Przegląd Polski 24 listopada 2006
- Film robi się z nadzieja i miłością - Z Agnieszką Holland o jej najnowszym filmie "Copying Beethoven" rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz
- Rytmy Nowego Jorku - Grażyna Drabik
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
RYTMY NOWEGO JORKU
Dada na Manhattanie
Leszek Bzdyl i Rafał Dziemidok w spektaklu Kilka błyskotliwych spostrzeżeń (`a la Gombrowicz), wystawianym w Teatrze La MaMa
Stał na rogu ulicy, nieco z boku rwącego strumienia przechodniów. Postawny, porządnie ubrany, o tubalnym głosie. Głos ważny, bo właśnie ta dźwięczność sprawiła, że przystanęłam pomimo pośpiechu, słuchając mimowolnie, jak grzmiał do telefonu: "... Nie opowiadaj!... Naprawdę?!... Ależ, daj spokój!... Tylko w Nowym Jorku!".
Nie wiem, jaka to wiadomość z drugiej strony linii wywołała ten okrzyk. Z łatwością jednak rozpoznałam ton głosu, którego używamy przywołując to "tylko w Nowym Jorku!": skomplikowany ton wahający się między zdumieniem, niedowierzaniem, oburzeniem, protestem, podziwem i pewną dumą, że jesteśmy w części świata tak szczególnej w swej odrębności.
Ton przechyla się w stronę bezsilnego oburzenia, gdy raz jeszcze zderzamy się z niespodziewaną zmianą rozkładu pociągów, plagą podróży metrem w czasie weekendu. Stoisz, na przykład, na peronie 96 Ulicy, czekasz na ekspresową "dwójkę", gdy rozlega się chrapanie z głośników i ledwo zrozumiały skrzek informuje, że "dwójki" nie ma i nie będzie. Będzie natomiast "trójka" (powinna być ekspresowa, lecz pojedzie jako lokalna "jedynka"), która dowiezie nas do Bowling Green (do stacji, na której ani "jedynka", ani "dwójka", ani "trójka" zwykle nie dojeżdża). Na stacji Bowling Green chrypi bezcielesny głos, że mamy się przesiąść do "czwórki", bowiem "czwórka" dziś nią nie jest, ale "dwójką", która wreszcie, być może, dotrze do Brooklynu... Tylko w Nowym Jorku!
Nasz głos nabiera odcienia morderczej wściekłości, gdy dzielimy się następną kosztowną porażką w konfrontacji z wydziałem Motor Vehicles. Jeśli już naprawdę zostawiliśmy samochód za blisko przystanku autobusowego, to czy owe pół metra powinno kosztować tak drogo?! Albo czy to sprawiedliwe, że kiedy biegniemy do auta, by przestawić je na właściwą tego dnia, "alternatywną" stronę ulicy, panienka na skuterku zamaszyście pisze werdykt "winny" i wsuwa mandat za wycieraczkę.
Pogodniej już przekazujemy sobie anegdotki w stylu tej wspomnianej niedawno w rubryce "Metropolitan Diary" w New York Timesie: jakaś rodzina wróciła z podmiejskiej daczy do domu w Greenwich Village. Z przerażeniem odkryli, że zostawili na cały weekend wejściowe drzwi otwarte. Wpadają do mieszkania, rozglądają się, wszystko wygląda w porządku, telewizor jest, szuflady zamknięte. Tylko na każdym łóżku, na stołach w pokoju i kuchni leży ulotka-jadłospis z chińskiej restauracji.
Z miłym zdziwieniem zbieramy kwiatki z ogłoszeń, reklam i innych ulicznych napisów, jak nawoływanie wywieszone na skromnym budyneczku Powszechnego Kościoła Królestwa Bożego: PRZESTAŃ CIERPIEĆ - DZISIAJ O 7-EJ. Wołanie zacne, lecz niknące pośród szyldów w neonowych kolorach czy większymi literami: Mario Restaurant, Hot Bagels, Universal Electronics, Nails, Dollar Dreams...
Zabrakło mi tego szczególnego lokalnego kolorytu na przeglądzie prac polskich fotografów. Proszę mnie dobrze zrozumieć, doroczny Salon Polish American Photographic Club był jak najbardziej wart uwagi. Sporo tam było świetnych zdjęć. Kusiły panoramiczne pejzaże Damiana Pawlusa czy Anety Pierog-Sudol, wyraziste w swej dramatycznej czarno-bieli. Przypominały o dalekich stronach świata szerokie ujęcia Edwarda Madeja. Zwracały uwagę starannie wyważone kompozycje Fredericka Dammonta; nasycone światłem, nastrojowe obrazy Weroniki Hartowicz; czułe portrety ptaków Tadeusza Strzeleckiego; sugestywne scenki Krystyny Łyczywek.
W Salonie demokratycznie sąsiadowały ze sobą prace doświadczonych wyg i dopiero co pierzących się młodzików, zawodowców i pasjonatów-amatorów. Cenne są takie spotkania, a także miły szumek, jaki towarzyszy otwarciu wystawy: liczni goście, garść nagród, parę znanych nazwisk, wyrazy uznania dla działalności klubu, jakie przekazał konsul generalny Krzysztof Kasprzyk, dając nawet do zrozumienia, że być może w przyszłym roku sam w wystawie udział weźmie.
Wszystko to ważne i miłe, i nie warto psuć odświętnego nastroju. Nie oceniam więc, lecz tylko odnotowuję: bardziej wydają się dziś interesować fotografów kwiaty, drzewa, skały, fale morskie, liście, gra świateł i chmury na niebie. Ludzie - owszem, jeśli - to sportowcy oraz modelki do pokazów mody. Wyłamała się spod tej reguły tylko garstka: Zosia Żeleska-Bobrowski pokazała elegancko wymowny cykl ujęć kobiet w ciąży. Pola Hollanek przedstawiła ładną serię zdjęć dzieci. Stanisław Sieniawski zaprezentował klasyczne czarno-białe portrety. Zabrakło jednak mocnego rytmu ulicy, hałasu metra, zderzeń ludzkich twarzy, całego tego nowojorskiego kalejdoskopu.
("Salon 2006", od 27 do 29 października w Konsulacie Generalnym RP).
***
Może innym razem. A teraz "przestańmy cierpieć" i wykorzystajmy świąteczne dni nie tylko na przyjęcia. Oto parę rzeczy, które warto zobaczyć w najbliższy weekend w Nowym Jorku. Żadna z nich pojedynczo nie jest szczególnie wyjątkowa. Żadna też nie jest nowojorska z pochodzenia. Lecz biorąc je razem widzimy, jak składają się w skomplikowanie bogatą mozaikę "tylko w Nowym Jorku!".
Pod wzniosłymi stropami u św. Jana Bożego jeszcze rozbrzmiewa echo śpiewu Inny Dukach, Gulnary Mitzanovej i Alexa Richardsona. Cykl pieśni Szostakowicza na podstawie żydowskich ludowych piosenek, w wykonaniu rosyjskiego sopranu i mezzosopranu oraz amerykańskiego tenora, zakończył uroczysty "Koncert pamięci" Brooklyn Philharmonic Orchestra pod batutą Arkadiego Leytusha. Przy okazji koncertu w głównej nawie rozwieszona została wystawa czarno-białych zdjęć Clemensa Loewa. Wymowne twarze, stare i bardzo stare, patrzą nam w oczy - niektóre z uśmiechem w kącikach zmarszczek, inne z solenną powagą. Wiele spośród portretowanych urodziło się i przeżyło wojnę w Polsce. Ich zawodowe osiągnięcia potwierdzają niesamowitą siłę człowieka, zdolność odrodzenia po najcięższych przeżyciach. Słowa towarzyszące zdjęciom dają świadectwo tak okrucieństwom wojny, jak gestom cichego bohaterstwa ludzi, czasem zupełnie przypadkowym, dzięki którym przetrwali tragiczne czasy.
(Sixteenth Interfaith Concert of Remembrance, 11 listopada, oraz "Post Script: The Last Witness", wystawa zdjęć Clemensa Loewa, do 27 listopada, St. John the Divine, Amsterdam Ave. przy 112 St.).
***
W MoMA warto obejrzeć choćby dwie niewielkie, lecz prowokujące do rozmaitych refleksji wystawy. Całkiem niby tradycyjna jest "Egzekucja Maksymiliana", na której spotykają się po raz pierwszy trzy obrazy Edouarda Maneta na temat egzekucji cesarza Meksyku i jego dwóch adiutantów-generałów. Towarzyszą im litografie różnych artystów, mniej lub bardziej fantazyjne, oraz stare, srebrne fotografie dokumentujące miejsce egzekucji i przedmiotów związane z tym dramatycznym momentem w 1867 r.
Instalacja Dziura Moniki Sosnowskiej jest częścią serii "Projekty", w ramach której kuratorzy muzeum przedstawiają młodych artystów z różnych stron świata. Sosnowska świetnie wykorzystała wysokie pomieszczenie. Przecięła salę białym sufitem, w suficie wycięła ząbkowaną dziurę sugerując, że coś z góry przez sufit się zwaliło, meteor jakiś czy inna katastrofa. Tylko że bryły zwalone na podłodze wcale do katastrofy nie pasują. Mają elegancko regularne kształty i tworzą bardzo zgrabną rzeźbę. Kusi, by wdrapać się do góry i sprawdzić, skąd to spadło. Kusi, by złożyć te pryzmy i wieloboki w nowe konfiguracje...
(Instalacja The Hole, do 27 listopada, na drugim piętrze; wystawa "Manet and the Execution of Maximilian" na trzecim piętrze, MoMA, 11 W. 53 St.).
***
Raz jeszcze słynna La MaMa gości polski zespół. Jest to zespół niełatwy do krótkiego określenia: teatralny, pantomimy czy taneczny - nieważne zresztą. Ważne, że ruch splata się u nich nierozerwalnie z mocno rytmiczną muzyką Mikołaja Trzaski, z oszczędną a wymowną oprawą Macieja Chojnackiego, i że rzecz robią ciekawą. Zespół Dada von Bzdülöw jest niewielki, wszystkiego trzy osoby: Katarzyna Chmielewska, Rafał Dziemidok i Leszek Bzdyl, bardzo różniący się od siebie fizycznie. Ich ostatni spektakl Kilka błyskotliwych spostrzeżeń (ą la Gombrowicz), pod przewodnią siłą Bzdyla, to rodzaj wizualnego komentarza do twórczości autora Ferdydurke.
Seria szybko zmieniających się układów solowych, duetów w różnych układach i wspólne trio składa się na taneczno-pantomimowe wariacje na kilka zasadniczych motywów z Gombrowicza: jak tworzymy siebie wobec innych, jak staramy się innym dorabiać "gębę", jak pod powłoczką dorosłości pręży się w nas i pulsuje nasza niedojrzałość, jak sprawa poważna łatwo w niepoważną się może przemienić, a lekka gra przeobrazić w morderczy pojedynek. Wszystko to potrafią robić bardzo serio i kpiarsko, z uwagą na prawie niewidoczny szczegół i ze świetnym wyczuciem ruchu w rozległej przestrzeni. Nadzwyczaj udanie przy tym Bzdyl wykorzystuje różne fizyczne kształty tancerzy: Chmielewska potrafi zachować swą królewską postawę, nawet gdy siada niby niezgrabnie na kołyszącym się nierówno pufie. Za duży, za ciężko wyglądający Dziemidok potrafi poruszać się ze zdumiewającą lekkością. Sam Bzdyl, wcielenie Pucka ze Snu nocy letniej, potrafi nadać gestom przezabawne lub wręcz tragiczne zabarwienie. Mądrze przemyślany spektakl.
(Przedstawienia do 27 listopada, La MaMa,74 East 4th St. (między 2nd Ave. i Bowery).
***
No i jeszcze ostatnie echa jesiennych kolorów w Central Parku lub nad rzeką Hudson. I roziskrzona już świątecznie Rockefeller Plaza, gdzie do niedawna w wielkim lustrze-satelicie Anisha Kapoora przeglądało się niebo, a teraz choinka wznosi się stoicko nad tłumami gapiów i przechodniów. Niejeden z nich rozmawia przez telefon. Może któryś, właśnie w tej chwili, opowiada komuś: "Posłuchaj tylko, co mi się wydarzyło...".

