Przegląd Polski 20 października 2006
- Pontifex Dedecius - Jerzy Sonnewend
- Krótka historia konfraterni artystów - Anna Barbara Rudek
- Żabką przez Atlantyk- Marek Kusiba
Pontifex Dedecius
Jeszcze jesienią mają się ukazać w Polsce Wspomnienia pewnego Europejczyka z Łodzi, przekład autobiograficznej książki Karla Dedeciusa - tłumacza polskiej literatury i poezji na język niemiecki - Ein Europäer aus Lodz. Erinnerungen. W Niemczech wydało ją, w 85. urodziny autora, przy redaktorskiej pomocy Doris Liebermann i wsparciu finansowym Fundacji Roberta Boscha (Robert Bosch Stiftung), frankfurckie wydawnictwo Suhrkamp, to samo, które w latach 1982-2000 wydawało 50-tomową serię "Biblioteka Polska".
Książka ta spotka się z pewnością z różnoraką oceną. Krytyk wszystkiego, co obecnie dzieje się w Niemczech, powie, że to autobiografia byłego hitlerowca, żołnierza Wehrmachtu, najeźdźcy spod Stalingradu. Krytyk będący znawcą niemieckiego rynku księgarskiego będzie przekonywał, że to autobiografia tłumacza na wskroś przesiąkniętego duchem donkiszoterii, kruszącego kopie o coś, co i tak pozostaje prawie niewidoczne. Natomiast krytyk chcący optymistyczniej widzieć przyszłość i to, co dla niej buduje się już dziś, oznajmi, że to autobiograficzna opowieść człowieka opanowanego ideą pojednania dwóch zwaśnionych ze sobą narodów, absolutnie przekonanego o słuszności wybranej przez siebie metody. Spróbujmy spojrzeć na życie i dokonania Karla Dedeciusa z tych właśnie kilku punktów widzenia.
Skaza w życiorysie
Urodził się w przedwojennej Łodzi - mieście trzech nacji - jako drugi z kolei syn w rodzinie imigranckiej. Przodkowie ojca pochodzili z Czech, skąd jako protestanci uciekli przed prześladowaniami religijnymi na Śląsk. Następnie zwabieni przez "ziemię obiecaną" zamieszkali w Łodzi, mieście przemysłowym, przeżywającym okres prosperity. Przodkowie matki byli szwabskimi kolonistami z Heilbronnu, którzy także podążyli na wschód.
Karl dorastał w niełatwych warunkach. Matka, surowa i pobożna aż do granic bigoterii, po nagłej śmierci jego starszego brata nie była w stanie okazać mu swej miłości. Raczej oschła i nieprzystępna rozmawiała z nim tylko i wyłącznie po niemiecku. Ojciec natomiast był postacią krańcowo odmienną - otwarty i ciekawy życia, zainteresowany sztuką urzędnik łódzkiej policji obyczajowej. Rozmawiał z nim po polsku. Choć rodzina Dedeciusów uważała się zawsze za przynależną do narodu niemieckiego, środowisko, w którym żyła, było przede wszystkim polskie. Karl ukończył polskie gimnazjum i liceum im. Stefana Żeromskiego, mimo iż w Łodzi istniało wówczas również gimnazjum niemieckie, a jego najbliższymi przyjaciółmi byli Polacy. Jego rodzina w ogóle nie znała Niemiec i nie miała z nimi żadnych związków.
W 1939 roku świeżo upieczonego maturzystę, jak wielu z ówczesnego pokolenia, wojna bezlitośnie zagarnia w swe objęcia. Jego akurat w szeregi niemieckie. Przeżył więc Karl Dedecius niemiecką służbę pracy, Wehrmacht, front wschodni i bitwę pod Stalingradem, z której cudem ocalał. W szeregach Wehrmachtu nie był żadnym bohaterem. Chorowitego, mizernego, ale utalentowanego muzycznie i rozmiłowanego w literaturze należałoby raczej zaliczyć do tak zwanych batalionowych oferm. Potem przyszedł obóz jeniecki w Sowietach. Dopiero po zwolnieniu z niego w 1950 roku mógł zacząć szukać swojego miejsca w świecie.
Ale gdzie było to miejsce? W Łodzi nie został mu już nikt bliski - w domu przy ul. Emerytalnej 13 na Starym Rokiciu nikt na niego nie czekał, rodzice już nie żyli. Jedyna bliska mu istota, narzeczona i późniejsza żona Elvira Roth wyjechała do Niemiec. Pojechał więc w ślad za nią.
To trzeba wiedzieć w czasach, kiedy za przynależność dziadka do Wehrmachtu, w przeszło 60 lat od zakończenia wojny, traci się szanse na uzyskanie prezydentury... To trzeba wiedzieć w czasach, kiedy służba w Wehrmahcie, bez względu na okoliczności, to poważna skaza w życiorysie...
W tym właśnie miejscu stosownym chyba też będzie zacytowanie odpowiedniego fragmentu wspomnień samego Karla Dedeciusa (ze str. 206-207 oraz 226, tłum. J.S.):
"Gdy po roku 1950 dotarły do mnie szczegóły zamordowania tysięcy polskich oficerów w Katyniu, nie mogłem uwolnić się od tych wersetów [mowa o proroczych wierszach Władysława Sebyły /1902-1940/ - przyp. J.S.]. W latach sześćdziesiątych brałem udział w odbywającym się w Warszawie międzynarodowym kongresie tłumaczy. Wieczorem obecni tam goście mieli na scenie ´Pałacu pod Królamiª prezentować swe tłumaczenia utworów polskich poetów. Wśród publiczności znajdowali prominentni pisarze oraz politycy, przedstawiciele władz miasta.
Obok mnie siedział polonista, profesor Alois Hermann z Uniwersytetu im. Humboldta z Berlina Wschodniego. Przed rozpoczęciem zapytał mnie:
"Bywa pan częściej w Polsce?"
"Nie, drugi raz"
"Słyszałem, że pochodzi pan z Łodzi? Ja też. Bywam tu częściej. Służbowo. Czy mógłbym panu coś poradzić?"
"Tak, proszę".
"Przyjęte tu jest, że przed każdą prezentacją należy się przedstawić. Niech pan nie mówi, że urodził się w Polsce, jest volksdeutschem i że był w niemieckim Wehrmachcie. To nie będzie mile widziane"
Tego wieczoru w końcu przyszła i na mnie kolej. Wychodzę i przedstawiam się: "Urodzony w Łodzi, volksdeutsch, gimnazjum polskie, matura w 1939, potem służba w urzędzie pracy i Wehrmacht, rosyjski front. Stalingrad, niewola"
Na sali, jak makiem zasiał. Ale żadnej negatywnej reakcji.
Potem czytałem wiersz Sebyły Grabesgesang (Pieśń pogrzebowa). W przepełnionej sali zapanowała śmiertelna cisza. A po tym, gdy po niemiecku odczytałem Wie wirst du denn wiedergeboren, wyszła do mnie na scenę wdowa, objęła mnie i dziękując rzekła: "Po raz pierwszy po 1945 roku odczytano wiersze mego męża. I któż to uczynił? Niemiec, po niemiecku"
Donkiszoteria Dedeciusa
Faktem jest, że polska klasyka, liryka i powieść w Niemczech, mimo blisko 60-letnich starań Karla Dedeciusa, nie istnieją. Fakt, że spuścizna polskiej literatury jest tak mało znana, ma konkretne powody. Główny jest natury ogólnej. Wszelkie literatury obce - angielska, francuska, hiszpańska, włoska czy rosyjska - znane są w Niemczech tylko dzięki powieściom. No, może też dzięki opowiadaniom, rzadziej jednak dzięki dramatom, a już w ogóle nie dzięki liryce.
Nawet wykształcony Niemiec, zainteresowany literaturą europejską i światową, w życiu nie słyszał o Stefanie Żeromskim czy Bolesławie Prusie. No, może znajdą się tacy, co coś wiedzą o Reymoncie, bo laureat Nagrody Nobla, czy Sienkiewiczu, bo jego Quo vadis? spopularyzował film. Ale o Szymborskiej, zanim dostała Nobla, nie słyszał nikt.
Na potężnym niemieckim rynku księgarskim wśród tłumaczeń dominują przekłady z angielskiego - prawie 70%, na drugim miejscu od lat utrzymuje się literatura francuska, ale już tylko 8,5%. Następne miejsca zajmuje literatura niederlandzka 4,8% i włoska 4%. W ostatnim czasie wzrosła liczba tłumaczeń ze szwedzkiego, co jest zasługą popularnych tutaj pisarzy kryminalnych - 3%. Tłumaczenia z polskiego znajdują się w grupie utrzymującej się na poziomie 1%.
Karl Dedecius, tytan przekładu z polskiego na niemiecki, zapytany kiedyś, w jakim celu to drukuje, skoro te książki nie mają czytelników i egzystują praktycznie poza obiegiem publicznym, odpowiedział: "Nieważne, czy znajdą się nabywcy i ilu ich będzie - stu czy dwa tysiące, ważne, by w ogóle była literatura polska po niemiecku". I w tym właśnie tkwi sedno jego donkiszoterii. Dokonał wspaniałego dzieła, przetarł szlak.
O popularności książek decyduje nie tylko ich literacka jakość, ale częściej czynniki, których nie sposób przewidzieć. Na przykład mody literackie, które mimo że kapryśne, funkcjonują według prostych mechanizmów: w odpowiednim czasie ukazuje się odpowiednia książka, która trafia na odpowiednie zainteresowanie krytyki albo zamiłowanie czytelników. Książka ląduje na liście bestsellerów, jest czytana. Pierwszym, niezbędnym krokiem w tym procesie są jednak i muszą być tłumaczenia.
Uparte budowanie mostu
Podwójne życie Karla Dedeciusa - jako dyrektora do spraw PR ubezpieczalni Allianz Versicherung, a popołudniami tłumacza literatury - przyniosły mu jeszcze w latach 60. prestiżowe nagrody i uznanie. Lektura autobiografii uzmysławia, że 26 lat temu renomowany Niemiecki Instytut Polski w Darmstadt zakładał najbardziej znany tłumacz i popularyzator literatury polskiej w Niemczech. Jego autobiografia to prawdziwa pochwała twórczego życia. Jednocześnie jest to także pasjonująca kronika powojennego polsko-niemieckiego procesu pojednania, spisana przez osobę, która jest jednym z jego najważniejszych filarów.
Karl Dedecius doczekał się już kontynuatorów swego dzieła. W końcu września br. minister spraw zagranicznych Anna Fotyga przyznała coroczne dyplomy dla osób i instytucji zasłużonych w promowaniu Polski na arenie międzynarodowej. Wśród uhonorowanych znalazł się jego następca, dr Dieter Bingen, dyrektor Polsko-Niemieckiego Instytutu w Darmstadt. Uzasadniając ten wybór minister Fotyga powiedziała, że gdy w Berlinie Erika Steinbach otwierała wystawę o wypędzeniach, która wywołała wiele kontrowersji, po stronie niemieckiej nie zabrakło głosu wyważonego. Był to głos właśnie Dietera Bingena. Podziękowała za to w imieniu Polski.
Przed kilkoma dniami Fundacja Roberta Boscha po raz trzeci ogłosiła konkurs na Nagrodę im. Karla Dedeciusa dla polskich tłumaczy literatury niemieckojęzycznej oraz niemieckich tłumaczy literatury polskiej. Przyznana zostanie w czerwcu 2007 r. w Darmstadt. Laureaci - tłumacz polski i tłumacz niemiecki - zostaną wyróżnieni za wybitne osiągnięcia translatorskie, a tym samym za pracę na rzecz porozumienia między Polakami i Niemcami.
I to właśnie jest już chodzeniem po moście między narodami. Moście własnoręcznie wybudowanym przez Karla Dedeciusa.

