wolny proces.

Jaki wpływ na Pana twórczość mają inne dziedziny sztuki?

Jestem związany zarówno ze sztuką wizualną, jak i z literaturą, a tak naprawdę żyję sztuką całe życie. Idąc do muzeum długo obcuję z eksponatami i staram się pogłębiać wiedzę na ich temat. Wyraźnie czuję duchowe podobieństwo narracji np. Johna Coltrane'a do narracji Williama Faulknera. Lubię czytać Faulknera, myślę, że jazzowa narracja z tym swoim pozornym bezładem jest taka właśnie faulknerowska. Nie ma w tym nic dziwnego, bo i jazz, i utwory Faulknera powstały na tym samym kontynencie. Amerykański pisarz wyraźnie używał narracji czarnego slangu - cofał trochę zdania, powtarzał sens, przez powtarzanie umacniał jakąś kwestię i podkreślał ją. Czerpię też ze sztuki i z tego, jak ją przeżywam. Patrząc na obrazy Paula Cézanne'a w MoMA w Nowym Jorku pomyślałem sobie, że chyba miało to znaczenie, że nagrywałem album Lontano w Prowansji. W młodości kochałem malarstwo Cézanne'a, a Prowansja to są jego strony, patrzył na te same góry, na ten sam krajobraz. Na pewno ma na nas wpływ to, co głęboko przeżywamy, wszystko się gdzieś w środku kumuluje.

Czy w muzyce bliższa jest Panu tradycja czy eksperyment?

Pociąga mnie nowoczesność i eksperyment, przy jednoczesnym silnym związku z tradycją. Nie czuję natomiast związku z tym, co jest pomiędzy tradycją i eksperymentem. Moja twórczość jest wypadkową dwóch biegunów. Niewątpliwie mam dużo wspólnego z melancholią w muzyce Chopina, melodyką Moniuszki, nastrojem Karłowicza czy Szymanowskiego. Ale ja bym tego nie łączył z ludźmi, losem czy historią, tylko ze światłem, w jakim się codziennie budzimy. Światło działa na nas niewiarygodnie. Muzyka reggae jest muzyką słoneczną, tak samo jak jazz stworzony jest przez czarnych, czyli ludzi, którzy wyrośli w specyficznym, południowym świetle. I to się czuje. Natomiast kolorystyka Muncha i jego ekspresja czy muzyka Griega związane są z norweskim, ostrym północnym światłem. I to też się czuje. Według mnie to właśnie światło, dokładnie takie, jakie jest w miejscu, gdzie się urodziliśmy, ma wpływ na naszą twórczość.

A co spowodowało, że zainteresował się Pan twórczością Witkacego (czego owocem była płyta "Peyotl")?

Interesowałem się jego osobą, jego walką z sobą. Najbardziej na mnie działają jego fotografie i portrety. To, co mnie fascynuje w jego sztuce, to paradoksy.

Czy dla Pana improwizacja to też swoisty paradoks?

Kocham improwizację właśnie za jej nieprzewidywalność. Improwizacja - czyli korzystanie z błędów - jest procesem zbliżonym do ewolucji. Wszystko na świecie się zmienia i posuwa bezwładnym ruchem pozbawionym logiki. Mozart też improwizował, gdy napisał nutę niemieszczącą się w ówczesnym systemie reguł, nie poprawiał, tylko uzasadniał ją w następnym takcie. Dzięki temu jego muzyka miała świeżość i była odkrywcza.

Czyli dopiero post factum można wyodrębnić i opisać system, w momencie gdy on powstaje jest niezauważalny.

Sztuka to zjawisko, którego nie ma w przyrodzie. Fala sztuki oparta na skojarzeniach nie występowała wcześniej i nie stworzyła jej natura. Nie ma w niej naturalnej logiki, jest inna logika, stworzona przez człowieka. Świat się zmienia, materia cały czas się przerabia. Jakaś niewyobrażalna siła od jednego atomu stworzyła nas, stworzyła życie i to życie cały czas się przetwarza w pozornie nielogiczne formy, których nie było przedtem w fizyce, w kosmosie i dalej wszystko się poszerza, zmienia się, robi się bogatsze.

Co najbardziej ceni Pan w sztuce?

Najważniejsza jest siła ducha, to, co ma się w środku, i to, co tak naprawdę się przekazuje. Nie jest ważne, jaki to jest obraz, utwór muzyczny czy literacki, lecz to, czym on emanuje. Każdy, kto ma trochę talentu, może siąść i namalować to, co widzi, ale talent to jest mało, ważniejsze są inne rzeczy - siła przetrwania i to coś, co właściwie jest tajemnicą.

Rozmowa przeprowadzona w Nowym Jorku 28 października 2006 r. podczas trasy koncertowej kwartetu Tomasza Stańki po Ameryce Północnej, promującej najnowszy album Lontano nagrany dla wytwórni płytowej ECM.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail