Przegląd Polski 27 października 2006

Żabką przez Atlantyk

Wszystkim żywym

Marek Kusiba

(...) I wszyscy żywi w tej chwili,
Z których i jednej kostki nie zostanie,
Choć będą ludzie, jak byli...

Cyprian Kamil Norwid, Marionetki

Zadzwoniła Marysia Z. z radosną dla niej nowiną: najbardziej polskie z polskich świąt spędzi jak co roku - w kraju. Żadnych innych świąt tak bardzo jej tutaj nie brakuje, jak niepowtarzalnych, nastrojowych Wszystkich Świętych i Zaduszek. Gdy one nadchodzą - biada nam, zbiegi, cośmy w czas morowy lękliwe nieśli za granicę głowy. Wzorem wieszcza Adama wielu z nas duma na paryskim czy nowojorskim bruku, gdzie nasze głowy spoczną, gdy nas czas ustanie - w biegu. Albo jak u wieszcza Juliusza zadaje sobie pytanie: gdzie się w mogiłę położę? Kuzynka Basia poleciała z Kanady w specjalnej trumnie z okienkiem dla celników, bo chciała leżeć w ziemi dzieciństwa. Inni wracają w urnach, których nie wpuszczają do kabiny żywych, bo przepisy zabraniają przewożenia w niej spopielonych ludzkich szczątków. Nadgryzione przez Amerykę strzępy ludzi, a także popioły ich marzeń latają za to bez większych przeszkód.

Te dwa niezwykłe w Polsce dni poprzedzają wielodniowe przygotowania. Cmentarze budzą się z letargu i zamieniają w tętniące życiem place remontowe. W ruch idą kielnie, łopaty, grabie, szczotki, wiaderka, gąbki, sekatory. Pachnie dusznie chryzantemami i jesiennymi liśćmi, świeżą farbą i topiącym się woskiem. Drogami ciągną kolumny aut, wypakowanych kwieciem i ludźmi w kwiecie wieku, którzy zjeżdżają z całej Polski i połowy Europy, by złożyć uszanowanie zmarłym, ale dzięki ich ofierze - wciąż bardzo żywym. Staruszki ciągną na wózkach ciężkie donice, harcerki sprzedają znicze, a wzdłuż grobów suną korowody pogrążonych we wspomnieniach ludzi. Tego zbiorowego, cmentarnego wysiłku nie uświadczysz po tej stronie wielkiej wody. Tu ze śmierci uczyniono dochodowy interes: Halloween. Ciemność albowiem głosi chwałę światłości...

Zgrywa ze śmierci ma chyba też neutralizować strach przed kostuchą. Dlatego panuje tu kult żywych, a nie zmarłych, a wszyscy żywi - w tej chwili - dbają bardziej o życie wyłącznie pozagrobowe, jak na rysunku Mrożka: dziecię pyta tatę, czy istnieje życie pozagrobowe, tata odpowiada: "wyłącznie"... Grzebią, owszem, po ludzku, ale też szybko, po amerykańsku zapominają o tych, co sześć stóp poniżej. Od razu przypomina mi się wspaniała Teresa S., która od śmierci męża bywa na jego grobie prawie codziennie, a zabiegi, jakie czyni wokół jego miejsca spoczynku, mają cechy misterium. Podobnych kobiet jest w Polsce tysiące; żyją w kulcie zmarłego partnera już do końca swoich dni. Ich codzienna marszruta składa się z cmentarza i kościoła. Przez kilkanaście, a czasem nawet kilkadziesiąt lat.

Czy to tradycja pompa funebris - grzebania zmarłych z niezwykłym przepychem i przez wiele dni - tak urobiła polskie myślenie? A może to tradycja nadmiaru śmierci często męczeńskiej za sprawę, za życie innych? Nie ma prawie rodziny niedotkniętej taką czy inną nagłą śmiercią, spowodowaną przez mieszankę geopolityki i narodowego charakteru. Moi dziadkowie we wspólnym grobie, gdzieś na Otrycie lub Tołstej w Bieszczadach. Miejsce ich śmierci znaczy zmurszały krzyż, obsadzony nieśmiertelnikami, a gdzie ciała? Zapewne rozwleczone przez wilki, dziki i kruki. Symbolem wygnania absolutnego są prochy poety Wacława Iwaniuka rozsypane na torontońskim cmentarzu, bezimiennie zawieszone pomiędzy ziemią i niebem, wdmuchnięte przez wiatr w korę i korony drzew. Niewielka ich część, ocalona przed rozwianiem, spocznie w rodzinnej wiosce. Stryj Stanisław jak co roku zapali w Rio de Janeiro świeczkę swoim kolegom-marynarzom z zatopionego pod Narwikiem "Groma". Sam przeżył, chyba tylko po to, by spocząć w obcej ziemi. Gdy z przyjacielem wygrzebywaliśmy spod trawy tabliczkę pierwszego dowódcy Dywizjonu 303 Zdzisława Krasnodębskiego, zaczęliśmy wymieniać nazwiska jego kolegów spoczywających tylko w kanadyjskiej ziemi - dziesiątki... A potem pojechaliśmy na ontaryjskie Kaszuby, gdzie na cmentarzach większość polskich nazwisk. Leżą tam, gdzie spędzili połowę życia.

Zawsze byłem przeciwny przenoszeniu do kraju szczątków znanych i zasłużonych. Niepokojenie zmarłych powinno być karane ogniem piekielnym, tym bardziej gdy nieboszczyk życzył sobie spoczywać w ziemi przybranej. Jakiś nieznośny imperatyw każe (jeszcze) żywym wyciągać te utrudzone kości z grobu i wlec przez pół świata, by złożyć je w polskiej ziemi. Jakby obca ziemia gorszą była. Albo los księdza Jana Twardowskiego, ciało którego zamurowano wbrew jego ostatniej woli, a wolą instancji, w podziemiach mającej dopiero powstać bazyliki. Dlaczego? Przecież już Norwid upominał: Nie tylko p r z y s z ł o ś ć wieczna jest - nie tylko!...".

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail