Przegląd Polski 20 października 2006

Żabką przez Atlantyk

Ubu i dzięcioły

Marek Kusiba

Donoszą mi z kraju koledzy po piórze i klawiaturze o nękających ich stale dusznościach, mdłościach, stanach przedzawałowych i bólach głowy. Niektórym wypadają na biurko oczy, innym tylko oczy wyłażą z orbit i jak one zoczą, gdzie są, zatrzaskują z przerażeniem okna duszy. Są tacy, co wrócili do chlubnych spacerów w porze nadawania dziennika telewizyjnego, inni emigrują na wieś i dziobią w maszyny do pisania odezwy do dzięciołów o braterską pomoc, bo jak ustalili uczeni, dzięciołom jakoś oczy nie wypadają podczas pracy, choć walą główkami o pnie niczym polska inteligencja o twarde ściany z wielkiej płyty. Tajemnicą zawodową dzięciołów jest specjalna konstrukcja czaszki, uniemożliwiająca wypadanie oczu, ot co. Marzeniem moich kolegów jest więc twardy łeb, odporny na wstrząsy, ale jest to raczej marzenie ściętej głowy. Jak się kto urodził delikatnym kaczątkiem, to niech sobie cierpi. Twardogłowi śpią spokojnie.

Moi koledzy dziobią mi w swoje klawiatury wyznania, że życie w Polsce stało się tak ciekawe, że przerosło ich możliwości percepcyjne, przez co pisać już nie mogą. Zupełnie tego nie rozumiem. Jan Parandowski dowodził co prawda w Alchemii słowa, że miejsce pisania wyciska na dziele swoje piętno, tak że "niekiedy można odczuć nawet w kompozycji, nawet w stylu, czy autor tworzył w dużym, jasnym pokoju, czy w jakiejś szczupłej i zduszonej przestrzeni". Czytając krajowe dzieła w żadnym wypadku nie można popaść w klaustrofobię ani się udusić z braku w nich oddechu wielkiego świata. Tam jest go nawet więcej, bo tam jest Nowy Świat (i okolice), tam są nowe przestrzenie dla ducha i ciała, nowa myśl i nowy duch. Są tam też polskie miejscowości, takie jak Wrocław, Gdańsk, warszawska Praga, Milanówek czy Dukla. To bardzo dobrze, że pisarze piszą o najdroższych sobie miejscach, bo całkowita negacja rzeczywistości zmusiłaby ich do milczenia. Choć z drugiej strony całkowita akceptacja działa z kolei niszcząco, co już widać na wielu przykładach. Jak zauważyła Nadieżda Mandelsztam "płodne są tylko wątpliwości, niestety prześladowane przez władze".

W kręgu podejrzanych znalazła się już niejedna znakomitość. Pisałem o tępieniu Gombrowicza, wcześniej próbowano dobrać się do skóry Herbertowi, a na listach do odstrzału są już całe zastępy. Świadczy to tylko o tym, że mądra władza nareszcie spełnia marzenia wyborców, aby tych darmozjadów-gryzipiórków, tych "wykształciuchów" zagonić do kopania rowów. Kiedyś było tak, że jak Sted z Witkiem Różańskim uczciwie zarabiali na zakąskę kopiąc sadzawkę w parku, nikt nie wierzył w tę ich całą jaskrawość, ludzie myśleli, że dokopują się skrzyni pełnej złota. A jak Stachura robił konkurencję dzięciołom, nikt nie wierzył w tę jego siekierezadę, myśleli, że rąbie za niego murzyn. Dziś można żyć z dziobania gałęzi, na której się siedzi, a potem opisać własny upadek, i nikt nawet nie wzruszy ramionami. Rzeczywistość przerosła możliwości kreacyjne autorów. Już nikogo nic nie dziwi, przynajmniej w Polsce, czyli nigdzie - jak napisał jeden z tych zachodnich frustratów w dziele o wątpliwej jakości tytule Ubu król.

Szlachetna Józefa Hennelowa zżyma się w Tygodniku Powszechnym nad "Ubekistanem" - terminem, jakim nazwał sobie kraj, którym rządzi, premier Jarosław Kaczyński. Na pewno inspiracja przyszła wprost od Alfreda Jarry'ego i na pewno autor i jego dzieło zostaną już niebawem w Ubogim Stanie Alkoholicznym zakazani. Dziś w kraju piją więcej niż za komuny, co tylko świadczyć może o słuszności tezy, że ojczyzna rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej (i radośniej). Hennelowa popada jednak w ton rozpaczny: "Barbarzyństwo wydaje się mieć coraz lepiej". Na ten cytat można przytoczyć zdanie z kanclerza Bismarcka: "Jeżeli poważni ludzie nie zechcą brać udziału w życiu publicznym, maniacy zyskają szansę odegrania wielkiej roli".

Co zatem robią poważni ludzie? Budki dla dzięciołów, półki na nikomu niepotrzebne już książki, lub półkowniki, czyli niedochodowe lub niecenzuralne filmy. Tłumaczą się tym, że w Polsce jest teraz tak, jak w okresie utrwalania władzy ludowej, co tak celnie ujął Czesław Miłosz w Zdobyciu władzy: "Można było być tylko za albo przeciwko. Nie liczyły się niuanse". Lech Wałęsa miałby z tym kłopot. Oni też mają. Przemknął przez polskie ekrany Ubu król Piotra Szulkina. Nie ma chyba szans na pokazanie w telewizji, bo tam na ekranach króluje ubecja, rzekomo rozliczana, a w istocie rozgrzeszana, gdyż odium społecznej niechęci spada na ofiary. Poza tym 15-letni autor (sic!) pisał, że Ubu to "władza, która zgłupiała", a to dziś oszczerstwo czerstwe jak trep. Wiadomo przecież, że władza we "Folsce" fajna i mądra fest, że nie są to jacyś manipulanci, wykształciuchy, bólogłowy i bolibrzuchy o zajęczych sercach, marskich wątrobach, zapadniętych oczodołach i móżdżkach dzięcioła - nienadający się nawet do rządzenia Nibylandią, a cóż dopiero Lepperlandią.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail